Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W Ranii, niewielkim mieście w irackim Kurdystanie ok. 50 km od granicy z Iranem, niemal zewsząd da się dostrzec górującą nad budynkami Kewa Rasz, czyli po kurdyjsku "czarną górę". W pogrążonych w półmroku sklepikach w centrum sprzedawcy i klienci dobijają szemranych interesów. Na porośniętym drzewami głównym placu dziesiątki mężczyzn - i tylko mężczyzn, bo to konserwatywny region - grają w tryktraka lub popijają mocną herbatę w jednej z knajpek.

Właśnie tu, przy stoliku w rogu, rozmawiam z koordynatorem siatki przemytników, która przerzuca ludzi przez granicę Białorusi i Polski. A potem dalej na Zachód. Jak opowiada, najczęściej do Niemiec, choć zdarza się, że aż do Wielkiej Brytanii.

Spodziewałem się atmosfery konspiracji, tymczasem mój rozmówca jest traktowany jak bohater: młodzi schodzą mu z drogi, starsi podchodzą, by się przywitać. - Tu każdy marzy o Europie. Ja sprzedaję te marzenia - uśmiecha się z dumą.

Jesteśmy głodni życia

Opowiada, że od wiosny wyprawił do Europy Zachodniej setki osób. Po 25 latach przemytniczej kariery w różnych krajach sam już nie wychodzi na szlak; ma swoich ludzi po obu stronach białorusko-polskiej granicy. Jedni spotykają klientów w Mińsku, przewożą w odpowiednie miejsce, wytyczają im trasę za pomocą nawigacji w smartfonie i puszczają w las (zwykle nocą). Drudzy - dwaj Polacy - odbierają samochodami po polskiej stronie i wiozą dalej. Na Białoruś migranci docierają z biurami podróży jako turyści.

- To trochę jak sporty ekstremalne. Wiesz, że są niebezpieczne, ale ich próbujesz. Ilu ludzi utonęło w morzu, a mimo to kolejni dalej chcą się wyprawiać... Gdy dowiedzą się o szlaku, nic ich nie zatrzyma. My [iraccy Kurdowie z okolic Ranii] nie jesteśmy głodni jak Afgańczycy czy Somalijczycy. Jesteśmy głodni życia, a tu naprawdę nie ma perspektyw - mówi mężczyzna.

Za swoje usługi inkasuje 3 tys. dol. (niektórzy przemytnicy żądają podobno więcej, 10-12 tys. dol., bo zajmują się wszystkimi etapami podróży, w tym przygotowaniami i przelotem).

Transakcja odbywa się z wykorzystaniem hawali, czyli popularnego na Bliskim Wschodzie, subkontynencie indyjskim i w Afryce Północnej nieformalnego sposobu przesyłania pieniędzy, opartego nie na wymianie gotówki czy transferach bankowych, ale honorowych brokerach. Przemytnicy dodali do niego nowy element: kręcone komórką filmiki.

Zwykle odbywa się to tak: migrant płaci, dajmy na to, 3 tys. dol. brokerowi urzędującemu w sklepiku w Ranii lub jakimkolwiek innym mieście. Dopiero gdy dotrze do Niemiec, tamtejszy broker (prowadzący prócz tego legalny biznes, np. sklep z telefonami) przekazuje przemytnikom kod do odebrania pieniędzy. Aby go otrzymać, muszą dostarczyć filmik, na którym dana osoba potwierdza: "Wszystko ok, dotarłem do celu".

Pytam o narodowości wyjeżdżających. - Ja pracuję z Kurdami. Jak bym się z innymi dogadał? Inni mają swoich [przemytników]. U nas każdy ma kogoś, kto kogoś zna - mówi zdziwiony.

MSZ kontra przemytnicy

Między przemytnikami a polskimi służbami trwa PR-owy pojedynek. W przesłanym "Wyborczej" oświadczeniu polski MSZ zapewnia, że zamieszcza "ogłoszenia w lokalnej prasie, na stronach internetowych placówek dyplomatycznych oraz w mediach społecznościowych, informujące o obecnej sytuacji dotyczącej presji migracyjnej na granicy polsko-białoruskiej oraz ostrzegające przed nieuczciwymi biurami podróży i zorganizowanymi grupami przemytników ludzi".

