Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruskie władze wciąż nie są usatysfakcjonowane skalą represji, które stosują wobec niezależnych dziennikarzy. W ubiegłym tygodniu komitet śledczy Białorusi poinformował o wszczęciu kolejnej sprawy karnej przeciwko dziennikarzom Tut.by. Tym razem organ ścigania oskarża przedstawicieli redakcji o „podżeganie do wrogości rasowej, narodowej, religijnej lub innej wrogości społecznej lub niezgody, sprowokowanej przez grupę osób". Grozi im do 12 lat pozbawienia wolności.

Narazili państwo na straty

Cieszący się na Białorusi największą popularnością spośród wszystkich niezależnych mediów niezależny portal Tut.by formalnie nie istnieje. Najpierw władze odebrały w grudniu redakcji koncesję, co nie powstrzymało jednak dziennikarzy od relacjonowania protestów i podejmowania niewygodnych dla reżimu Łukaszenki tematów. Później, w maju służby aresztowały kilkunastu dziennikarzy, m.in. redaktorkę naczelną Marinę Zołotową oraz główną księgową, stawiając wszystkim zarzuty z kodeksu karnego, m.in. „uchylanie się od opłaty podatku VAT za rok 2020 w wyjątkowo wysokiej kwocie, narażając państwo na straty".

Aleksander Łukaszenka odniósł się do sprawy osobiście, twierdząc, że szefowie Tut.by narazili państwo na straty wysokości 2,5 mln białoruskich rubli (ok. 88 tys. euro). „Na dodatek sami aktywnie uczestniczyli w nielegalnych wiecach i marszach, a także produkowali symbole protestu, płacili ludziom za wychodzenie na ulice i nawoływali do nielegalnych działań" - oburzał się.

Dziennikarze na indeksie

Wtedy też strona Tut.by została zablokowana przez ministerstwo informacji. Jakby tego było mało, trzy miesiące później redakcję wpisano do rejestru „organizacji ekstremistycznych" ze względu na „charakter publikowanych treści". Białoruskie władze, powołując się na ocenę „ekspertów", podkreśliły, że decyzja umotywowana jest także tym, iż „Aleksander Łukaszenka i inni przedstawiciele władz są oceniani w tekstach Tut.by negatywnie, zaś opozycja – wyłącznie pozytywnie".

Eksperci doszli również do wniosku, że za pomocą swoich materiałów "TUT.by prowadzi nie tylko propagandę alternatywnych poglądów na rozwój społeczno-polityczny Białorusi, ale także jest tajnym koordynatorem protestów".

Wpisanie redakcji do rejestru organizacji ekstremistycznych oznacza, że za samo rozpowszechnianie materiałów, które ukazały się kiedykolwiek na stronie portalu czy należących do niego kont w jakichkolwiek sieciach społecznościowych, każdemu obywatelowi Białorusi grozi odpowiedzialność administracyjna.

Nawet do 12 lat więzienia

Jedna sprawa karna przeciwko niezależnym dziennikarzom widocznie jednak reżimowi Łukaszenki nie wystarcza. Na razie nie są znane szczegóły najnowszej, o której komitet śledczy poinformował 7 października. Nie wiadomo też, czy nowe zarzuty władze stawiają wszystkim pracownikom redakcji, czy tylko 11 aresztowanym, którzy od maja przebywają w areszcie śledczym za rzekome „oszustwa podatkowe". Jak donoszą niezależne białoruskie media, oficjalny przedstawiciel Komitetu Śledczego Siergiej Kabakowicz odmówił udzielenia korespondentowi redakcji Zerkalo.io dodatkowych informacji.

Tworzący redakcję Zerkalo.io dziennikarze, z których większość wcześniej pracowała w Tut.by, zgodnie twierdzą, że nowa sprawa karna najprawdopodobniej została wszczęta z powodu ostatnich materiałów opublikowanych przez dziennikarzy Zerkalo.io. Poruszali w nich oni temat strzelaniny, do której doszło 28 września w Mińsku. Zginęły w niej dwie osoby: funkcjonariusz KGB oraz programista Andrej Zelcer. Białoruskie władze uznały ją za przykład „terrorystycznych zapędów" białoruskiej opozycji.

Andrzej Poczobut znów bez listów

Takie same zarzuty białoruskie władze stawiają naszemu redakcyjnemu koledze Andrzejowi Poczobutowi, który za rzekome „podżeganie do nienawiści i wrogości społecznej" został aresztowany 25 marca.

Obecnie Andrzej przebywa w znanym z trudnych warunków więzieniu Żodzino. Jak poinformowała w poniedziałek jego żona Oksana, administracja więzienia znów zaczęła celowo stwarzać Andrzejowi trudności.

„Andrzej może pisać jedynie do mnie. Prócz moich listów nie dochodzi do niego nic, choć śledczy twierdzą, że przekazują mu wszystko. Nawet listy ojca i syna, którzy piszą do niego po polsku, nie są już przepuszczane" - relacjonuje Oksana Poczobut. Kobieta dodaje przy tym, że w jednym z ostatnich listów Andrzej napisał: „Czuję wsparcie i dziękuję za nie. Mam nadzieję, że los Polaków Białorusi nie pozostawi nikogo obojętnym, a każdy Polak będzie bronił honoru bohaterów AK".

Andrzej Poczobut wraz z Andżeliką Borys oskarżeni są w tzw. sprawie Polaków. Działaczom niezależnego Związku Polaków na Białorusi władze, w tym osobiście Aleksander Łukaszenka, zarzucają „rehabilitację nazizmu i podżeganie do nienawiści narodowościowej". Obojgu grozi od pięciu do 12 lat więzienia.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.