Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Maciej Czarnecki: Jak ocenia pan działania polskiego rządu w sprawie kryzysu na naszej granicy?

Prof. Maciej Duszczyk*: Te podejmowane obecnie są prawidłowe, choć spóźnione. Z jednej strony konieczna blokada granicy, bo państwo musi mieć nad nią kontrolę, to absolutnie oczywiste. Z drugiej strony uruchomienie działań dyplomatycznych. Nasze państwo wycofuje się z błędów, które niedawno popełniło...

Czyli?

- Podam dwa przykłady. Po pierwsze, zapraszamy instytucje europejskie. Europol ma przysłać swoich funkcjonariuszy, którzy znają się na zwalczaniu przemytu ludzi. Jest to Europejskie Centrum do spraw Przemytu Migrantów, które działa od 2016 roku. Po drugie, pojawiają się ruchy pod adresem dziennikarzy. Mówi się o jakimś ośrodku dla nich przy granicy, choć do końca nie wiem, co to znaczy. Rząd wreszcie zaczyna mówić: potrzebujemy innego rodzaju relacji, by odzyskać zaufanie dużej części społeczeństwa do tego, co robimy.

Kolejny krok, który powinien nastąpić natychmiast: zaproszenie na granicę organizacji pozarządowych, by udzielały pomocy humanitarnej. Jeśli ich pracownicy będą wiedzieli, że jest realna pomoc również po stronie Straży Granicznej, czyli migranci nie będą odsyłani ponownie na granicę, tylko zostaną wszczęte odpowiednie procedury, to ich skłonność do informowania funkcjonariuszy o migrantach na pewno wzrośnie.

Nadal nie zaprosiliśmy Fronteksu.

- I nie tylko. Jeśli chodzi o migracje, w UE jest pięć organizacji, które się tym zajmują i są teraz potrzebne: właśnie Frontex, Europol, EASO - Europejska Agencja ds. Wspierania Azylu, Eurojust, który zapewnia współpracę w ramach wymiaru sprawiedliwości, oraz FRA - Agencja Praw Podstawowych UE, której funkcjonariusze legitymizowaliby działania na granicy i zaświadczali, że nie dochodzi do ewidentnego łamania praw człowieka. To naprawdę nie są jacyś kompletni wariaci, którzy nagle powiedzą, że migrantom, którzy przechodzą, trzeba dać mieszkanie i samochód.

Powinniśmy jak najszybciej stworzyć taki europejski hub.

Chodzi nie tylko o wsparcie logistyczne i eksperckie, ale też pokazanie, że Polska nie jest sama, że to europejski problem, w którym stoją za nami partnerzy.

- Byłem w stanie zrozumieć retorykę rządu na początku. Tak naprawdę mieliśmy do czynienia z kilkuset osobami, które w ten czy inny sposób próbowały przekroczyć naszą granicę. Nie był to gigantyczny problem, codziennie jacyś imigranci przez różne granice przechodzą. Nie chciano nadmuchiwać tego balonika.

Jednak już od kilku dobrych tygodni sytuacja non stop się pogarsza. Zwiększa się liczba samolotów docierających do Mińska. To już nie jest problem, który się zakończy za tydzień-dwa, tylko próba, która może być powtarzana w przyszłości. Byłoby więc świetnie to umiędzynarodowić.

Zresztą od trzech-czterech dni mamy w tym względzie gigantyczne wzmożenie: Unię Europejską, która prowadzi bardzo istotne działania dyplomatyczne; Turcję, która patrząc na to, co się dzieje, uznała, że chyba jednak z „wariatami" nie chce mieć do czynienia; Stany Zjednoczone - wizytę szefowej Komisji Europejskiej i rozmowy z prezydentem Bidenem. Jest rezolucja ONZ.

