Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Eisenhüttenstadt - senne, dwudziestotysięczne miasteczko na wschodzie Brandenburgii, blisko do granicy z Polską - jest od tygodnia oblegane przez reporterów. Odkąd niemiecka policja zaczęła wyłapywać na granicy coraz więcej uchodźców, lokalne media nie mówią niemal o niczym innym.

Granica pod specjalnym nadzorem, choć dziurawa

Zacieśnienia kontroli na granicy domagają się politycy od lewa do prawa. O wzmocnienie patroli policyjnych na granicy wystąpili publicznie burmistrzowie: Frankfurtu nad Odrą - Rene Wilke z Lewicy, oraz Guben - Fred Mahro z CDU.

Eisenhüttenstadt leży dokładnie pomiędzy tymi dwoma miastami. W pobliżu przebiega autostrada A2, którą przemycani są migranci z Białorusi. W ubiegłym tygodniu jeden z takich busów miał wypadek i nie dojechał do celu: pod Nowym Tomyślem na wielkopolskim odcinku A2 niegroźnie ranne zostały cztery z 15 osób - obywatele Iraku i Turcji, którzy jechali na pace. Kierowca, Ukrainiec, uciekł z miejsca zdarzenia, ale został złapany przez polską policję.

Po drugiej stronie w przygranicznym Küstrin-Kietz niemieccy funkcjonariusze niedawno znaleźli o drugiej w nocy bus z 12 osobami z Syrii. Za kierownicą siedział obywatel Chorwacji.

Strach przed powtórką z 2015 r.

Grupy liczące po kilkudziesięciu migrantów pojawiają się regularnie w niemieckim powiecie Odra-Sprewa. Kilka dni temu lokalni neonaziści z ugrupowania Trzecia Droga wezwali mieszkańców do patroli obywatelskich, by w nocy wyłapywać nielegalnych imigrantów. "Nie chcemy powtórki z 2015 r. i masowej imigracji młodych mężczyzn wkraczających do naszego kraju" - napisali na swojej stronie internetowej.

Czasowego przywrócenia kontroli na granicy z Polską domagają się jednak także policyjni związkowcy. Heiko Teggatz, szef niemieckich policyjnych związków zawodowych (DPolG), wysłał w tej sprawie w ubiegłym tygodniu list do ministra spraw wewnętrznych Horsta Seehofera.

- Sytuacja jest dramatyczna. Policjanci są przeciążeni pracą. Sytuacja na granicy powoduje, że muszą wyrabiać setki nadgodzin. Obawiamy się, że może dojść do takiej sytuacji jak w 2015 r. i niekontrolowanego przepływu migrantów - mówi w rozmowie z "Wyborczą".

Niemieccy policjanci skarżą się, że są narażani na bezpośredni kontakt z osobami, których nikt wcześniej nie badał na obecność koronawirusa. - Policjanci zmuszani są do dużej ilości pracy po godzinach. Niektórzy są na służbie po 24 godziny na swoich zmianach, a bywa że i dłużej - mówi Teggatz.

Twierdzi, że Polacy nie radzą sobie z zatrzymaniem nielegalnej migracji do Niemiec na granicy z Białorusią. Według niego może to grozić powtórką z kryzysu z 2015 r. - Wtedy też Grecy i Włosi przyzwalali na to, by migranci w sposób niekontrolowany napływali do Niemiec - przypomina szef policyjnych związkowców.

Migranci w koszarach NRD-owskiej milicji. Personel m.in. z Polski

W Eisenhüttenstadt znajduje się największy ośrodek dla uchodźców spośród czterech prowadzonych przez rząd Brandenburgii. W dawnych koszarach NRD-owskiej milicji, które po upadku muru berlińskiego zostały przerobione na areszt deportacyjny, jest miejsce dla 2 tys. osób.

Pod ośrodkiem spotykam Kathleen Muxel, deputowaną do brandenburskiego Landtagu ze skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Akurat udziela wywiadu niemieckiej telewizji WDR. Dziennikarze ustawili ją tak, by w kadrze zmieścili się śniadzi migranci, siedzący zaraz za płotem ośrodka.

