Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W środę Angela Merkel po raz drugi rozmawiała z Aleksandrem Łukaszenką o możliwościach rozwiązania kryzysu na granicy polsko-białoruskiej. Mimo że pełniąca obowiązki kanclerza Niemiec polityczka oficjalnie nie uznaje go za prawowitego prezydenta (daje temu wyraz choćby przez używanie zwrotu „pan"), te telefoniczne rozmowy budzą niepokój nie tylko Białorusinów, ale także wielu osobistości UE. Zwłaszcza że Łukaszenka ma podczas nich wysuwać stanowcze żądania. W zamian za rozwiązanie sytuacji na granicy oczekuje m.in. zniesienia sankcji nałożonych na kraj po – jak podkreśla białoruska opozycja – sfałszowanych wyborach prezydenckich w 2020 r. oraz uznania go za prezydenta.

Wiktoria Bieliaszyn: Białoruskie społeczeństwo jest zaniepokojone ostatnimi wydarzeniami. Pojawiają się opinie, że Aleksander Łukaszenka wygrał tę bitwę, w końcu dopiął swego i zmusił Europę do nawiązania z nim dialogu. Zgadzasz się z tym?

Hanna Liubakova*: Łukaszenka wyszedł z tej sytuacji z twarzą. Podczas rozmów z Angelą Merkel zgodził się na współpracę w kwestii rozwiązania kryzysu migracyjnego, który przecież sam sztucznie stworzył. Słyszymy teraz, że migranci, przynajmniej ci z Iraku, mają wrócić do swoich ojczyzn. Nie uważam jednak, że doszło do przełomu, jeżeli chodzi o jego pozycję na arenie międzynarodowej. Nie powróci na salony.

Należy pamiętać, że przyczyny, które sprawiły, że nie jest traktowany jako przywódca Białorusi, wciąż są aktualne, nic się nie zmieniło. W więzieniach przebywają niewinni ludzie, społeczeństwo doświadcza bezprecedensowych represji, w kraju panuje terror, a nowych wyborów nie przeprowadzono. Mam nadzieję, że Europa o tym pamięta.

Telefony z ostatnich dni do Mińska można porównać do rozmów, jakie negocjatorzy przeprowadzają z terrorystami, by uratować zakładników – mamy do czynienia z taką samą sytuacją. Merkel zadzwoniła, by rozwiązać kryzys humanitarny.

Niektórzy uważają, że błąd kanclerz polega na tym, że nie powinna rozmawiać z Łukaszenką, tylko z politykami niższych szczebli.

– Z jednej strony to niepokojący sygnał, bo Łukaszenka cały czas jest traktowany jako jedyna osoba, która może rozwiązać problem; bardzo mu zresztą na tym zależało, m.in. z tego powodu wywołał kryzys migracyjny. Jak wiadomo, trudno jest jednocześnie z kimś rozmawiać i nakładać na niego sankcje. Z drugiej zaś celowo budował swój reżim tak, by nikt inny nie miał jakiejkolwiek mocy sprawczej. Białoruś nie jest Rosją, gdzie poza Putinem są jeszcze inni ludzie mający wpływy.

Co więcej, Europa jest świadoma, że to Łukaszenka jest bezpośrednio odpowiedzialny za wywołanie kryzysu na granicy. Moim zdaniem nie jest to sprzeczne z logiką, by wymagać teraz od niego opanowania sytuacji, do której doprowadził.

W tym wszystkim o wiele bardziej niepokoi ewentualna możliwość cofnięcia się Europy o krok, pójścia na jakiekolwiek ustępstwa.

Takie pogłoski się pojawiają. W środę minister spraw zagranicznych Litwy powiedział w komentarzu dla redakcji Delfi, że istnieje ryzyko, iż sankcje nie obejmą białoruskich linii lotniczych Belavia.

– Otóż to. Wiadomo, że kolejne sankcje mają zostać wprowadzone, ale nie znamy szczegółów. Jeśli Belavia nie zostanie w nich uwzględniona, co to będzie oznaczać? Czy to efekt rozmowy Merkel z Łukaszenką, podczas której obiecał on, że rozwiąże kryzys w zamian za niewprowadzanie ustalonych sankcji? Jeżeli tak, to bardzo źle. To będzie dlań znak, że taktyka szantażu się sprawdza. Unia Europejska nie może zmniejszać presji wywieranej na Białoruś, bo to jedyny język, jaki Łukaszenka rozumie.