Coraz więcej jest wydarzeń, które sprawiają, że wszyscy o tym mówią. I, co najważniejsze, są po naszej stronie. Musimy ich wsparcie za wszelką cenę utrzymać. Bylebyśmy tylko nie zrobili jakiegoś głupiego ruchu, który stworzyłby wrażenie, że ci Polacy niewiele różnią się od Białorusi...

Na przykład?

- Dopuszczenie do masowych śmierci na naszej granicy. Gdybyśmy stracili kontrolę nad humanitarnym wymiarem sytuacji, to opinia publiczna innych państw będzie mocno naciskała na swoje rządy, by zmieniły swoją postawę. To dla nas groźne, bo potrzebujemy wsparcia wszystkich.

Nie ma pan wrażenia, że w ostatnich dniach straciliśmy trochę z oczu ten humanitarny wymiar? Mówimy o wydarzeniach na granicy językiem z dziedziny bezpieczeństwa państwowego: "atak", "szturm", "operacja hybrydowa"...

- Dlatego o nim mówię. Aspekt bezpieczeństwa jest dziś oczywiście najważniejszy, ale nie możemy zapominać o tym drugim elemencie. Bezpieczeństwo wcale nie wymaga rezygnacji z humanitaryzmu. Wśród wymienionych pięciu unijnych agencji Frontex i Europol są siłowe, skoncentrowane na zapewnieniu bezpieczeństwa, ale powinniśmy mieć też w Polsce urzędników z agencji ds. azylu i praw człowieka.

Jeśli dalej będą stosowane push-backi, to po co te agencje?

- Pytanie, czym jest push-back. W obecnej sytuacji bezpieczeństwa mamy prawo do tego, by chronić fizycznie granicę. Nawet jak ktoś przejdzie metr, pięć, siedem, to mamy prawo go wypchnąć. Państwo musi mieć kontrolę nad granicą. Natomiast jak te osoby już przeszły, znalazły się w szpitalu w Hajnówce czy na dworcu w Białymstoku, to trzeba je absolutnie namierzyć i zaopiekować się nimi, ale w taki sposób, że nie mogą być też zagrożeniem dla Polski. Konieczne jest także oczywiście udzielenie im pomocy medycznej czy psychologicznej.

Kluczowe jest, aby nie dopuszczać do tego, by grupy migrantów, które nie zostały zidentyfikowane, swobodnie przemieszczały się po Polsce. A więc ośrodki strzeżone, odpowiednia procedura - i większość z nich po pewnym czasie prawdopodobnie będzie musiała wrócić do swego państwa pochodzenia. Lepiej tak, niż wydalać ludzi na Białoruś, skoro wówczas i tak zaraz do nas wrócą.

W piątek białoruskie linie Belavia ogłosiły, że w związku z decyzją tureckich władz w przypadku lotów z Turcji nie będą wpuszczać na pokład obywateli Iraku, Syrii i Jemenu. Widać, że naciski zaczynają przynosić efekty.

- Podejmujemy obecnie działania w co najmniej kilku podstawowych aspektach. Mamy zaangażowaną dyplomację i siły specjalne; mamy zaangażowanie techniczne dotyczące np. odebrania białoruskiej agencji żeglugi powietrznej akredytacji do wymiany informacji z agencjami z UE; stosowane jest także siłowe blokowanie granicy.

Dyplomacja prowadzona jest na najwyższych szczeblach, bo rozmawiają ze sobą prezydent USA z szefową Komisji Europejskiej, do Polski przyjeżdża szef Rady Europejskiej, odbywają się rozmowy kanclerz Niemiec Angeli Merkel z prezydentem Rosji Władimirem Putinem i jest rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ. To najwyższy stopień umiędzynarodowienia - i bardzo dobrze.

Proszę jednak zwrócić uwagę, na jak wielu fortepianach trzeba zagrać ten koncert, by ostatecznie się udało. Gdyby udało się inaczej zarządzać tym problemem wcześniej, może by do takiej eskalacji nie doszło. Dopiero teraz zaczynamy się znajdować w sytuacji, że nasze działania nie będą reaktywne, tylko wyprzedzające to, co zamierza zrobić Aleksander Łukaszenka.