Akurat podczas mojego pobytu w irackim Kurdystanie podsekretarz stanu Marcin Przydacz opowiada w wywiadzie dla kurdyjskiego portalu Rudaw.net, że polska granica jest świetnie strzeżona i "nie ma żadnych szans" na jej przekroczenie. 

Przemytnik twierdzi jednak, że da się to zrobić. Wystarczy poczekać na odpowiedni moment.

Kto ma rację? Z danych Straży Granicznej wynika, że w sierpniu udaremniła 3,5 tys. prób przekroczenia granicy z Białorusi, we wrześniu ponad 7 tys., a w pierwszych 11 dniach października kolejne 7 tys. Jednak niemiecka policja poinformowała o tysiącach osób, które w tym samym czasie dotarły do Niemiec białoruskim szlakiem: prawie 500 w sierpniu, 1,9 tys. we wrześniu i kolejne 1,9 tys. do 11 października. Czyli polskim władzom udaje się udaremniać wiele przepraw, ale zdecydowanie nie wszystkie. 

Gdy przytaczam te liczby przemytnikowi, przechwala się: "Wpadają ci, którzy próbują sami".

Pułapka na granicy

Wśród przeprawiających się przez Polskę właśnie obywatele Iraku są najliczniejsi.

embed

Pierwsi ruszyli na Białoruś późną wiosną, gdy irackie biura zaczęły we współpracy z białoruskimi oferować wycieczki do Mińska. Prowadzone przez rosyjskiego opozycjonistę Michaiła Chodorkowskiego Dossier Center opublikowało skany zaproszeń, które białoruska państwowa agencja Centrkurort wystawiła chętnym, by otrzymali wizę na lotnisku w Mińsku. Z moich rozmów w Irbilu wynika, że zaproszenia wystawiały też inne białoruskie agencje.

Latem Fly Baghdad, Iraqi Airways i białoruska Belavia ścigały się w otwieraniu nowych połączeń i zwiększaniu ich częstotliwości: wkrótce bezpośrednie loty do stolicy Białorusi miał już nie tylko Bagdad, ale też Basra oraz Irbil i As-Sulajmanijja w irackim Kurdystanie. W końcu w sierpniu pod presją UE iracki urząd ds. lotnictwa cywilnego je zawiesił. Ale ludzie zaczęli latać przez Stambuł, Damaszek, Bejrut czy Dubaj.

Po przylocie do Mińska, gdzie zorganizowano specjalne punkty kontroli paszportowej dla Irakijczyków, mogą chwilę odpocząć, a nawet pozwiedzać, z czego część osób korzysta. Bądź co bądź, mają drugi "najsłabszy" paszport na świecie (po Afganistanie), w miarę łatwo mogą dostać się tylko do Turcji, Iranu i Libanu. Wielu opowiada mi, że czują się zamknięci w klatce, są spragnieni świata: jak nie Paryż, zobaczą chociaż Mińsk. Nawet jeśli uciekają przed biedą i prześladowaniami.

Potem ruszają autobusami, samochodami przemytników lub taksówkami na granicę. Tam bywają wręcz przepychani na polską stronę przez białoruskie służby.

Jeśli natkną się na polskich pograniczników i zostaną zawróceni, wpadają w pułapkę. Dramatyczne relacje w mediach społecznościowych pokazują, jak przez wiele dni i nocy ludzie błąkają się po lasach, gdzie jest coraz mroźniej.

Łukaszenka przykręca kurek

Po białoruskiej stronie granicy jest już tylu uciekinierów, że w ostatnich tygodniach Łukaszenka mocno przykręcił kurek z zaproszeniami. Białoruska agencja turystyczna Aneks Tour poinformowała niedawno, że na lotnisku w Mińsku wstrzymano wydawanie wiz obywatelom Afganistanu, Egiptu, Pakistanu, Syrii, Jemenu, Iranu i Nigerii. 6 października rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych Stanisław Żaryn napisał też na Twitterze, że Mińsk przestał akceptować pasażerów podróżujących przez lotnisko w Irbilu.

