Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przedstawiciele białoruskiej opozycji z 27 krajów spotkali się w weekend w Wilnie, by podsumować dotychczasowe działania i omówić strategię dalszej walki o nową, demokratyczną Białoruś. Działacze zgodnie podkreślają, że walczą o uwolnienie więźniów politycznych, ustanie terroru, pociągnięcie do odpowiedzialności wszystkich, którzy przyczynili się do wprowadzenia represji oraz – co kluczowe – doprowadzenia do wolnych wyborów prezydenckich.

W Wilnie rozmawiam z Franakiem Wiaczorką, doradcą Swiatłany Cichanouskiej ds. międzynarodowych.

Wiktoria Bieliaszyn: Podczas zjazdu białoruskiej opozycji, który odbył się w weekend w Wilnie, obserwowałam ludzi pełnych nadziei, zmotywowanych do dalszej walki i pełnych wiary w zwycięstwo. Niestety, kłóci mi się to z obrazem wyłaniającym się z opowieści moich rozmówców, którzy pozostali na Białorusi.

– Nie dzieliłbym tego w taki sposób. Internet sprawił, że nie ma znaczenia, gdzie się akurat przebywa, na Białorusi czy poza nią. Jedyna różnica to to, czy można fizycznie brać udział w protestach. Trzeba jednak pamiętać, że Białorusini, którzy pozostali w kraju, również nie wychodzą na ulice. Skala stosowanego przez reżim Aleksandra Łukaszenki terroru całkowicie im to uniemożliwiła.

Z tego powodu z kraju wyjechała prawie cała elita intelektualna i specjaliści, niezależni dziennikarze, politolodzy – ci, których władze nie zdążyły uwięzić – ale to nie oznacza, że ci ludzie zapomnieli o Białorusi.

Nawet z zagranicy biorą czynny udział w walce o Białoruś. I zdają sobie sprawę, że ma to charakter tymczasowy, że już wkrótce wrócą na Białoruś. Elita, specjaliści będą potrzebni, by wypełnić powstałą próżnię.

Łatwo jest o tym mówić, będąc poza krajem, w którym panuje terror. Wiem, że martwi was to, jak podtrzymać wolę walki w narodzie.

– Cały czas robimy wszystko, by utwierdzać ludzi w przekonaniu, że nie są sami. Że działamy dla nich i w ich imieniu. Że nawet jeśli zostaną represjonowani, to i oni, i ich rodziny otrzymają od nas wsparcie. Większość moich przyjaciół, którzy do tej pory pozostali na Białorusi, nie chce wyjechać. Nawet ci, którym władze zapowiedziały: „Będziecie następni, przyjdziemy po was". Rozmawiam z tymi ludźmi, wiem, że pokładają w nas ogromne nadzieje i że wiedzą, że nie zostaną sami. Nie chce opuścić Białorusi także wielu więźniów politycznych, którym władze dały taką możliwość.

Zapowiadane masowe amnestie nie nastąpiły, z więzień i tzw. kolonii poprawczych wyszło raptem 13 osób. To rzeczywiście niezłomność więźniów czy może raczej zapowiedź reżimu, że odwilży nie będzie?

– Nawet gdyby reżim zwolnił setki więźniów politycznych, nie można byłoby mówić o odwilży. W kontekście Białorusi nie mówimy tak naprawdę o blisko 670 więźniach politycznych, o których mówią organizacje zajmujące się ochroną praw człowieka. Więźniów politycznych na Białorusi są tysiące.

Za kratami są ludzie zatrzymani podczas fali tłumienia protestów i wprowadzania represji, którzy przystali na warunki władzy i – w zamian za kilkukrotnie nawet krótsze terminy – przyznali się do winy lub zgodzili się podczas przesłuchań z tym, że ich sprawa nie ma charakteru politycznego. „Polityczni" dostają około dziesięciu lat, ci, którzy się władzy nie stawiają, za te same czyny mogą dostać rok, dwa, a jeśli zwrócą się do Łukaszenki z prośbą o ułaskawienie, mogą wręcz wyjść. Takie propozycje składane są także tym, którzy nie byli jeszcze w procesie skazani.

Co to mówi o stanie reżimu?