Co będzie dalej?

- Wydaje się, że dwa-trzy ostatnie dni są światełkiem w tunelu. Ale nadal nie wiemy, co siedzi w głowach Łukaszenki, Putina i służb specjalnych, czyli ludzi, którzy zarabiają na tym procederze. Może być tak, że Łukaszenka się wycofa, bo zbadał, na ile może sobie pozwolić, i zrozumie, że dalej nie może się posunąć. Tak było wielokrotnie. Ale może będzie chciał nadal eskalować sytuację. Bardzo trudno to przewidzieć. To jednak jest pytanie do analityków sytuacji politycznej na Białorusi i w Rosji.

Zwłaszcza że istnieje wiele możliwych krajów i lotnisk tranzytu. Jeśli nie Stambuł, to Damaszek albo Moskwa...

- W mojej opinii przez Moskwę tranzyt jest prawie niemożliwy, bo Rosja musiałby przyznać, że się angażuje i nie kontroluje przepływu, że jest słaba.

Natomiast możliwy jest kanał przez Ukrainę, lądowanie gdzieś blisko i wykorzystanie tamtejszych grup przestępczych, które też na pewno chciałyby trochę zarobić. Dobrze, że Ukraińcy wyprzedzająco, po otrzymaniu pewnych informacji, przesunęli prawie 10 tys. żołnierzy na granicę z Białorusią.

Patrząc na to trochę z dystansu, to Polska wreszcie zderzyła się z wielkimi problemami migracyjnymi na świecie. Podczas kryzysu w 2015 r. koniec końców odmówiliśmy udziału w unijnym programie relokacji, staliśmy z boku.

- Zorientowaliśmy się, że hasło "moja chata z kraja" nie do końca jest zasadne. Skoro mamy ambicje odgrywania pewnej roli w polityce międzynarodowej, jesteśmy członkiem UE i NATO, angażujemy się mocno w popieranie opozycji na Białorusi, jesteśmy aktywni w kwestii sankcji wobec Białorusi i innych państw niedemokratycznych, to z pewnymi konsekwencjami musimy się liczyć.

Pomoże to nam zrozumieć, że potrzebujemy jako Europa długofalowej strategii migracyjnej? Przecież obecne migracje to tylko preludium. Niedawny raport Banku Światowego mówi o ponad 200 mln uchodźców klimatycznych do 2050 roku.

- Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Myślę jednak, że po wygaszeniu obecnego problemu zainteresowanie opinii publicznej szybko opadnie. Ponadto ludzie się przyzwyczajają. Pierwsza śmierć na granicy robi wrażenie. Setna już nie. Oby tak było, że nasze służby przyjmą trochę inną optykę, będą korzystać z wiedzy i zaufania odpowiednich instytucji, które są w tym temacie wyspecjalizowane i mogą realnie nas wesprzeć. Przecież nasza granica to jedna z najdłuższych lądowych granic zewnętrznych UE.

Jeśli jednak pan premier podczas ostatniej debaty mówił lekceważąco o Fronteksie, to trudno oczekiwać, że ludzie, którzy tam pracują i naprawdę wykonują świetną robotę, z jakąś wielką radością przyjadą nam pomagać. Do tego trzeba pamiętać, że siedziba agencji jest w Warszawie. Takie zdania nie powinny paść, bo burzą zaufanie między podmiotami kluczowymi dla rozwiązania problemu, czyli polskim rządem i instytucjami UE.

*Prof. Maciej Duszczyk - ekspert ds. migracji, polityki migracyjnej i integracyjnej oraz Unii Europejskiej, wykładowca na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, członek Rady Naukowej Ośrodka Badań nad Migracjami UW.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.