Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Aleksander Łukaszenka zapowiedział w ubiegłym tygodniu, że lada dzień na polsko-białoruskiej granicy może dojść do konfliktu zbrojnego. Mieliby go zapoczątkować migranci, sfrustrowani i zdesperowani z powodu przeciągającego się kryzysu humanitarnego, którego ofiarami padli.

W tym samym czasie w pobliżu granicy z Polską rosyjskie i białoruskie wojska powietrznodesantowe przeprowadziły serię ćwiczeń, które miały być odpowiedzią na wzmocnienie wschodniej granicy przez Polskę i „rosnącą działalność wojskową w pobliżu granicy Białorusi". Z kolei agencja Bloomberga poinformowała, że USA ostrzegły UE przed możliwym wtargnięciem wojsk rosyjskich na Ukrainę, o czym świadczyć ma gromadzenie sił zbrojnych przy ukraińskiej granicy.

Czy mamy czego się obawiać? Wyjaśnia Paweł Łuzin, rosyjski ekspert wojskowy, zastępca redaktora naczelnego pisma "Indeks bezpieczeństwa".

Wiktoria Bieliaszyn: Aleksander Łukaszenka nie kryje gniewu z powodu całkowitego wykluczenia go z europejskiej sceny politycznej oraz kolejnych pakietów sankcji. Grozi zakręceniem rosyjskiego gazu, a nawet prognozuje konflikt wojenny na granicy polsko-białoruskiej. Te groźby są realne?

Paweł Łuzin: Aleksander Łukaszenka nie ma dokąd się wycofać. Stawką w tej grze są – co najmniej – jego władza i wolność. Niezwykle ważne jest dla Łukaszenki, aby UE i jej państwa członkowskie, przede wszystkim Polska i Litwa, uznały go za prawowitego prezydenta Białorusi i zaczęły z nim rozmawiać. To dlatego postanowił zagrać "kartą migrantów". W końcu, skoro ten sposób sprawdził się kilka lat temu Erdoganowi w Turcji, dlaczego nie spróbować na Białorusi?

Łukaszenka ucieka się więc teraz do retoryki na granicy kompletnego nonsensu, nierzadko zresztą ją przekraczając. Ma nadzieję na dalsze pogorszenie stosunków między Rosją a Zachodem, co pomogłoby mu zagwarantować sobie autonomię polityczną. Nie przeszkadza mu to w głoszeniu herezji. Bo, jak wiadomo, Łukaszenka nie może zablokować tranzytu rosyjskiego gazu z prostej przyczyny: ani gaz, ani biegnący przez Białoruś gazociąg nie należą do Białorusi.

Równie absurdalne są jego ostatnie prośby, mające wywrzeć zapewne wrażenie na Europie, które kieruje do Rosji, czyli np. żądanie dostarczenia na Białoruś systemów rakietowych Iskander o zasięgu do 500 km. Sęk w tym, że zgodnie z obowiązującym prawem Rosja nie może eksportować systemów rakietowych o zasięgu większym niż 300 km. Byłoby to sprzeczne z rosyjskimi zobowiązaniami w zakresie nierozprzestrzeniania technologii rakietowych. Taki sprzęt mógłby hipotetycznie pojawić się na terytorium Białorusi, gdyby utworzono tam dużą rosyjską bazę wojskową, a przed tym – przynajmniej do niedawna – Łukaszenka ze wszystkich sił się bronił.

Czy w takim razie konflikt zbrojny jest możliwy? Z jednej strony Kreml kategorycznie zaprzecza, jakoby uzgadniał cokolwiek z Łukaszenką, z drugiej – niedawno obserwowaliśmy pokaz siły w postaci ćwiczeń na białorusko-litewskiej granicy. Jak to wszystko interpretować?

– Nie sądzę, żeby Łukaszenka był na smyczy Kremla i uzgadniał cokolwiek z Moskwą. Polityka jest sztuką wykorzystywania możliwości. Dlatego Kreml próbuje obrócić kryzys na Białorusi na swoją korzyść, a nawet podpuszcza Łukaszenkę do popełniania kolejnych błędów i wygadywania bzdur. A im więcej błędów popełnia Łukaszenka, tym bardziej wpada w desperację.