– Łukaszenka nie ma konkretnego planu. Podczas zjazdu zastanawialiśmy się nad naszą strategią, nad strategią narodu. A działania Łukaszenki pokazują, że zachowuje się on bardzo impulsywnie. Nie da się przewidzieć jego kroków. Mam wrażenie, że jedyną rzeczą, która go interesuje i o której myśli każdego dnia, jest to, jak utrzymać się u władzy jeszcze przez kolejny dzień. W ciągu roku nie udało mu się unormować sytuacji, przez co sytuacja reżimu jest bardzo niepewna, niestabilna.

To przypuszczenia czy informacje, które potwierdzają ludzie z wewnątrz systemu?

– Rozmawiamy z ludźmi z kręgów władzy. Wszyscy przyznają, że frustracja w ich środowisku jest bezprecedensowa. Urzędnicy, biznesmeni, oligarchowie odczuwają sankcje i izolację. Łukaszenka zaś nie jest w stanie powiedzieć im, ile to jeszcze potrwa, kiedy znowu będą mogli normalnie żyć i zarabiać takie pieniądze jak wcześniej. Bardzo ich to frustruje. Wiem też, że zaczyna ich szokować nieprzewidywalność Łukaszenki. Porwanie samolotu linii Ryanair, prześladowania sportsmenki Kristiny Cimanouskiej, sprowadzanie na granice UE migrantów z Iraku i doprowadzenie do kryzysu to nie są zachowania akceptowalne nawet przez tych, którzy reżim tworzą.

Dlaczego w takim razie Łukaszenka nie upada?

– Bo ci ludzie nie mają woli politycznej, energii. W systemie funkcjonuje swoista próżnia, jeśli chodzi o odpowiedzialność. Nie są gotowi, by rzucić mu rękawicę, zaaresztować, odebrać władzę.

Co jeszcze mówią przedstawiciele białoruskiej nomenklatury?

– Ta grupa nie jest jednorodna. Część chce wyjechać. A część wierzy w zmiany, ale żąda konkretów, planów, a przede wszystkim gwarancji, że po nastaniu przemian nie zostaną aresztowani, pozbawieni majątków, interesów.

Możesz im dać taką gwarancję?

– Wszystkim odpowiadam, że ukarani zostaną ci, którzy łamali prawo, przyczynili się do represji lub wydawali przestępcze rozkazy. Pozostali mogą czuć się bezpieczni. Obiecuję im transparentność i rządy prawa.

Skoro jednak biznesmeni i urzędnicy pytają o nietykalność, to oznacza to chyba, że nie czują się bezpiecznie, nawet jeśli nie brali udziału w represjach.

– Ich zachowanie i obawy wynikają w dużej mierze z tego, że Łukaszenka próbuje wmówić im, że wraz z przyjściem Swiatłany Cichanouskiej do władzy wszyscy ci, którzy w jakimkolwiek stopniu związani byli z reżimem, skończą w więzieniu. Łukaszenka mówi im: „Słuchajcie, oni ciągle mówią o trybunale, o jurysdykcji. Oni marzą, by was wsadzić do więzienia. Ja jestem człowiekiem, dzięki któremu macie to, co macie. I waszą gwarancją, że to utrzymacie". My mówimy im zaś, że to nieprawda. Do więzienia pójdą ci, którzy wydawali bezpośrednio rozkazy.

Ci, którzy wierzą w zmiany i żądają konkretów, mimo że teoretycznie je otrzymują, również wciąż tkwią przy Łukaszence.

– Na każdego urzędnika zajmującego wyższe stanowisko, na każdego siłowika i biznesmena Łukaszenka ma haki. Mówię nie tylko o podpisywanych przez nich dokumentach, które sporządzali, by pewne sprawy zatuszować albo wybielić. Mam na myśli taśmy i nagrania, z których dowiadujemy się o popełnianych przez wysoko postawionych urzędników przestępstwach, naruszeniach prawa, przestępczych rozkazach. Materiały publikowane przez tzw. cyberpatyzantów to nagrania przygotowywane na przestrzeni lat przez białoruskie służby specjalne.

Oznacza to, że z nimi współpracujecie?

– Jestem przekonany, że wśród przedstawicieli białoruskich służb specjalnych są ludzie, którzy pomagają niezależnym organizacjom, takim jak choćby cyberpartyzanci. Wbrew pozorom służby to nie monolit. Reżim Łukaszenki zbudowany jest na strachu, na atmosferze braku zaufania.