- Potrzebujemy więcej patroli na naszej granicy, by zatrzymać tę nielegalną migrację. Ale trzeba też posłać Polakom pomoc i wzmocnić kontrole na granicy z Białorusią - mówi mi Muxel.

- Ale polski rząd twierdzi, że świetnie sobie radzi i nie potrzebuje pomocy - zauważam.

- Jakoś tych efektów tego pilnowania nie widać tutaj - stwierdza.

Pytam ją, czy byłaby za czasowym zamknięciem granicy z Polską i wprowadzeniem kontroli granicznych, co postulują niemieckie policyjne związki zawodowe.

- W żadnym wypadku! - odpowiada natychmiast. - Nie można zamknąć granicy. To miałoby fatalne konsekwencje dla wszystkich, którzy przychodzą z Polski pracować - mówi polityczka AfD, tej samej partii, która kilka lat temu w kampanii domagała się zamknięcia granic z Polską, tłumacząc to wtedy bezpieczeństwem.

- Nie, zamknięcie granicy nie wchodzi w rachubę. Przecież 20 proc. naszego personelu to Polacy - mówi Olaf Jansen, kierownik ośrodka w Eisenhüttenstadt, gdy oprowadza nas po jego terenie. Kilkunastu Polaków pracuje w ochronie, część także w kuchni i obsłudze ośrodka.

Jansen potwierdza, że od września notują niespotykany od lat napływ uchodźców. Od tego czasu co miesiąc do ośrodka przybywa po 2-2,2 tys. migrantów (wcześniej - po 300 osób).

- Jednak to i tak dalekie od tego, co obserwowaliśmy w 2015 r. Wtedy było trzy-, czterokrotnie więcej przybyszów niż obecnie - zaznacza.

W ośrodku, którym kieruje, z 2 tys. miejsc zajętych jest teraz 1,5 tys. Jansen mówi, że sytuacja byłaby gorsza, gdyby nie to, że codziennie migranci są wysyłani z Eisenhüttenstadt do innych ośrodków prowadzonych przez lokalne samorządy w Brandenburgii lub nawet do landów w innych częściach Niemiec. W Eisenhüttenstadt przechodzą badania na obecność koronawirusa, są szczepieni i rejestrowani.

Ośrodek nie jest zamknięty. Migranci chodzą bez przeszkód do miasta robić zakupy. Jansen mówi, że na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy wyszli z ośrodka i nigdy nie wrócili. Podejrzewa, że udali się w dalszą podróż do swoich rodzin, do Francji albo któregoś z krajów skandynawskich. 

Nowo przybyli muszą najpierw przejść kwarantannę. Później są szczepieni przeciwko koronawirusowi. Podobno wszyscy chętnie przyjmują szczepionkę. Odmawiają jej zazwyczaj tylko Czeczeni, Rosjanie i Gruzini. Jansen mówi, że nie wie, z jakiego powodu, ale zaznacza, że ludzi z tych krajów w ośrodku jest najmniej.

Ponad połowa migrantów w ośrodku to iraccy Kurdowie. A spośród nowo przybyłych 90 proc. dostało się do Niemiec z Białorusi przez Polskę. - Część z nich miała tam trudne przeżycia, spędziła jakiś czas w lesie. Ale nie zdiagnozowaliśmy osób silnie straumatyzowanych - zaznacza.

Mówi, że tylko w pojedynczych przypadkach migranci, którzy dostali się do Eisenhüttenstadt, byli odsyłani do innych krajów. Wynikało to z tego, że zostali wcześniej zarejestrowani jako uchodźcy w innym państwie członkowskim UE. A zgodnie z konwencją dublińską za ochronę międzynarodową i azyl odpowiada pierwszy kraj UE, w którym uchodźca postawił stopę. 

Dlaczego w takim razie w przypadku niemal wszystkich wnioski azylowe będzie rozpatrywać państwo niemieckie, a nie polskie?

- Ponieważ nie mamy żadnych dowodów na to, że przyszli z Polski, bo nikt ich tam nie rejestrował. No ale jak się tu dostali? Samolotami ponad Bałtykiem? - pyta sarkastycznie Jansen. Od razu jednak się poprawia i mówi, że nie sądzi, aby polskie służby graniczne celowo nie rejestrowały tych osób, byle tylko pozbyć się problemu.

