Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruski dyktator, który już pół roku temu uruchomił swoistą pompę ssąco-tłoczącą przerzucającą tysiące nieszczęśników z Bliskiego Wschodu na wschodnie granice Unii Europejskiej, jest dla polskich władz nie do ugryzienia. Całą swą brutalną energię kierują one przeciw uchodźcom, czyli ofiarom procederu, a nie przeciw sprawcy.

Łukaszenkę da się postawić do pionu

A przecież osądzić Łukaszenkę można. On sam już ponad rok temu w wywiadzie dla ukraińskiego dziennikarza Dmytro Gordona wyznał, czego boi się najbardziej. Zmorą dla niego byłoby odcięcie Białorusi od międzynarodowego systemu rozliczeń SWIFT. Bo to spowodowałoby straty, jakich nie byłaby w stanie skompensować nawet Moskwa.

Decyzji o odłączeniu Białorusi od SWIFT oczywiście nie mogłaby podjąć sama Warszawa, a jej wpływy na arenie międzynarodowej szybko topnieją. Taki krok jest więc poza zasięgiem polskich władz.

Piętą achillesową Łukaszenki jest choćby naziemny tranzyt. Jak oblicza znany ekonomista Władisław Inoziemcow, na przewożeniu towarów między UE a Rosją jego kraj rocznie zarabia 3,5-4 mld dol. rocznie (6 proc. białoruskiego GNP). Przez Białoruś przejeżdżają dwie trzecie tego, czym Rosjanie wymieniają się z Europą.

Zamknięcie przejść na granicy Polski, Litwy i Łotwy byłoby powalającym ciosem dla reżimu mińskiego, a sprawiłoby ogromne kłopoty też Rosjanom. Gdyby to, w co chociażby teraz zaopatrują się przed Nowym Rokiem, musieli sprowadzać przez Litwę, potem Łotwę i Estonię czy przez Ukrainę, Władimir Putin, polityczny sponsor Łukaszenki, musiałby się wmieszać w to, co podopieczny, prowokując chaos transportowy, wyczynia na granicy.

Wieszanie kłódek na szlabanach granicznych to krok w stylu nie bardzo europejskim. Postawić Łukaszenkę do pionu można jednak tak bardziej po wschodnioeuropejsku. Cóż można by poradzić, gdyby na przejściach między Unią a Białorusią raz za razem dochodziłoby do totalnej awarii systemu komputerowego? Albo gdyby w związku z tym, co się dzieje na zielonej granicy, z oficjalnych przejść odwołać celników i pograniczników? Cóż, siła wyższa.

Dla Łukaszenki to nic nowego. On się takimi metodami posługuje sam. Na przykład przed 8 marca, kiedy w jego kraju brakuje kwiatów, okazuje się, że ciężarówki wiozące goździki, róże czy tulipany z Holandii do Moskwy nie są zaopatrzone w wymagane dokumenty i towar trzeba skonfiskować, by potem trafił do kwiaciarni białoruskich.

A i Moskwie takie graniczne gry też nie są obce. Kiedy Łukaszenka zezwolił obywatelom państw Zachodu przyjeżdżać do swego kraju bez wiz, Putin odpowiedział posunięciem radykalnym. Zakazał posiadaczom zachodnich paszportów przyjeżdżać do Rosji drogą lądową przez Białoruś. A tłumaczono to tym, że korzystając z otwarcia drogi białoruskiej, na ziemię rosyjską mogą się przedzierać niechciani tam demokraci, liberałowie i inni obrońcy praw człowieka.

Rosjanie sami boją się migracji

Władze w Warszawie i ich propagandziści powtarzają, że prawdziwym, działającym zza kulis sprawcą tragedii na granicach jest Putin. To jednak tylko wymówka mająca usprawiedliwiać ich bezradność i bezsilność.

Rosjanie i ich sojusznicy, przede wszystkim z Azji Środkowej, sami boją się fali niekontrolowanej, spontanicznej migracji, która zwali się na nich, kiedy w Afganistanie rządzonym przez talibów, co wydaje się nieuniknione, dojdzie do masowego głodu. Na częstych ostatnio naradach przywódców krajów WNP i Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym politycy gorączkowo szukają sposobów powstrzymania tego procesu.

