Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pod koniec października amerykańskie media zaczęły alarmować opinię publiczną o kolejnej koncentracji rosyjskich wojsk w pobliżu granicy z Ukrainą. 11 listopada Bloomberg doniósł, że Waszyngton uprzedził swoich sojuszników z UE o możliwej szerokiej rosyjskiej operacji wojskowej przeciwko Kijowowi.

Tego samego dnia Biały Dom poinformował, że USA prowadzą konsultację z sojusznikami w związku z grupowaniem rosyjskich sił w pobliżu ukraińskich granic. Waszyngton podkreślił partnerskie stosunki z Ukrainą i potępił jakiekolwiek agresywne działania ze strony Rosji.

Sekretarz stanu Antony Blinken stwierdził, że Rosja popełni „poważny błąd, próbując powtórzyć to, co było zrobione w 2014 r.". Przedstawiciel Białego Domu odniósł się tym samym do rosyjskiej aneksji Krymu oraz wybuchu wojny na Donbasie.

Rosja już wiosną przeprowadziła koncentrację wojsk w pobliżu granicy z Ukrainą i na Krymie. Szacowano wówczas, że zgromadziła ok. 110-120 tys. żołnierzy. Obecnie według amerykańskiego i ukraińskiego wywiadu jest ich ok. 100 tys. Jednak zdaniem komentatorów różnica polega na tym, że wiosną Rosja swoich ruchów nie ukrywała, a teraz stara się to robić.

Białoruski kierunek

Zarówno Waszyngton, jak i Londyn łączą koncentrację rosyjskich wojsk z wywołanym przez Białoruś kryzysem migracyjnym na granicy z Polską.

14 listopada Blinken przeprowadził rozmowę z ministrem spraw zagranicznych RP Zbigniewem Rau.

„Sekretarz stanu Blinken potwierdził poparcie USA dla Polski w związku z cynicznym wykorzystaniem migrantów przez reżim Łukaszenki. Działania reżimu Łukaszenki zagrażają bezpieczeństwu, pogłębiają podziały i mają na celu odwrócenie uwagi od działań Rosji na granicy z Ukrainą" – napisano w oświadczeniu opublikowanym przez Departament USA.

Kijów uważnie obserwuje kryzys migracyjny na granicy polsko-białoruskiej, obawiając się przekierowania migrantów na swoje terytorium. Ale większe obawy wywołuje intensyfikacja współpracy wojskowej między Białorusią i Rosją oraz zwiększenie obecności rosyjskiej armii na terytorium północnego sąsiada.

- Wcześniej Białorusini zawsze na wspólnych konferencjach dotyczących bezpieczeństwa mówili, że z ich terytorium nigdy nie dojdzie do agresji przeciwko Ukrainie. Mówił o tym też sam Łukaszenka. A my, ukraińscy eksperci, odpowiadaliśmy im, że takie zagrożenie już jest i wynika ono z idei państwa związkowego. Rosja, jeśli będzie chciała, to wykorzysta białoruskie terytorium do ataku na nas – mówi „Gazecie Wyborczej" ekspert ds. wojskowości Mychajło Samuś.

Od kwietnia nastąpiła wyraźna intensyfikacja białorusko-rosyjskiej współpracy. Ogłoszono wspólne patrolowanie przestrzeni powietrznej, co oznacza, że samoloty rosyjskie (nowe Su-30SM) przebywają na stałe na terytorium Białorusi. Zapowiedziano też powstanie trzech wspólnych wojskowych centrów szkoleniowych, z których jedno zostało zlokalizowane na terytorium Białorusi w pobliżu Grodna.

Prezydent Putin podczas wideokonferencji z Aleksandrem Łukaszenką.Prezydent Putin podczas wideokonferencji z Aleksandrem Łukaszenką. Mikhail Metzel / AP

4 listopada Aleksander Łukaszenka i Władimir Putin podpisali nową doktrynę wojskową państwa związkowego, w której jest m.in. mowa o „obronie wspólnej granicy państwa związkowego".