Ostrzegł jednak, by nie wyciągać zbyt daleko idących wniosków. "Raczej pokazuje to, że Mińsk ma - i z nich korzysta - narzędzia do sterowania szlakiem migracyjnym" - ocenił na Twitterze Żaryn.

Nasz rekonesans w irackim Kurdystanie potwierdza te informacje.

- W ostatnich kilku tygodniach aktywność tutaj znacząco spadła. Niektóre agencje podróży muszą oddawać pieniądze, bo nie mogą zagwarantować wjazdu na teren Białorusi - mówi mi jeden z polityków z kręgów rządowych kurdyjskiej autonomii. - Niedawno "wycieczka" stąd na Białoruś kosztowała kilkaset dol. Teraz ponad 3 tys. dol. Dlatego ludzie próbują teraz podróżować przez Dubaj i inne odległe miejsca. Popularność zyskuje Iran. To nie tylko droższe, ale i trudniejsze - dodaje polityk.

Wygląda na to, że Mińsk próbuje rozładować "korek" - do tego stopnia, że tydzień temu władze w Grodnie zapowiedziały nawet deportację grupy Irakijczyków - a jednocześnie nie chce zupełnie pozbawić się strumienia gotówki. Możliwe, że sam Łukaszenka nie wie, co będzie z jego operacją: widzi, że sprawia ona problemy UE i przynosi mu dochody, ale zarazem, jak powiedział niedawno białoruski analityk Wadim Możejko, może odbić się czkawką samej Białorusi.

Inna sprawa, że - jak mówi mi przemytnik z Ranii - tymczasowo zmniejszyło się też zainteresowanie. Ludzie wiedzą, że w lasach robi się coraz zimniej.

- Przychodzi do mnie trochę młodych, którzy czują się silni. Ale rodziny teraz raczej nie wyruszają - twierdzi mój rozmówca.

Zastrzega, że to tymczasowe, a zainteresowanie wróci na wiosnę. Zresztą jego ludzie na granicy polsko-białoruskiej nadal mają pełno roboty, bo przeprawiają ludzi, którzy przylecieli wcześniej. Według polskich służb na Białorusi przebywa ok. 14 tys. migrantów. Dlatego efektów zmian w irackim Kurdystanie jeszcze u nas nie widać.

Konsul - biznesmen zakochał się w Białorusi

Białoruś ma w Irbilu konsula honorowego. Jest nim lokalny biznesmen Fouad Mamand Hamad. Czy to on pomógł skontaktować ze sobą irackie i białoruskie biura?

- Z uwagi na sytuację stało się to dużym biznesem. Ale ja nikogo nie wspieram. Dostaję tysiące maili, tysiące telefonów od ludzi, którzy mówią to samo: chcemy wizę na Białoruś. Zwykle odpowiadam: zwróćcie się do Ankary [działa tam konsulat Białorusi]. My nie mamy uprawnień, by je wydawać - zarzeka się, gdy go o to wypytuję.

Jego biuro mieści się na 15. piętrze strzeżonego przez strażników, luksusowego wieżowca na wschodnich obrzeżach Irbilu. W jednym pomieszczeniu Hamad ma konsulat, w drugim, tuż obok - siedzibę swojej firmy.

Wysoki mężczyzna o pociągłej twarzy, gęstych, czarnych brwiach i wydatnych ustach, w których często tkwi tlący się papieros, opowiada, że zaczął robić interesy z Białorusią kilkanaście lat temu, gdy rozkręcał w Irbilu duży projekt deweloperski. Kupił wtedy białoruskie, drewniane drzwi do 2 tys. mieszkań za ok. 350 tys. dol. Potem przyszły kolejne transakcje, a Hamad przyzwyczaił się do wizyt co parę miesięcy w dalekim kraju.