A najbardziej aktywnym orędownikiem sięgnięcia po najbardziej radykalne metody walki z nielegalną migracją, przeprowadzania szeroko zakrojonych brutalnych operacji policyjnych okazuje się na takich spotkaniach nie kto inny jak Łukaszenka.

Putinowi, któremu dla uniknięcia kryzysu migracyjnego u siebie niezbędna może się okazać współpraca z Zachodem, nie na rękę jest skandal na wschodniej granicy UE. On wie, że jak mawiają Rosjanie, „nie rzuca się kamieniami, jeśli się mieszka w szklanym domu".

W Moskwie zdają też sobie dobrze sprawę z tego, czym się kieruje Łukaszenka, wywołując hybrydową wojnę migracyjną. I rozumieją, że będą stratni zarówno wtedy, kiedy osiągnie swój cel, jak i kiedy przegra.

Miński dyktator, jak zauważa choćby znany niezależny białoruski politolog Walery Karbalewicz, liczy na to, że Europa przerażona kryzysem na granicy złagodzi sankcje, znów będzie z nim rozmawiać jak z partnerem. Wtedy on będzie mógł wrócić do swej ulubionej gry politycznej, w której raz zwraca się twarzą ku Zachodowi, raz ku Moskwie i dzięki tej obrotowości nie będzie już zdany wyłącznie na wschodniego protektora.

Kremlowi, który coraz niecierpliwiej naciska na przeprowadzenie na Białorusi „reformy konstytucyjnej" i stopniowe odchodzenie Łukaszenki od władzy, powrót dyktatora na arenę europejską jest nie na rękę.

A przegrana dyktatury, czyli ewentualne nałożenie na Mińsk nowych, niszczących sankcji, sprawi, że Moskwa będzie musiała w znacznie większym niż do tej pory stopniu opłacać rachunki sąsiedniego kraju i w istocie rzeczy wziąć go na swoje utrzymanie.

Mińsk i Moskwa się podgryzają

Propaganda moskiewska, wbrew temu, co mówi się w Polsce, nie gra kryzysem migracyjnym na granicach Białorusi. W każdym razie nie czyni go centralnym czy nawet ważnym tematem. A sterowana z Kremla telewizja NTV niedawno wprost oskarżyła Łukaszenkę o to, że sztucznie wywołał konflikt.

Telewizja białoruska nie została dłużna. Jewgienij Pustowoj, bliski władzom prezenter kanału CTV, pozwolił sobie – czy raczej dostał pozwolenie – na szyderstwa pod adresem Putina. Wychwalał Łukaszenkę, który „nie kryje się po bunkrach przed narodem na telekonferencjach", tylko bez strachu przed pandemią spotyka się z ludźmi. Na jego żywej twarzy widać zaś troskę o obywateli, bo „nie używa botoksu".

Pustowoj nie nazwał tego, kto siedzi w bunkrze i sięga po botoks. Ale to właśnie Putin, który panicznie boi się koronawirusa, unika kontaktów z ludźmi, jest powszechnie nazywany „dziadem z bunkra", a także – przez to, że mimo upływu lat ma coraz bardziej wyprasowaną twarz – „botoksem".

Odwet i tym razem nastąpił szybko. W internecie pojawiły się rezultaty „zamkniętego" sondażu, który kremlowski Wszechrosyjski Ośrodek Badania Opinii Publicznej miał rzekomo przeprowadzić potajemnie na Białorusi. A są one dla Łukaszenki katastrofalne. Pozytywnie ocenia go 30 proc. rodaków, negatywnie – 55 proc. Zdecydowana większość chce jego odejścia, występuje przeciw terrorowi, który wprowadził w kraju, domaga się demokratyzacji i prawdziwych reform.

Między Moskwą a Mińskiem dochodzi do znacznie poważniejszych zgrzytów. 4 listopada, jak zapowiadano jeszcze we wrześniu, miało dojść do uroczystego podpisania 28 programów integracji Rosji i Białorusi. Jak jednak pisze „Niezawisimaja Gazieta", dziś posiedzenie Rady Najwyższej Państwa Związkowego Rosji i Białorusi nie jest szykowane – rzekomo z powodu zagrożenia COVID-19. Zdaniem dziennika jest to jednak tylko pretekst, a prawdziwy powód to opór Łukaszenki przed tym, co narzuca mu Rosja, naciskająca na to, by wywiązał się z danej już ponad rok temu Putinowi obietnicy, że wyrzeknie się władzy i odda ją następcy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.