Trzeba pamiętać, że Kremlowi relacje z Zachodem są bardzo potrzebne. Ba! Nie tylko relacje, ale też sukcesy na tym polu.

Dla Moskwy idealnym scenariuszem byłaby sytuacja, w której Europa zwraca się do niej z prośbą o rozwiązanie problemu nielegalnej migracji. W perspektywie oznaczałoby to też zapewne uznanie przez UE „głębokiej integracji" państwa związkowego Rosji i Białorusi. Mówiąc najprościej, rosyjskie władze cierpliwie czekają, aż UE dobrowolnie i ostatecznie odda Białoruś w ręce rosyjskie, niezależnie od tego, jaką formalną strukturę do tego wybierze. Nieważne, czy będzie to republika parlamentarna, porównywalna do Armenii, gdzie wszystkie kluczowe aktywa należą do rosyjskich firm i rozmieszczone są rosyjskie wojska, czy będzie to jakaś złożona struktura w ramach wspomnianego państwa związkowego. A może jeszcze coś innego, dla Kremla to już nie jest aż tak istotne w danym przypadku.

W Polsce dominują głosy, jakoby to Kreml w gruncie rzeczy odpowiadał za kryzys na granicy.

– Moim zdaniem tak nie jest. Nie należy przeceniać zdolności władz rosyjskich czy jakichkolwiek innych do zarządzania tym, co dzieje się na świecie w sposób dyrektywny. Nie należy też lekceważyć zdolności Aleksandra Łukaszenki czy jakiegokolwiek innego dyktatora do takiego a nie innego postępowania. Kreml pozwala Aleksandrowi Łukaszence popełniać błędy. Nie próbuje go hamować. Zresztą, dlaczego Kreml miałby to robić?

Im więcej błędów popełni Łukaszenka, tym Europejczycy chętniej będą rozmawiać z Władimirem Putinem i innymi rosyjskimi przedstawicielami władzy. Tym szybciej zgodzą się, by Białoruś na zawsze znalazła się w strefie wyłącznej odpowiedzialności i wpływów Rosji, niezależnie od tego, jakie procesy polityczne będą tam zachodzić. Moskwie nie są potrzebne nowe sankcje, które mogłyby zostać nałożone w odpowiedzi na planowaną dalszą integrację gospodarczą, polityczną i wojskową z Białorusią.

To sprzeczne z wizerunkiem Rosji przedstawianym przez Aleksandra Łukaszenkę, który w ostatnim czasie znów ze wszystkich sił stara się odgrywać „przyjaciela Putina". „Jesteśmy jak bracia" – powiedział w ubiegłym tygodniu.

– To gra. Aleksander Łukaszenka chciałby w gruncie rzeczy pogłębienia konfliktu między Europą a Rosją. Pragnie, aby to z nim Zachód zaczął rozmawiać, próbując w ten sposób powstrzymać Rosjan. Dlatego Łukaszenka prowokuje konflikt, a nawet tworzy iluzję, że jest na smyczy Putina. W pewnym momencie chciałby móc powiedzieć, że on sam nie jest niczemu winny, że to Moskwa jest odpowiedzialna za cały bałagan.

Łukaszenka improwizuje przy tym, jak tylko może: porywa samoloty, potem sprowadza uchodźców z Bliskiego Wschodu, wyłapuje opozycjonistów w Moskwie. Jasne, najprawdopodobniej wiele operacji wykonuje dzięki wieloletnim umowom, które zawarł z rosyjskimi służbami specjalnymi. Ale nie ma tu mowy o przyjaźni.

W takim razie obawy o możliwych operacjach wojskowych na granicy z Polską są nieuzasadnione? Spójrzmy więc na Ukrainę: USA ostrzegły kilka dni temu Europę przed możliwym wtargnięciem na jej terytorium wojsk rosyjskich. 