Na pytanie o to, czy z zeznań migrantów wynika, że polska Straż Graniczna przepędzała ich nielegalnie na stronę białoruską (stosując tzw. push-back), odpowiada wymijająco: - Wiemy, że część z nich była w strefie granicznej pomiędzy jednym a drugim krajem. Ale czy dochodziło do push-backu, nie wiemy.

Polska policja "brutalna", a Białorusini przystawiają kałasznikowa do głowy

Migranci w ośrodku często jednak opowiadają mi co innego.

- Polska? Niedobrze, polska policja bardzo brutalna - mówi mi łamanym angielskim starszy Syryjczyk, gdy mówię, skąd przyjechałem. Twierdzi, że wraz z kilkoma innymi Syryjczykami byli regularnie przepędzani przez Polaków na białoruską stronę. By uniemożliwić mu dotarcie do Niemiec, polscy funkcjonariusze mieli mu zniszczyć telefon oraz kartę SIM, byle tylko zmusić do powrotu na białoruską stronę. Mężczyzna mówi, że wtedy postanowili pójść dalej na północ i ostatecznie do Polski dostali się przez Litwę.

Rawaz Nabaz ma 26 lat i jest w siódmym miesiącu ciąży. Ta iracka Kurdyjka spędziła z mężem w strefie granicznej pomiędzy Białorusią a Polską dziesięć dni. Rozmawiamy przez tłumacza elektronicznego w jej telefonie. Rawaz Nabaz wpisuje słowa po kurdyjsku, słownik tłumaczy je na niemiecki: "Nie mieliśmy prawie nic do jedzenia. Piliśmy deszczówkę i jedliśmy zioła, które znaleźliśmy w lesie. Białoruscy policjanci bawili się naszym kosztem. Byłam tam sama z mężem. Nie mieliśmy nikogo. Polacy powiedzieli, że nam nie pomogą i że mamy iść na drugą stronę. Białoruscy policjanci nie pozwolili nam wrócić do miasta. Zmuszali nas do tego, żebyśmy przechodzili na drugą stronę z powrotem do Polski. Szukali nas, a gdy znaleźli - bili. Jednego dnia uciekaliśmy przed nimi bez przerwy osiem godzin, żeby znaleźć jakieś bezpieczne schronienie".

Mówi, że w końcu uciekli przez granicę z Polską, przecinając drut kolczasty. Jak dostali się do Niemiec? "Znaleźliśmy bus, który nas tutaj dowiózł" - odpowiada. Mówi, że od ciągłego uciekania przed strażnikami wciąż bolą ją nogi. Prosi, by zakończyć rozmowę, bo jest już bardzo zmęczona, potem z grupą kobiet znika w budynku, w którym zakwaterowani są migranci.

Brutalność białoruskiej policji w strefie granicznej potwierdza mi też młody Jemeńczyk, z którym rozmawiam w ośrodku. - Białoruscy żołnierze przystawili mi lufę kałasznikowa do głowy i kazali iść na polską stronę - opowiada.

Jemeńczyk i jedna z tysięcy podobnych historii

Mówi, że do przekroczenia granicy z Polską podchodził dwa razy.

Wykupił u pośrednika w Jemenie wycieczkę turystyczną na Białoruś. Kosztowało go to 2,4 tys. dol. W cenie zawarte były wiza, bilet z Egiptu przez Stambuł do Mińska oraz kilkudniowy pobyt w stolicy Białorusi.

- Przyleciałem 23 września i miałem rezerwację w hotelu Białoruś. Człowieku, tam było mnóstwo innych migrantów z różnych krajów! Pewnie byś usłyszał tysiące takich historii jak moja.

W hotelu spędził dwa dni. Dogadał się z grupą kilku innych migrantów, by ruszyć na granicę. Mówi, że nie było z tym żadnego problemu. - W Mińsku każdy taksówkarz podwiezie cię za 300 dol. na granicę - opowiada.