Podczas zjazdu mówiłeś, że musicie „zebrać siły". Z kolei przebywający na Białorusi ojciec Maryi Kalesnikawej w ostatniej rozmowie powiedział mi, że na razie jesteście słabi, ale dobro zwycięży zło. Czego wam brakuje, by tak się stało?

– Brakuje nam energii. Każdy protest polityczny bardzo jej potrzebuje. Jesteśmy w sytuacji, w której nie wszystko jest jasne. Podczas kampanii wyborczej wszystko jest oczywiste, wiadomo, że będą wybory, potem protesty, można się do tego przygotować. W czasie kiedy w kraju panuje terror i każdego dnia funkcjonariusze KGB przychodzą po twoich bliskich, przyjaciół, znajomych, sąsiadów, nic nie jest jasne. Nie wiadomo, kiedy to się skończy, nie ma konkretnej daty, na którą można czekać. Ludziom potrzebne są też informacje o małych zwycięstwach. Wiadomości, że Cichanouska spotkała się z jakimś kolejnym politykiem, nowy pakiet sankcji, akcje solidarności, zachowanie Putina niewpisujące się w Łukaszenkowską narrację. To wszystko pomaga tę niezbędną do zwycięstwa energię utrzymywać.

Podczas konferencji dowiedziałam się, że waszym zdaniem do 2022 r. ludzie znów wyjdą na ulice. Co musiałoby się stać? W kraju panuje terror.

– Zapalnikiem może stać się wszystko. Załóżmy, że minister spraw wewnętrznych ucieka np. do Rosji. Gdyby coś takiego się wydarzyło, wszyscy pozostali też pomyślą sobie, że już czas. Reżim zacznie się kruszyć.

Równie dobrze może wydarzyć się coś porównywalnego do próby siłowego sprowadzenia z igrzysk olimpijskich w Tokio Cimanouskiej, co doprowadzi do krachu. Ta sytuacja zmobilizowała nie tylko międzynarodową społeczność, współpracowników reżimu to także poraziło. Każda kolejna taka sytuacja może się okazać graniczną.

Co Łukaszenka chce osiągnąć, wykorzystując uchodźców?

– Kupuje sobie w ten sposób czas. Wykorzystuje to, że Europa zapomniała w tym wszystkim, że to on jest winny tej sytuacji, nie migranci, i że to z nim należy walczyć, a nie z uchodźcami. Sprawdza, na ile może sobie pozwolić.

Reakcja Europy nie jest wystarczająca. Dla Łukaszenki, człowieka sowieckiego, UE, Zachód to impotenci, którzy niewiele są w stanie zrobić. A on, wykorzystując nastroje Europy w kwestii polityki migracyjnej, chce doprowadzić do sytuacji, w której UE – dla własnego spokoju – pójdzie na ustępstwa.

Jak twoim zdaniem rozwinie się ta sytuacja?

– Przyjdzie taki moment, kiedy na granicy Białorusi z UE będą tysiące migrantów. I będą tam umierać. Łukaszenka ma nadzieję, że w pewnym momencie Zachód uzna jego władzę i przymknie oczy na więźniów politycznych, byleby tylko zatrzymał migrantów. Na pewno będzie jeszcze bardziej wykorzystywać działania UE w celach propagandowych.

Z drugiej strony budowane na granicy z Białorusią ogrodzenia są czymś bardzo niebezpiecznym. Takich granic nigdy nie było, kryzys migracyjny – po kolejnych pakietach sankcji – zostanie rozwiązany, ale mury odgradzające Białorusinów od Europy pozostaną.

Jak oceniasz działania polskich władz w sprawie uchodźców?

– Łukaszenka wykorzystał bolesny dla Polski moment. Z niepokojem obserwuję posiedzenia polskiego Sejmu, podczas których politycy, dotychczas tak zgodni w kwestii Białorusi, zaczynają się zastanawiać, czy nie trzeba by „dogadać się" z Mińskiem. A przecież w żadnym wypadku nie wolno tego robić. Na Łukaszenkę i jego reżim należy nakładać kolejne sankcje, kolejne ograniczenia, maksymalnie go odizolować, a nie siadać z nim do stołu. Polscy politycy powinni mieć świadomość, że białoruski reżim, doprowadzając do tak trudnej sytuacji na polsko-białoruskiej granicy, celowo próbuje nimi manipulować.