W ostatnich dniach Łukaszenka zaczął straszyć wybuchem wojny i zwrócił się do Rosji o dostarczenie rakiet taktyczno-operacyjnych Iskander o zasięgu 500 km. Na Białoruś przybyły też rosyjskie kompleksy obrony przeciwlotniczej dalekiego zasięgu (S-400 Triumf), które już pełnią dyżur bojowy.

- Mamy do czynienia z rozlokowaniem na szeroką skalę wojsk rosyjskich na Białorusi. W pierwszej kolejności lotnictwa, baterii rakietowych, zwiadu i oddziałów specjalnych. A jeśli wziąć pod uwagę, że część naszej granicy z Białorusią to teren bagnisty, który stanowi utrudnienie dla wojsk lądowych, to właśnie te siły stanowią dla nas największe zagrożenie – wskazuje Samuś.

Czy Zachód pomoże Ukrainie?

We wtorek w Brukseli odbyło się spotkanie ministrów obrony państw UE. Wysoki przedstawiciel UE ds. zagranicznych Josep Borrell zapewnił, że w przypadku zaostrzenia sytuacji Ukraina może liczyć na poparcie i pomoc polityczną, dyplomatyczną, ekonomiczną oraz finansową Wspólnoty. Ale nie wojskową.

- Nie mamy sojuszu wojskowego z Ukrainą – stwierdził Borrell.

Pomocy wojskowej Ukrainie na razie udzielają Amerykanie. 14 listopada na Ukrainę przybył z USA transport 80 ton amunicji. To już czwarta dostawa amerykańskiej wojskowej pomocy w ostatnim czasie. W poprzednich dostarczono między innymi kolejną partię przeciwpancernych wyrzutni Javelin.

Brytyjczycy natomiast podobno zastanawiają się, czy nie pójść o krok dalej. W niedzielę brytyjski tabloid „The Mirror" doniósł, powołując się na źródło w brytyjskiej armii, że Londyn rozważa przerzucenie na Ukrainę do 600 żołnierzy oddziałów specjalnych. Ma to być odpowiedź na informacje wywiadu brytyjskiego MI6 o rosnącym zagrożeniu dla Ukrainy ze strony Rosji.

Ta informacja jak dotąd nie znalazła potwierdzenia, ale Wielka Brytania jest jednym z głównych partnerów Ukrainy, jeśli chodzi o wzmacnianie jej potencjału obronnego. Oba kraje podpisały umowę ramową o rozbudowę ukraińskiej floty wojennej kredytowaną przez Londyn. W czerwcu tego roku brytyjski niszczyciel przepłynął w pobliżu zaanektowanego Krymu, co spowodowało nerwową reakcję Rosji – jej okręty i samoloty otworzyły ogień ostrzegawczy. Zdaniem strony rosyjskiej brytyjski okręt wpłynął na „rosyjskie wody terytorialne", ale Brytyjczycy odpowiedzieli, że zgodnie z prawem międzynarodowym znajdowali się na wodach ukraińskich.

Zagrożona nie tylko Ukraina

Mychajło Samuś podkreśla, że z wojskowego punktu widzenia sytuacja jest podobna do tej z minionej wiosny. Wojska rosyjskie są gotowe do przeprowadzenia szybkiej, szeroko zakrojonej operacji przeciwko Ukrainie, ale nie tylko.

- Rosja jest gotowa do przeprowadzenia operacji wojskowej również przeciwko Polsce i państwom nadbałtyckim – zaznacza Samuś.

Jednocześnie Rosja próbuje zrealizować swoje cele w UE, czyli wymusić przyśpieszenie certyfikacji gazociągu Nord Stream 2. Zdaniem ukraińskiego eksperta ds. energetycznych Mychajła Honczara stąd biorą się problemy z transportem gazu do UE i co za tym idzie - wzrost cen surowca. Jak twierdzi, obserwujemy zastosowanie rosyjskiej doktryny „eskalacja dla deeskalacji" w praktyce - Rosja najpierw doprowadza do wzrostu napięcia, aby potem zmusić drugą stronę do ustępstw.

W poniedziałek premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson ostrzegł, że Zachód wkrótce będzie musiał wybrać między zależnością od rosyjskiego gazu a obroną Ukrainy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.