Konsulem honorowym został w 2011 r. Jak mówi, dla prestiżu, który w biznesie zawsze się przydaje. Gdy rozmawiamy, ma za plecami m.in. flagę swojej firmy: na białym tle wypisano wielkimi literami "Fouad Mamand Hamad Company".

Oficjalnie Hamad przede wszystkim organizuje wizyty białoruskich oficjeli w Iraku i pomaga nielicznym białoruskim obywatelom. W Iraku jest ich ok. 20: kilka kobiet, które wyszły za mąż za Kurdów, do niedawna pracownicy firmy montującej systemy monitoringu. Kiedy pewien Białorusin popełnił w Iraku samobójstwo, Hamad zorganizował transport jego zwłok do ojczyzny. Pomógł też białoruskiemu nastolatkowi, który w dramatycznych okolicznościach uciekł ISIS. Twierdzi, że kontaktów iracko-białoruskich nie było specjalnie wiele.

Aż do teraz.

- Uważam, że nie można winić Białorusi za obecną sytuację. Zarabia na irackich turystach potężne pieniądze. Dlaczego miałaby z nich rezygnować? Irakijczycy nie mogą podróżować do strefy Schengen, więc kiedy zaprasza ich tak piękny kraj z wielkimi możliwościami, dlaczego mieliby z tego nie skorzystać? - przekonuje.

Dolary i wielka polityka

Mińsk faktycznie zarabia na operacji, według polskich służb "dziesiątki milionów dolarów". Dla linii lotniczych Belavia, objętych pod koniec maja unijnymi sankcjami za porwanie przez białoruskie władze dziennikarza Romana Protasiewicza, to sposób na uniknięcie bankructwa. W tym tygodniu na mińskim lotnisku codziennie lądują jej dwa Embraery E295 ze Stambułu (plus dwa samoloty Turkish Airlines). Wczoraj bilet w klasie ekonomicznej na taki lot w jedną stronę kosztował na stronie przewoźnika 472 dol.

Inna sprawa, że jeszcze 10 października na tej trasie latał Boeing 738 ze 174 miejscami. Embraer E295 w wersji wykorzystywanej przez Belavię ma "tylko" 125 miejsc (to kolejny dowód, że z Bliskiego Wschodu podróżuje na Białoruś trochę mniej osób niż latem).

Strumień dolarów płynie też do białoruskich biur turystycznych, zwłaszcza Centrkurortu, a także do lotniska w Mińsku, białoruskich struktur siłowych, w tym KGB, oraz bezpośrednio do administracji Łukaszenki.

Kurdyjscy politycy podzielają jednak w rozmowach ze mną zdanie wielu komentatorów, że główny cel Mińska jest inny: - [Prezydent Turcji] Recep Tayyip Erdogan wysyłał uchodźców do Europy, by tworzyć presję na UE w celach politycznych i zmuszać ją do ustępstw. Łukaszenka próbuje robić to samo - mówi jeden z polityków.

Według niezależnych białoruskich mediów schemat działania został opracowany przez białoruskie resorty siłowe jeszcze w latach 2010-11 i został opatrzony kryptonimem "Operacja Śluza".

Libański łącznik

Pracowniczka agencji turystycznej Pleasure Travel w Irbilu opowiada mi, jak rozpoczęła się współpraca z białoruskim biurem. Rozkręcił ją pośrednik, Libańczyk znający rosyjski. To jemu agencja przekazywała listę osób, które wykupiły wyjazd, oraz ich paszporty. Zaproszenie z Mińska przychodziło po trzech-czterech dniach. Libańczyk podróżował z grupą, która po przylocie dostawała wizy na lotnisku.

- Wycieczki były tanie, kosztowały ok. 700 dol. Teraz ceny w innych biurach podskoczyły do ok. 3 tys. dol., przynajmniej z tego, co wiem, bo my nie organizujemy już wyjazdów na Białoruś - zapewnia.