Najpierw pojechał w okolicę Hajnówki. - Ale tam nie dało się przejść, co 50 metrów stał polski patrol. Ustawili tam takie podwójne, a nawet czasami potrójne zasieki. Nie do pokonania. Ale białoruskie wojsko nie chciało nas wpuścić z powrotem. Musiałem im się wymknąć, żeby wrócić do Mińska. Ale raz złapali mnie, przewrócili na ziemię i ukradli z plecaka 1,6 tys. dol. - relacjonuje.

Po trzech dniach w Mińsku znowu wrócił na granicę. - Było nas sześciu: po trzech Jemeńczyków i  Syryjczyków. Tym razem podeszliśmy od strony Brześcia w biały dzień. Na granicy widzieliśmy na polanie odpoczywający patrol Straży Granicznej. Pomyślałem "Inszallah [jeśli Bóg pozwoli], może teraz się uda". Udało się ich ominąć i znaleźliśmy się w Polsce. Szliśmy dwa dni. W końcu wsiedliśmy do furgonetki, która zawiozła nas do Niemiec.

Skąd nagle pojawił się transport? Mężczyzna szczerze przyznaje, że była z nimi osoba, która miała kontakt z przemytnikami. - Zawsze w każdej grupie jest przynajmniej jeden taki facet. Dostaje pinezkę na telefon, gdzie ma się znaleźć, i wszyscy tam idą - mówi.

Furgonetka podjechała po nich o 2.30 w nocy. Jechali przez Polskę pod granicę z Niemcami do godz. 11, stojąc stłoczeni na pace furgonetki. - Było nas 35. Nie mieliśmy wody, nie mogliśmy się załatwić. Nie można było nawet rozmawiać. Jak kierowca nas usłyszał, zatrzymywał się na poboczu i mówił, że jeśli nie będziemy cicho, to nas wszystkich wyrzuci. Ktoś mi później powiedział, że to Białorusin z niemieckim paszportem. Wszyscy płacili mu za podróż, niektórzy po tysiąc dolarów, inni jeszcze więcej.

Dopiero w Niemczech można poczuć ulgę

W Jemenie zostawił żonę i dwójkę dzieci. - Wyjechałem sam. Oni by przecież nie przeżyli takiej podróży. Dlaczego musiałem uciekać? U nas od 2014 r. trwa wojna. Różne frakcje walczą ze sobą i pod przymusem wcielają w swoje szeregi. Zginąłbym, gdybym tam został. Nikt nie ucieka z kraju, jeśli nie musi. Chciałbym, żeby udało się mojej rodzinie też dojechać tutaj. Tu, w Niemczech, nas dobrze traktują.

Również Rawaz mówi, że dopiero po przekroczeniu granicy z Niemcami odetchnęła z ulgą. "Niemiecka policja nam bardzo pomogła" - wystukuje po kurdyjsku na swoim telefonie.

Żaden z moich rozmówców nie chciał azylu w Polsce. Mówią, że nigdy nie występowali u polskich funkcjonariuszy o przyznanie im ochrony międzynarodowej.

Inny Jemeńczyk o imieniu Raszid, z którym chwilę rozmawiam, mówi, że leciał do Mińska przez Sudan, Dubaj i Stambuł. Podróż kosztowała go 2,2 tys. dol. By na nią zarobić i opłacić się przemytnikom, sprzedał swoją restaurację.

Cztery dni spędził w hotelu Białoruś, zanim udał się w drogę z Polski do Niemiec. Jechał na pace dostawczaka z 22 innymi mężczyznami. - Mińsk to ładne miasto, ale drogie - mówi łamanym angielskim.

Rozmawiamy tylko chwilę, bo przepędzają mnie ochroniarze, Polacy.

Sytuacja powtarza się, gdy próbuję porozmawiać z grupą irackich Kurdów. - Masz dwie minuty - mówią mi Polacy. Odstępują dopiero wtedy, gdy idę z interwencją do ich niemieckiego przełożonego. Za godzinę jednak znowu przychodzą i każą opuścić ośrodek. Chwilę idą za mną, później odprowadzają mnie wzrokiem do bramy, aby upewnić się, że wyszedłem poza teren ośrodka.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.