Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rząd Białorusi przyjął w zeszłym tygodniu rezolucję "O środkach przeciwdziałania ekstremizmowi i rehabilitacji nazizmu", jednak jej treść nie została wciąż opublikowana. Białorusini poznali jedynie jej omówienie na nieoficjalnym kanale Generalnej Dyrekcji ds. Zwalczania Przestępczości  Zorganizowanej i Korupcji (GUBOPIK) na komunikatorze Telegram. Władze Białorusi nigdy nie potwierdziły oficjalnie, że to one prowadzą kanał Gubopik, jednak wielokrotnie publikowano tam informacje, do których nikt poza rządzącymi nie miał dostępu.

13 października administratorzy kanału Gubopik opublikowali oświadczenie, w którym informują, że za samo „obserwowanie kanałów w komunikatorze Telegram oraz czatów uznanych za ekstremistyczne" przewidywana jest odpowiedzialność karna. Czytelnikom treści krytykujących reżim Aleksandra Łukaszenki oraz informujących o skali bezprawia w kraju ma grozić kara nawet do siedmiu lat pozbawienia wolności.

Generalna Dyrekcja ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji przypomniała, że na liście mediów „ekstremistycznych" znajduje się ok. 100 kanałów w komunikatorze Telegram. Na liście są m.in. najpopularniejszy Nexta Live, który do niedawna obserwowało ok. 1 mln osób, kanały niezależnych, rozgromionych redakcji, takich jak choćby Tut.by, czaty organizacji zajmujących się ochroną praw człowieka, opozycyjne blogi, ale też lokalne i miejskie grupy, w których władze dopatrzyły się krytyki reżimu lub form jakiejkolwiek samoorganizacji obywateli.

W piątek na listę „kanałów ekstremistycznych" władze, powołując się na wyrok sądu, wpisały też oficjalny kanał liderki białoruskiej opozycji Swiatłany Cichanouskiej. Na kanale Gubopik przypomniano zaś, że za samo „przechowywanie materiałów ekstremistycznych, a także subskrypcję kanałów i czatów uznanych za ekstremistyczne grozi odpowiedzialność karna". Cichanouską w komunikatorze Telegram obserwuje ponad 100 tysięcy osób.

"Władze chcą, by ludzie znaleźli się w próżni informacyjnej"

Zdaniem opozycyjnych blogerów działania władz to kolejna próba zastraszenia społeczeństwa i efekt frustracji, wywołanej niewielkimi zasięgami źródeł propagandowych. „Jedynym celem tych oświadczeń jest zasianie strachu" – oceniają administratorzy kanału Nexta Live i dodają, że "dzisiaj, by wsadzić jakiegokolwiek Białorusina do więzienia, nie jest potrzebne żadne przestępstwo. Milicja sama wywiesza biało-czerwono-białe flagi na domach tych, których chce wtrącić za kraty". W ich ocenie władze chcą, by ludzie znaleźli się w próżni informacyjnej.

Zastraszonych Białorusinów, którzy zdecydowali się przestać czytać niezależne i opozycyjne media, uspokajają także adwokaci. Andriej Moczałow, adwokat pozbawiony przez białoruskie władze prawa do wykonywania zawodu ze względu na reprezentowanie w sądach więźniów politycznych, tłumaczy redakcji Zierkalo.io: „Jak na razie białoruskie władze nie wypracowały mechanizmów uprawniających do ścigania czytelników ekstremistycznych kanałów i czatów. Przyjęta rezolucja nie daje im takich uprawnień, kara do siedmiu lat więzienia może być zastosowana jedynie wobec twórców organizacji ekstremistycznej" – tłumaczy.

Głos na ten temat jako ostatni zabrał kierownik wydziału Głównego Zarządu ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Wiaczesław Orłowski. Jego wypowiedź można rozpatrywać dwojako. Z jednej strony Orłowski podkreśla, że za „samo czytanie zakazanych kanałów nie grozi na razie odpowiedzialność karna", z drugiej dodaje, że „czytelnik nie będzie mieć problemów, jeśli przestanie zakazane źródło subskrybować".

Łatwo sobie wyobrazić, co to może oznaczać. Jak precyzuje niezależna Mediazona, powołując się na treści publikowane przez nieoficjalny, ale powiązany z siłami bezpieczeństwa kanał w komunikatorze Telegram, „czytanie zakazanych treści stanowi podstawę do przeprowadzenia działań dochodzeniowych (w tym rewizji)".

Orłowski dodał też, że do odpowiedzialności karnej z pewnością zostaną pociągnięci czytelnicy źródeł, które uznano nie za „rozpowszechniające informacje o charakterze ekstremistycznym", ale za „organizację ekstremistyczną".

„Zdrajcy narodu" bez obywatelstwa?

To nie jedyna forma represji, o której w ostatnim czasie informował Orłowski. W poniedziałek kierownik wydziału Głównego Zarządu ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji zaproponował, by pozbawiać obywatelstwa Białorusinów, którzy opuścili kraj i pracują dla krajów zachodnich. „Ludzie, którzy uciekli z naszego kraju, nienawidzą go i dziś działają w interesie państw zachodnich, nie powinni mieć prawa nazywać się Białorusinami... Nie powinni móc swobodnie przyjeżdżać na Białoruś, uczestniczyć w wyborach, życiu społecznym i politycznym państwa" – oceniał.

Władze nie odniosły się jak na razie do pomysłu Orłowskiego. Wiadomo jednak, że jego wdrożenie wymagałoby zmiany białoruskiej konstytucji, zgodnie z którą: „Nikt nie może być pozbawiony obywatelstwa Republiki Białoruś. Obywatel Republiki Białoruś nie ma też prawa do zmiany obywatelstwa".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.