Podaje kilka powodów: białoruscy partnerzy podwyższyli ceny, do tego nie tak łatwo już uzyskać wizę. Często zdarzają się odmowy, co utrudnia organizowanie wyjazdu. Poza tym, mówi pracowniczka, "nie chcemy mieć kłopotów". Decyzje irackiego urzędu lotnictwa cywilnego były czytelnym sygnałem, że Bagdad nie życzy sobie takich wypraw. Sierpniowy zakaz bezpośrednich lotów jeszcze dało się przełknąć. Ale od niedawna nie można nawet zrobić rezerwacji lotniczej do Mińska z przesiadką. Konieczne są dwie oddzielne.

- To już dla nas za dużo - mówi kobieta.

Podobnie mówią pracownicy kilku innych biur w Irbilu. Także wówczas, gdy wysyłam tam znajomego Kurda, który udaje zainteresowanego podróżą.

Niektóre jednak nadal oferują wycieczki. "Nasze podróże są zawsze wyjątkowe. Przygotuj się na podróż z nami na Białoruś. Przygotuj swój paszport, reszta należy do nas" - zachęca w poście na Facebooku z 16 października Damak Travel z Irbilu.

Ogłoszenie irakijskiego biura podróży Damak Travel na FacebookuOgłoszenie irakijskiego biura podróży Damak Travel na Facebooku 

Coraz częściej też mieszkańcy Iraku wyprawiają się na własną rękę do krajów "przesiadkowych", przede wszystkim Turcji, by stamtąd organizować sobie podróż na Białoruś.

Relacje z trasy

W zadymionej herbaciarni przy głównym placu Ranii niemal wszyscy znają kogoś, kto albo dostał się do Niemiec, albo jest właśnie w trasie. Kontaktują się z nimi na WhatsAppie i na bieżąco wymieniają informacje (właśnie dlatego kampanie polskiego rządu w mediach mają ograniczone efekty - ludzie czerpią wiedzę głównie w ten sposób).

Bawar, z telefonem w dłoni: - Mój bratanek od dwóch dni kryje się po polskiej stronie granicy. Pewien Kurd i Białorusin [chodzi o przemytników] pomogli mu się przedrzeć, ale czeka na transport, nikt nie chce go zabrać. Jest bardzo zimno. Przejazd przez Białoruś był łatwy: bierzesz taksówkę i w ogóle nie musisz się kryć.

Rebaz: - Znajomy załatwił sobie w Bagdadzie zaproszenie na Białoruś. Poleciał przez Damaszek. Jest już w Niemczech. Tu nie miał żadnych perspektyw, pracy, możliwości.

Berkan: - Bratu udało się [przejść przez granicę polsko-białoruską] za drugim razem. Za pierwszym złapali go jacyś ludzie w mundurach i pobili.

Nie mam jak zweryfikować tych słów. Berkan nie potrafi podać konkretnej daty ani miejsca zdarzenia, nie wie, co to była za jednostka. Twierdzi jednak, że do pobicia doszło po polskiej stronie.

Dżihadyści wciąż dają o sobie znać

Młodzi mężczyźni, z którymi rozmawiam, wyliczają powody, dla których ludzie emigrują: bezrobocie, bieda, niskie płace, korupcja, regularne przerwy w dostawach elektryczności. W zeszłym roku przez iracki Kurdystan przetoczyły się demonstracje zdesperowanych pracowników budżetówki, którzy miesiącami nie dostawali należnych pensji z powodu sporów rządu w Bagdadzie i autonomii.

W innych miejscach Iraku wciąż występują poważne problemy z bezpieczeństwem. Niedaleko stąd, za "czarną górą", rozciąga się masyw górski Kandil, gdzie swoje kryjówki mają członkowie Partii Pracujących Kurdystanu, uznawanej przez Turcję, UE i USA za organizację terrorystyczną. Bombardowania tych kryjówek prowadzone przez Turcję wzdłuż granicy wygnały z domów tysiące mieszkańców okolicznych wiosek.

