Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nasz redakcyjny kolega, dziennikarz, działacz niezależnego Związku Polaków na Białorusi Andrzej Poczobut po raz ostatni widział się z rodziną pół roku temu. 25 marca wczesnym rankiem, w dniu, kiedy białoruska opozycja obchodzi nieuznawany przez reżim Łukaszenki Dzień Wolności, do grodzieńskiego mieszkania Poczobutów wkroczyli funkcjonariusze służb. Żona Andrzeja, Oksana, zdążyła wtedy tylko napisać na Facebooku krótko: „Milicja w kominiarkach wdarła się do domu. Rewizja. Nie pozwalają dzwonić".

Później dopisała jeszcze, że Andrzeja aresztowano w związku z bliżej nieokreśloną sprawą karną. Nie została jednak poinformowana, ani dokąd zabrano Poczobuta, ani jakie stawiane są mu zarzuty.

– Andrzej brał pod uwagę, że może do tego dojść. Jak sam mówił: "Na dwoje babka wróżyła. Wsadzą albo nie wsadzą". Miał nadzieję, że jednak nie wsadzą. Na to, co się stało, nie był przygotowany – mówiła "Wyborczej" Oksana Poczobut w jednej z pierwszych rozmów po zatrzymaniu Andrzeja.

"Sprawa Polaków"

Jeszcze w dniu aresztowania wyjaśniło się, że Poczobuta zatrzymano w związku ze sfabrykowaną przez prokuraturę Białorusi sprawą karną. Andrzeja przewieziono do aresztu w Grodnie, potem przeniesiono do Mińska. Dopiero dwa dni później rodzina Poczobutów dowiedziała się, gdzie dokładnie przebywa. I że pierwsze 48 godzin spędził w areszcie Okrestino, o którym latem i jesienią ubiegłego roku pisał cały świat, bo to tam przetrzymywano i torturowano pokojowo protestujących Białorusinów.

Przed przewiezieniem do aresztu Andrzej był godzinami przesłuchiwany w komitecie śledczym w Mińsku w charakterze podejrzanego w tzw. sprawie Polaków. Tej samej, w której oprócz niego oskarżona pozostaje także m.in. szefowa Związku Polaków Andżelika Borys. Białoruskie władze zarzuciły polskim działaczom złamanie paragrafu 130 kodeksu karnego, czyli "umyślne działania mające na celu podżeganie do nienawiści narodowej i religijnej oraz niezgody na podstawie przynależności narodowej, religijnej, językowej i innej, a także rehabilitację nazizmu popełnione przez grupę osób", za co grozi im od pięciu do 12 lat pozbawienia wolności.

Białoruś, Mińsk. Więzienie w którym przetrzymywani są uczestnicy protestów z sierpnia 2020r.Białoruś, Mińsk. Więzienie w którym przetrzymywani są uczestnicy protestów z sierpnia 2020r. SERGEI GAPON/AFP/East News

27 marca 2021 r. Andrzeja przewieziono z Okrestino do mińskiego aresztu śledczego Wołodarka, w którym przebywała wtedy m.in. jedna z liderek białoruskiej opozycji Marija Kalesnikawa. W tym samym czasie identyczne zarzuty co Poczobut dostały trzy inne działaczki Związku Polaków na Białorusi: Irena Biernacka, Maria Tiszkowska i Anna Paniszyna.

Łukaszenka o Polakach: Gloryfikowali bandytów!

W pierwszych dniach kwietnia głos na temat uwięzionych działaczy nieuznawanego przez białoruskie władze Związku Polaków na Białorusi zabrał sam Aleksander Łukaszenka.

– Nielegalna grodzieńska organizacja, nawet się nie kryjąc, gloryfikowała bandytów i nazistów! – powiedział wtedy Łukaszenka.

Podkreślił przy tym, że mieszkający na Białorusi Polacy podlegają białoruskiemu prawu i od pokoleń są obywatelami Białorusi. Dał tym samym do zrozumienia polskim władzom, że próżno liczą na jakiekolwiek efekty swojej ewentualnej interwencji i już teraz powinny przyzwyczaić się do traktowania polskiej mniejszości na Białorusi jako obywateli obcego kraju.

Słów Łukaszenki Andrzej się nie przestraszył. W kwietniu, przebywając jeszcze w areszcie śledczym Wołodarka, Poczobut napisał do rodziny: „Nie smucę się, niczego nie żałuję i nie poddaję się. Powoli przygotowuję się do procesu, zapowiada się bardzo interesująco. Myślę o tych, którzy również siedzieli w tych ścianach. Kiedy prowadzą mnie korytarzami, staram się zapamiętać atmosferę, wyobrazić sobie, jak było tu kiedyś. Jak zwykle w takich momentach traktuję obecną sytuację jak delegację, której efektem będzie tekst lub książka".