Twoim zdaniem Aleksander Łukaszenka jest w stanie pójść na ustępstwa?

– Jeśli chodzi o wewnętrzny kryzys polityczny – nie. Będzie natomiast w stanie stosować kolejne formy szantażu, byle dopiąć swego, jeśli zauważy, że Europa słabnie.

Co powinna zrobić UE, by nie zaprzepaścić tego, co udało się osiągnąć białoruskiej opozycji?

– Sankcje nie były wprowadzone na żądanie opozycji; to była zawsze odpowiedź na jakieś działania reżimu, np. porwanie samolotu linii lotniczych Ryanair czy sfałszowanie wyborów prezydenckich i brutalne zdławienie protestów.

Nie ulega jednak wątpliwości, że Europa musi pamiętać o tym, co dzieje się na Białorusi. Obecnie sytuacja w kraju, tj. represje i rosnąca liczba więźniów politycznych, zeszła na dalszy plan, uwaga wszystkich skupiła się na granicy. To wygodne dla Łukaszenki, bo nie chce iść na żadne ustępstwa. Jeśli UE się ugnie pod jego naciskiem, poskutkuje to kolejnymi działaniami tego rodzaju.

Łukaszenka będzie szantażować świat aż do skutku.

Poza tym przedstawiciele UE muszą rozmawiać z reprezentantami zjednoczonych sił demokratycznych, czyli ze Swiatłaną Cichanouską czy Pawłem Łatuszką – potrzebne są sygnały, że Europa zdaje sobie sprawę, kto tak naprawdę reprezentuje Białorusinów.

Jak oceniać nieoficjalne szczegóły rozmowy Merkel z Łukaszenką, które opisał w środę niemiecki dziennik „Bild"? Wynika z nich, że kanclerz Niemiec nie wykluczyła wsparcia finansowego w celu rozwiązania kryzysu na granicy.

– Jeżeli te pieniądze nie zasilą reżimu, tylko rzeczywiście pójdą do organizacji międzynarodowych, na pomoc humanitarną dla migrantów, to nic złego. Kryzys humanitarny nie dotyczy już jedynie Białorusi i Unii Europejskiej, tylko krajów trzecich. Migranci są w strasznej sytuacji. Rozumiem chęć pomocy im.

Najważniejsze, by podczas tych rozmów Merkel i inni przedstawiciele UE podejmowali też tematy kryzysu politycznego na Białorusi. Nie może się jednak powtórzyć sytuacja sprzed lat. W 2010 r. też mieliśmy wielu więźniów politycznych, których Łukaszenka w pewnym momencie zwolnił, a Europa puściła w niepamięć jego zagrywki. Ten scenariusz jest nie do powtórzenia.

Aleksander Łukaszenka czuje się teraz pewnie lepiej.

– Państwowa telewizja przedstawia Europę jako słaby byt, a Łukaszenkę – jako zwycięzcę. To oczywiście nieprawda. W gruncie rzeczy największym zwycięzcą jest Władimir Putin, który dzisiaj ma pozycję rozjemcy, jedynego człowieka zdolnego nań wpłynąć i zaprowadzić pokój. Merkel zadzwoniła przecież do Mińska, gdy Putin poradził jej, by to uczyniła. Bardzo podbija to pozycję Kremla. UE po raz kolejny udowodniła, że Łukaszenka jest mocno kojarzony z Putinem, że właściwie – zdaniem Europy – bez Rosji nie da się nic zrobić z Białorusią. To błędne, szkodliwe myślenie.

Trzeba też pamiętać, że słaby Łukaszenka oznacza słabszego Putina.

Trudno w takim razie mówić o jakimś oczywistym zwycięstwie.

– Łukaszenka jest w sytuacji patowej. Sam do niej doprowadził. Zwycięzcą na pewno nie jest. Porównałabym jego położenie do sytuacji osoby, która podpaliła własny dom, przestraszyła wszystkich wokół, a następnie brała udział w gaszeniu pożaru i głosiła, że coś zyskała. Czy to ma sens? Zdecydowanie nie.

* Hanna Liubakova – niezależna białoruska dziennikarka, stypendystka Atlantic Council. W 2020 r. została zmuszona do opuszczenia kraju z powodu przeciwstawiania się reżimowi Aleksandra Łukaszenki

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.