– Trzeba zdawać sobie sprawę, że te ostrzeżenia ze strony USA mają charakter asekuracyjny. W 2014 r. amerykański wywiad oraz służby wywiadowcze państw NATO nie zauważyły transferu wojsk rosyjskich odpowiedzialnych za aneksję Krymu i dalsze działania wojenne. Oczywiście, należy też pamiętać, że wojna Rosji z Ukrainą się nie zakończyła. Ona cały czas trwa. Co więcej, Rosja nie osiągnęła w niej jeszcze swoich celów.

A cel jest jasny: Rosji zależy na tym, by Ukraina przestała być zdolnym do funkcjonowania państwem i już nigdy więcej nie była przykładem wolnościowej rewolucji dla Rosjan, którzy również mogliby próbować zmienić władzę, realizując prawo ludzi do buntu.

Ponadto konflikt ten obrał własną logikę. Krym nie jest uznawany za część terytorium Rosji. Nie zapowiada się, by zmieniło się to w najbliższym czasie. Donbas w tych obszarach, w których mamy Doniecką Republikę Ludową i Ługańską Republikę Ludową, stał się dziurą bez przyszłości. Jak wyjść z tej sytuacji? Jak zmusić Zachód do uznania aneksji Krymu? Jak zmusić Ukrainę do przyjęcia DRL/ŁRL w swój skład na rosyjskich warunkach i przyznania się do porażki? Scenariusz eskalacji jest dość prawdopodobny, ale w szerszym kontekście.

A czy w ten szerszy kontekst wpisuje się obecna, nie najłatwiejsza przecież na świecie, sytuacja ekonomiczna i pandemiczna? Trudno jest wszystkim, ale Rosji szczególnie.

– Co do kryzysu gospodarczego, a zwłaszcza pandemii, to nie przydawałbym im tak wielkiego znaczenia, choć rosyjskie społeczeństwo jest wściekłe, że władze nie są zaangażowane w rozwój gospodarczy. Jeśli zaś chodzi o armię, w ostatnich latach oficerowie zostali zamienieni w wojskowych biurokratów, by władze miały poczucie kontroli nad tym, co się dzieje w siłach zbrojnych. Teraz nie jest jasne, czy było to dobre rozwiązanie, bo co prawda biurokraci mogą przygotować raporty z odpowiednimi wynikami, ale nigdy nie są gotowi umrzeć na polu bitwy.

W takiej sytuacji wojna może wydawać się atrakcyjnym narzędziem wewnętrznej mobilizacji klasy rządzącej, dzięki któremu można byłoby przywrócić zdolność całego systemu do zarządzania. Tylko że hipotetyczna wojna przyspieszy również trwającą zmianę pokoleniową wśród elit. Więcej, spowodowałaby, że ogromna masa tych, którzy obecnie te elity tworzą, straciłaby pozycję, bo nie mają oni ani moralnych, ani intelektualnych cech niezbędnych do formowania elit politycznych.

Wojna przetasowałaby kremlowskie elity?

– Tak, oznaczałaby poważne zmiany w polityce wewnętrznej. To ryzyko, na które Kreml się nie zdecyduje, póki nie będzie mieć 100 proc. gwarancji sukcesu albo przynajmniej pewności, że nie będzie się ono wiązało z poważnymi konsekwencjami. W innym przypadku Kreml nie będzie gotowy do wojny, mimo wszystkich swoich czołgów, samolotów i rakiet.

I nie chodzi tutaj o to, że tzw. tło zewnętrzne nie jest wystarczająco korzystne, by Rosja podjęła aktywne działania wojskowe w kierunku ukraińskim. Ogólnie rzecz biorąc, sama Ukraina nie jest celem, w imię którego Moskwa byłaby w stanie rzucić wszystko na szalę.

Ukraina jest ważna dla Moskwy w kontekście relacji z Zachodem oraz samej chęci zaktualizowania stosunków międzynarodowych. Celem tej aktualizacji miałoby być potwierdzenie wysokiego statusu Rosji na arenie międzynarodowej.

Jeśli więc dojdzie do eskalacji, Ukraina będzie tylko jednym z kierunków rosyjskich działań. Ale w tej chwili nie widzę warunków, by do niej doszło. Zobaczymy, co przyniesie jutro. Bo zakładam, że prędzej czy później taka eskalacja nastąpi. Rosyjski system władzy, podobnie jak świat, nie jest statyczny.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.