Poczobut walczy o wolność i sprawiedliwość

Pod koniec kwietnia, w jednym z ostatnich listów z Wołodarki, Poczobut pisał do żony: „To, przez co teraz przechodzę, jest też dla Was. Uwierz mi, wierz w to, co robię i jak się zachowuję. Inaczej się nie da. Wiem, że to trudne. Ale jeśli jest trudno, to nie powód, by płakać i lamentować, targować się, wykręcać".

Po trzech tygodniach pobytu w Wołodarce przewieziono go do oddalonego o 50 km Żodzino, więzienia, znanego z rygoru i trudnych warunków sanitarnych. Nie poinformowano o tym rodziny, Oksana Poczobut sama domyśliła się, iż Andrzeja nie ma już w Wołodarce. Przestały bowiem przychodzić od niego listy.

– Wcześniej przychodziły regularnie, a w pewnym momencie kontakt zupełnie się urwał. Ostatni list, który od niego dostałam, Andrzej napisał jeszcze w kwietniu – mówiła "Wyborczej" w połowie maja.

Choroba i brak leków

W Żodzino stan zdrowia Andrzeja Poczobuta, chorującego na przewlekłą chorobę serca, gwałtownie się pogorszył. Administracja więzienia przez wiele dni nie przekazywała mu niezbędnych leków. A jakby tego było mało, w pierwszych dniach czerwca Oksana Poczobut poinformowała media, że jej mąż został zakażony w celi koronawirusem.

29.05.2021 Warszawa , Plac Zamkowy. Pikieta solidarności z Białorusią .29.05.2021 Warszawa , Plac Zamkowy. Pikieta solidarności z Białorusią . Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

– W liście, który napisał 8 czerwca, informował, że czuje się coraz gorzej, słabnie i że brak leków bardzo mu doskwiera. Że jedyne, na co zgodziła się administracja więzienia, by mu pomóc, to dwugodzinna drzemka w ciągu dnia" – mówiła „Wyborczej" żona dziennikarza.

Mimo pogarszającego się stanu zdrowia, Andrzej Poczobut nie przystał wtedy na propozycję białoruskich władz. Ze względu na zakażenie koronawirusem, niemal miesiąc spędził w całkowitym odosobnieniu, w więziennej izolatce. Administracja więzienia pozbawiła go w tym czasie nie tylko możliwości pisania listów do rodziny, otrzymywania ich, ale także, co najbardziej istotne, fachowej opieki medycznej.

– Czas, kiedy Andrzej był chory, był nie do zniesienia. Lekarz powiedział mi, jaką Andrzej ma temperaturę, ale dodał, że nie ma możliwości, by w więzieniu okazać mu fachową pomoc. Nie ma nawet jak wypisać recepty, więc jeśli jakieś leki na receptę są potrzebne, to trzeba się nagłowić, by je kupić. Bałam się. I choć staram się wierzyć, że lekarz zawsze pozostaje lekarzem, to nie byłam pewna, czy mogę mu wierzyć – wspominała Oksana Poczobut w rozmowie z „Wyborczą".

Kiedy jednak Andrzej doszedł do siebie, pojawiły się nowe złe wiadomości. 25 sierpnia działacze niezależnego Centrum Ochrony Praw Człowieka "Wiasna" poinformowali, że Andrzejowi Poczobutowi przedłużono areszt o kolejne trzy miesiące. Od pół roku nie zezwolono mu na ani jedno widzenie z rodziną. Korespondencja zaś, choć znów ją zaczął otrzymywać, dociera do niego ze zmienną częstotliwością.

Andrzej Poczobut: Nie poproszę o ułaskawienie

Mimo represji Andrzej Poczobut nie zgodził się na opuszczenie Białorusi i przystanie na proponowaną przez władzę formę "uwolnienia", wiążącą się z "przyznaniem się do winy". Nie uległ tym samym namowom służb więziennych i współpracującego z KGB działacza Jurija Waskriesienskiego, wielokrotnie w listach nakłaniającego Andrzeja do zwrócenia się z prośbą do Łukaszenki o udzielenie mu prawa łaski.

W środę na łamach niezależnej redakcji "Swoboda" pojawiły się fragmenty listu, który nasz redakcyjny kolega napisał do przyjaciela. "Nie potrzebuję ułaskawień. Nie zamierzam służyć ani prosić, nawet jeśli próbują mnie do tego zmusić. W przypadkach takich jak mój takie zachowanie byłoby niemoralne, niegodne pamięci bohaterów AK, którzy zawsze mnie inspirowali" – zapewnia w nim Andrzej Poczobut.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.