W wielu irackich miastach panoszą się szyickie bojówki, formalnie wcielone do irackiej armii, ale faktycznie przyjmujące rozkazy z Teheranu. Do tego mimo zwycięstwa nad ISIS dżihadyści co rusz dają gdzieś o sobie znać, przeprowadzając ataki na siły bezpieczeństwa i cywilów. Wielu ludzi, którzy uciekli do irackiego Kurdystanu z Mosulu, Kirkuku czy Sindżaru, nadal boi się wrócić do domów.

- Społeczność międzynarodowa zachowuje się, jakby w Iraku nie było już kryzysu bezpieczeństwa. To poważny błąd. Oczekuje się, że ludzie zaczną żyć normalnie, ale jak mają to zrobić, kiedy twój 16-letni syn zaraz może zostać wcielony do bojówki - mówi Karzan Noori z Barzani Foundation, która zorganizowała w autonomii obozy dla uciekinierów z innych części Iraku i Syrii (podobnie jak ONZ).

Jak żyć bez wody?

Według ONZ-owskich danych w Iraku jest obecnie ok. 1,2 mln wewnętrznych przesiedleńców.

- Uciekłem pięć lat temu z Al-Ba'adż [niewielkie miasto ok. 30 km od granicy z Syrią]. Najpierw do Syrii, potem tutaj - opowiada mi Hamdi, jeden z 4628 mieszkańców prowadzonego przez Barzani Foundation obozu Baharka pod Irbilem.

Baharka pod Irbilem - prowadzony przez Barzani Foundation obóz dla uchodzców i wewnętrznych przesiedleńcówBaharka pod Irbilem - prowadzony przez Barzani Foundation obóz dla uchodzców i wewnętrznych przesiedleńców Fot. Maciej Czarnecki

Spotkałem go na piaskowej ulicy, gdy siedział wraz ze swoimi dziećmi i sąsiadami w cieniu parterowego, prowizorycznego domu.

- W Al-Ba'adż nadal jest niebezpiecznie. Na przemian pojawiają się tam ISIS, iracka armia, bojówki, zwykli bandyci. Brak podstawowych usług. Nie ma elektryczności, każdy korzysta ze swoich generatorów prądu. Ale najgorszy jest brak wody. Jak żyć bez wody? - mówi Hamdi.

Właśnie susze przyczyniły się do wybuchu wojny w Syrii: wypędziły wielu rolników do miast, pojawił się głód, co stało się jednym z katalizatorów protestów przeciwko dyktaturze Baszara al-Asada.

W połowie września Bank Światowy ostrzegł, że do 2050 r. w związku ze zmianami klimatu swoje domy będzie musiało opuścić ponad 200 mln ludzi.

Baharka pod Irbilem - prowadzony przez Barzani Foundation obóz dla uchodzców i wewnętrznych przesiedleńcówBaharka pod Irbilem - prowadzony przez Barzani Foundation obóz dla uchodzców i wewnętrznych przesiedleńców Fot. Maciej Czarnecki

Kiedy pytam Hamdiego, czy chciałby dostać się do Europy, on i jego sąsiedzi wybuchają śmiechem. - Oczywiście! - odpowiada.

I tak mają szczęście, że są w obozie. Karzan Noori szacuje, że większość wewnętrznie przesiedlonych w Iraku musi sobie radzić poza nimi. W kolejce tylko do tego obozu czeka ok. 100 rodzin, choć racje żywnościowe nie są pokaźne (skarży mi się na to pewna matka sześciorga dzieci), a do centrum, gdzie można podłapać jakąś pracę, jest bardzo daleko. Brak też jest asfaltowych ulic, rozrywek i perspektyw rozwoju - ale przynajmniej ma się dach nad głową, bezpieczeństwo, wodę, sklepy, punkt szpitalny, a dzieci mogą chodzić do szkoły.

Jakie grupy Irakijczyków wyprawiają do UE? Tego dokładnie nie wiadomo, bo Polska zwykle wypycha ich z powrotem ku Białorusi nawet w przypadku próśb o azyl (oficjalnie tego nie przyznaje, bo to sprzeczne z prawem międzynarodowym, ale liczne relacje azylantów i aktywistów nie pozostawiają wątpliwości).

