Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Temat strzelaniny, w której tydzień temu zginął funkcjonariusz KGB oraz pracownik IT, wciąż przykuwa uwagę białoruskich mediów. I stał się kolejnym powodem do prześladowań oraz represji. Ci, którzy odważyli się skrytykować „operację specjalną", w której funkcjonariusze rzekomo „sprawdzali adresy, pod którymi mogli się ukrywać terroryści", a także samą jej wiarygodność, zostali zatrzymani. Z ostatnich wiadomości opublikowanych przez obrońców praw człowieka wynika, że za opublikowanie „szkodliwego" komentarza w internecie spotkało to blisko 100 osób.

Łukaszence nie spodobał się tekst

Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiasna" poinformowało w sobotę, że Giennadij Możejko, dziennikarz redakcji „Komsomolskaja Prawda na Białorusi", będącej białoruskim oddziałem „Komsomolskiej Prawdy", został aresztowany w Moskwie.

Jego materiał cieszył się na tyle dużym zainteresowaniem, że już dzień po publikacji białoruskie ministerstwo informacji zdecydowało o zablokowaniu strony redakcji. Dziennikarz opisał w nim bowiem programistę Andrieja Zelcara zastrzelonego 28 września przez funkcjonariuszy KGB we własnym mieszkaniu. Powołał się przy tym na wypowiedzi jego bliskich, którzy opisywali go jako "dobrego człowieka, walczącego o prawdę". W tym samym czasie białoruskie władze, z Aleksandrem Łukaszenką na czele, przedstawiały Zelcara jako „zajadłego rewolucjonistę" i „zdrajcę narodu".

Redaktor naczelny "Komsomolskiej Prawdy" Władimir Sungorkin oświadczył wtedy, że blokada nałożona przez białoruskie władze na portal ma charakter polityczny.

– Trzy minuty po publikacji "mądrzy" ludzie doszli do wniosku, że wywiad może być interpretowany jako usprawiedliwianie terroryzmu. Białoruskie władze uważają, że przestrzeń medialna powinna być kontrolowana w 100 proc. – tłumaczył w ubiegłą środę Sungorkin.

Niejasne okoliczności zatrzymania

Trzy dni później potwierdzał już wiadomość o aresztowaniu Możejki. Na stronie "Komsomolskiej Prawdy" ukazało się w sobotę oświadczenie, z którego wynika, że kontakt z Giennadijem Możejką urwał się w piątek wieczorem. Wtedy też przebywający wówczas w Moskwie dziennikarz po raz ostatni rozmawiał przez telefon ze swoją matką Iriną.

Redaktor naczelny "KP" Władimir Sungorkin na antenie radia Echo Moskwy relacjonował w weekend, że Możejko został zatrzymany w Moskwie i wywieziony na Białoruś.

– Pracuje dla nas, ale jest obywatelem Białorusi – dodał.

Krótko potem obrońcom praw człowieka udało się potwierdzić, że dziennikarz został osadzony w mińskim areszcie Okrestino.

Matka zatrzymanego dziennikarza opowiedziała "Komsomolskiej Prawdzie", że służby przeprowadziły w mińskim mieszkaniu jej syna (pod jego nieobecność) rewizję. Oficjalnie Możejko jest oskarżany o „podżeganie do rasowej, narodowej, religijnej lub innej wrogości społecznej oraz do niezgody" i o „znieważenie przedstawiciela władzy". Grozi mu za to nawet do 12 lat pozbawienia wolności.

Kreml protestuje...

Obrońcy praw człowieka z Wiasny uważają, że Możejko został zatrzymany z powodu wykonywanej pracy. Tekst, w którym nie tylko krytycznie odniósł się do operacji służb KGB, ale też przedstawił zmarłego na skutek strzelaniny programistę w dobrym świetle, nie spodobał się białoruskim władzom. Dał temu wyraz nawet szef Białoruskiego Związku Dziennikarzy Andriej Kriwoszejew, który w komentarzu dla państwowej agencji prasowej Biełta stwierdził, że tekst Możejki jest „absolutnie niedopuszczalny" i „uzgodniony z ekstremistycznymi mediami działającymi przeciwko interesom Białorusi".

"Autor wyraźnie pochwala działania mordercy i terrorysty!" – oburzał się.

Początkowo na zatrzymanie dziennikarza i zablokowanie strony "Komsomolskiej Prawdy" ostro zareagował nawet Kreml. Rzecznik prasowy prezydenta Rosji Władimira Putina Dmitrij Pieskow oświadczył 1 października, że „Kreml oczekiwał od strony białoruskiej zapewnienia warunków pracy dla naszych mediów na terytorium Białorusi. Kategorycznie nie zgadzamy się z tymi działaniami. Jest to z pewnością naruszenie wolności mediów".

...po czym umywa ręce

Trzy dni później rosyjskie władze wyraźnie spuściły z tonu. W poniedziałek Dmitrij Pieskow przypomniał, że działanie w imieniu obywatela Białorusi nie leży w kompetencjach Kremla. Rzecznik Władimira Putina dodał także, że nie jest przekonany o tym, czy Możejko rzeczywiście został zatrzymany na terytorium Rosji.

– Nie mamy żadnych wiarygodnych informacji o tym, gdzie doszło do zatrzymania dziennikarza. Po prostu nie wiemy. (...) Mówimy o obywatelu Białorusi (...). Jest on teraz w rękach służb specjalnych tego kraju – skomentował Pieskow.

Wątpliwości Pieskowa co do miejsca zatrzymania Możejki rozwiało zaś białoruskie MSW. Według przedstawicieli białoruskiego ministerstwa dziennikarz "Komsomolskiej Prawdy" chciał wyjechać do Rosji, aby stamtąd przedostać się "do kraju trzeciego". Rosyjskie służby bezpieczeństwa miały jednak cofnąć go drogą powietrzną na Białoruś. Z oficjalnej wersji wynika bowiem, że Giennadij Możejko został zatrzymany na lotnisku w Mińsku.

Redakcja "Komsomolskiej Prawdy" poinformowała we wtorek wieczorem o zamknięciu białoruskiego oddziału. "Do podjęcia takiej decyzji skłoniła nas analiza wydarzeń ostatniego roku, a szczególnie - ostatniego tygodnia" - czytamy w oświadczeniu.

Dziennikarze pracujący w "Komsomolskiej Prawdzie" na Białorusi mają otrzymać odszkodowania lub ofertę pracy w innym oddziale spółki KP.

Andrzej Poczobut wciąż w Żodzinie

Giennadij Możejko to kolejny dziennikarz prześladowany przez reżim Aleksandra Łukaszenki ze względu na wykonywaną pracę. W białoruskich aresztach, więzieniach i koloniach karnych przebywa ich obecnie już 29. Niektórym z nich grożą kary nawet do kilkunastu lat pozbawienia wolności. W tym gronie jest także nasz redakcyjny kolega Andrzej Poczobut.

Andrzej został zatrzymany 25 marca w rodzinnym domu w Grodnie. Obecnie przebywa w więzieniu Żodzino, znanym z niehumanitarnych warunków i rygoru. Mimo składanej przez przedstawicieli władzy propozycji nie zdecydował się poprosić Aleksandra Łukaszenki o ułaskawienie. Andrzej Poczobut, współpracownik "Gazety Wyborczej" i członek niezależnego Związku Polaków na Białorusi, oskarżony jest o rzekome „podżeganie do nienawiści narodowościowej i rehabilitację nazizmu".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.