W weekend Łukaszenka znów udał się do Rosji. Ciągle mówi się o integracji, o uzgodnionych mapach drogowych. Nie niepokoi cię, że w pewnym momencie może się okazać, że Białoruś nie jest już odrębnym bytem?

– Przez ostatni rok Łukaszenka gra pod publiczkę. Próbuje stworzyć wrażenie, że Putin jest jego sojusznikiem, najlepszym przyjacielem, chociaż wszyscy wiemy, że jeden drugiego nie znosi.

Kreml nie pozwoli sobie na „krymski" scenariusz wobec Białorusi. Zbyt wysoką cenę płaci do dzisiaj za aneksję Krymu, za Donbas. Informacje o mapach drogowych są – według moich informacji – raczej pogłoskami, politycznym PR, który ma oddziałać m.in. na Europę obawiającą się protekcji Kremla wobec Łukaszenki. A tak naprawdę ludzie, którzy powinni na tych ewentualnych negocjacjach być w Rosji obecni, bo są odpowiedzialni za dane sektory, nie jeżdżą wcale z Łukaszenką do Putina.

Jak podkreślali na zjeździe przedstawiciele białoruskiej opozycji, mobilizujecie się do dalszej walki. Czy po roku od lata 2020 nie masz wrażenia, że być może mielibyśmy dzisiaj zupełnie inną sytuację, gdyby Białorusinom nie zabrakło wtedy śmiałości, radykalizmu?

– Białorusini uważają, że problemy rozwiązuje się podczas rozmów, negocjacji, dyskusji, za pomocą narzędzi dyplomatycznych. Nie za pomocą broni. Nie chcemy krwi. Nie wiemy, co by się wydarzyło, gdyby doszło do eskalacji przemocy, gdyby zaczęli stosować ją protestujący. Obawiam się, że rozpoczęłaby się rzeź. Być może na teren Białorusi wkroczyłyby rosyjskie wojska, a my mielibyśmy powtórkę scenariusza ukraińskiego. Nikt tego nie chce. Budynki rządu trzeba zajmować, to prawda, ale wtedy, kiedy ma się zaplecze i szanse, by je utrzymać. Rozlew krwi doprowadziłby do tego, że większość ludzi porzuciłaby walkę o zmiany.

Mimo że UE nie uznaje reżimu Łukaszenki, na terenie państw członkowskich Unii wciąż dochodzi do sytuacji, które świadczą o tym, że jest on w stanie wykorzystywać, choćby w niewielkim stopniu, pewne instrumenty. Mam na myśli choćby ściganie przez służby figurujących w bazie Interpolu białoruskich uchodźców, za którymi reżim wystawił list gończy.

– Wiemy, że pozycja Łukaszenki jest na tyle słaba, że żadne państwo nie zezwoliłoby ot tak na ekstradycję Białorusina. Ale reżim i tak stara się uprzykrzyć uchodźcom i opozycjonistom życie. Stwarza w ten sposób dyskomfort, pozbawia poczucia bezpieczeństwa, dotyczy to nawet Swiatłany Cichanouskiej. Kilkakrotnie zdarzało się już, że samolot, którym lecieć miała Swiatłana, musiał zostać sprawdzony tuż przed wylotem, bo służby otrzymały alarm o rzekomej bombie. Nazywamy to między sobą „chuligańskim terrorem". Reżim wysyła wszystkim swoim przeciwnikom sygnał, że o nich nie zapomniał, że kontroluje każdy ich ruch.

UE robi wystarczająco dużo?

– Unia działa wolno. I to zrozumiałe, boby przyjąć kolejny pakiet sankcji, potrzebna jest zgoda 27 państw członkowskich. A nie wszystkie opowiadają się za nimi szybko i zdecydowanie. Nie będę wymieniać konkretnych państw ani tym bardziej nazwisk, ale chcę tylko podkreślić, że wiemy, iż są osoby, które – mimo skali terroru i łamania praw człowieka – porozumiewają się dzisiaj z Łukaszenką i by „kupić" mu czas, opóźniają część procesów. UE stoi więc przed wyzwaniem, co jest ważniejsze: geopolityka czy prawa człowieka.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.