Przemytnik z Ranii mówi mi, że zgłasza się do niego wielu ludzi z okolicy, którzy po prostu marzą o lepszym życiu w Europie. Ale aktywiści ratujący wyziębionych ludzi po polskiej stronie często trafiają również na prześladowanych i ofiary konfliktów.

Na filmach publikowanych na Twitterze przez Murada Ismaela, szefa Sindjar Academy, organizacji działającej na rzecz praw jezydów, widać koczujących wyznawców tej starożytnej, synkretycznej religii. Dżihadyści z ISIS zabijali jezydów, porywali kobiety, równali z ziemią ich wioski, które do dziś nie zostały odbudowane. Nie mają oni dokąd wrócić, a w wielu miejscach nadal grozi im niebezpieczeństwo. 

A przecież na granicę wyprawiają się nie tylko ludzie z Iraku. Fundacja Ocalenie opublikowała list od siostry jednej z Afganek, które utknęły na granicy na długie tygodnie: "(...) Talibowie zbliżali się do Kabulu, to nie było bezpieczne miejsce dla mojej rodziny. Już dostawali groźby ze strony talibów. Dlatego zdecydowali się uciec z Afganistanu" - pisze kobieta.

"To są bezbronni, niewinni ludzie, którzy uciekli tylko ze względu na swoje bezpieczeństwo. Dostałam informację od sąsiadów z Kabulu, że dom mojej siostry został już kilkakrotnie przeszukany przez talibów. Szukają ich. Jednym z powodów ich ucieczki było to, że talibowie zmuszają młode dziewczyny do małżeństw, a przecież Gul [siostra autorki listu] ma młode córki. Mursal [najstarsza siostrzenica autorki] była nauczycielką, a jak wiesz, talibowie nie pozwalają kobietom pracować. Ona już dostawała groźby śmierci ze względu na swój zawód".

Cały świat lata przez Stambuł

Podróżujący z różnych krajów stykają się ze sobą w Stambule. Przybywają tam Irakijczycy, Syryjczycy, Afgańczycy, Jemeńczycy, Kongijczycy... Na lotnisku, z którego odlatują samoloty do Mińska, widzę grupki przysypiających na siedzeniach młodych Afrykanów w czapkach i grubych, zimowych kurtkach.

Reklama irakijskiego biura Damak Travel zachęcająca do wyjazdów na BiałoruśReklama irakijskiego biura Damak Travel zachęcająca do wyjazdów na Białoruś 

Stambulscy pośrednicy nadal oferują pomoc w zdobyciu białoruskiej wizy. Ich ogłoszenia można z łatwością znaleźć na portalach społecznościowych. Niekiedy nawet nie ukrywają, że prawdziwym celem jest Unia Europejska. "Białoruś to ponad trzy czwarte dystansu do Europy. Wartościowa okazja, by żyć w Europie", reklamuje się w poście z 15 października VIP Grub. To szemrana oferta, owo "biuro paszportowe i wizowe" rzekomo mieści się przy Ayasofia Meydani 1, a to adres... słynnej Hagia Sophia. Na kolażu zdjęć pod postem widnieje Łukaszenka: uśmiecha się i wyciąga dłoń jakby w przyjaznym geście powitania.

Ogłoszenie 'szemranego' pośrednika turystycznego ze Stambułu - biura VIP GrubOgłoszenie 'szemranego' pośrednika turystycznego ze Stambułu - biura VIP Grub 

Podobne oferty publikują pośrednicy z innych państw, znajduję nawet Pakistan i Nigerię.

Zakładam konto w biznesowej wersji WhatsAppa z wykorzystaniem irackiej karty SIM, by poudawać zainteresowanego. Na profilówkę wybieram zdjęcie "I love Ranya" - i celowo łamanym angielskim zaczynam rozsyłać pytania.

Już po kwadransie mam ofertę z Dubaju: zaproszenie biznesowe na Białoruś. Cena? Jedyne 1,7 tys. dolarów.

"Gwarantujecie, że dostanę wizę?" - piszę.

Odpowiedź przychodzi błyskawicznie: "Yes, sir".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.