Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

6 września 2021 r. Maryja Kalesnikawa, jedna z przywódczyń białoruskiej opozycji, została skazana na 11 lat więzienia. Sąd uznał ją za winną próby bezprawnego przejęcia władzy, nawoływania do działań zagrażających bezpieczeństwu narodowemu oraz powołania organizacji ekstremistycznej i kierowania nią. Pozostałe polityczki, które wraz z nią stworzyły tzw. zjednoczony sztab kobiet - Weronika Cepkało i Swiatłana Cichanouska - pod naciskiem władz opuściły kraj. Ona zaś przy próbie deportacji na Ukrainę podarła swój paszport.

Członkowie Prezydium Opozycyjnej Rady Koordynacyjnej Maryja Kalesnikawa i Maksim Znak (skazany tego samego dnia na 10 lat więzienia) odwołali się od wyroków - taką informację przekazało 21 września niezależne Centrum Ochrony Praw Człowieka "Wiasna". Wkrótce w Mińsku mają rozpocząć się nowe posiedzenia w związku z ich wnioskami. Więźniowie polityczni do tego czasu będą przebywać w mińskim areszcie śledczym.

Maria Kalesnikawa przemawia na wiecu kandydatki opozycji w zbliżających się wyborach prezydenckich na Białorusi Swietłany Tichanowskiej w Mińsku, 30.07.2020 r.Maria Kalesnikawa przemawia na wiecu kandydatki opozycji w zbliżających się wyborach prezydenckich na Białorusi Swietłany Tichanowskiej w Mińsku, 30.07.2020 r. Fot. Shutterstock / Shutterstock

Rozmowa z ojcem Maryi Aleksandrem Kalesnikawem

Wiktoria Bieliaszyn: Czy tak wysoki wyrok dla córki był dla pana zaskoczeniem?

Aleksander Kalesnikaw: I tak, i nie. Tak, bo do końca miałem nadzieję, że wyrok nie będzie tak wysoki. Ale rozum mówił mi, że to niemożliwe. Ogłoszenie wyroku miało miejsce już po tym, jak najpoważniejszy konkurent Aleksandra Łukaszenki do prezydenckiego fotela, Wiktar Babaryka, został skazany na 14 lat pozbawienia wolności. A przecież to Masza - kiedy Wiktar i jego syn Eduard zostali aresztowani przez KGB w połowie 2020 r., jeszcze przed  wyborami - stała się jego główną reprezentantką. Wraz ze Swiatłaną Cichanouską i Weroniką Cepkało była jedną z twarzy kobiecego sztabu, który w kampanii wyborczej stawił czoła ubiegającemu się o szóstą kadencję Aleksandrowi  Łukaszence.

Masza stała się wtedy jedną z najpopularniejszych działaczek, której udało się zjednoczyć wielu Białorusinów. Wiedziałem więc, że jako znana, charyzmatyczna postać, która pojawiła się na scenie politycznej, zostanie poważnie ukarana.

Dopiero po ogłoszeniu wyroku, po rocznym okresie niewidzenia się, udało się panu uzyskać zgodę na wizytę u córki. Jak zmieniła się przez te miesiące?

- Szedłem na to widzenie z ciężkim sercem. Bałem się, że się rozkleję i nie będę w stanie spokojnie z nią rozmawiać. Czekałem, aż ją wprowadzą, ok. 10 minut i jeszcze zanim ją ujrzałem, usłyszałem zza drzwi głośny śmiech. To była Masza. Do niewielkiego pokoiku, w którym patrzyliśmy na siebie przez szybę, weszła uśmiechnięta, silna, piękna kobieta. Moja córka.

Już w pierwszych słowach zaczęła mnie pocieszać. Powiedziała mi z uśmiechem: „Tato, mogło być znacznie gorzej. Za te zarzuty, które postawili, mogli mnie skazać nawet na dziewiętnaście lat! Nie jest źle". Zrozumiałem więc, że była przygotowana, iż wyrok będzie wysoki. I że się z nim pogodziła.

Jestem z niej niesamowicie dumny. I chociaż wiem, że Masza zawsze była silnym, odważnym człowiekiem, widzę, że wszystko, przez co przeszła, jeszcze bardziej ją zahartowało. Zabrzmi to może dziwnie, ale chciałbym być taki jak Masza. Chciałbym mieć w sobie jej siłę i odwagę.

Maria Kalesnikawa podczas protestów w Mińsku, 30.08.2020 r.Maria Kalesnikawa podczas protestów w Mińsku, 30.08.2020 r. Fot. Shutterstock / Shutterstock

Masza pogodziła się z wyrokiem. A pan? Czy to w ogóle możliwe dla ojca?

- Nie mam innego wyjścia. Ale nie wierzę też, że aż tyle czasu spędzi w zamknięciu.

Co się pana zdaniem wydarzy?

- Trzeba rozumieć – o tym też w listach przypomina mi Masza – że my dopiero rozpoczęliśmy walkę. Moim zdaniem, prędzej czy później, pojawi się czynnik, który sprawi, że ludzie znów wyjdą na ulice. Najprawdopodobniej będzie to „trigger" związany z problemami ekonomicznymi. Nastroje protestacyjne nie ustały. Teraz ulice są puste, bo w kraju zaprowadzono terror, ale jestem przekonany, że wydarzy się jeszcze coś, po czym ludzie nie będą mieli wyjścia. Ta walka się nie zakończyła, cały czas trwa. W ostatnim roku wielu Białorusinów zrozumiało, że ciąży na nich odpowiedzialność za kraj, za dalsze losy więźniów politycznych. Jest nas wielu, na razie jesteśmy słabi, ale to tylko kwestia czasu...

Jak pan odebrał decyzję Maryi o wstąpieniu do sztabu Wiktara Babaryki?

- Miałem świadomość, że wiąże się to z wysokim ryzykiem. Wiem przecież, co Łukaszenka robił z opozycjonistami, jak się ich pozbywał. Ale jednocześnie - obserwując z bliska działalność Babaryki i jego ludzi - miałem nadzieję. Wiedziałem, że to, co robią, jest potrzebne. Że mają siłę. Wspierałem Maszę jak mogłem, bojąc się o nią jednocześnie. Nie próbowałem jej zniechęcić. Widziałem, że to ważne przede wszystkim dla niej. I że nie ma sensu próbować na nią wpłynąć. To byłoby zresztą nawet niemożliwe. Myślę, że gdybym był młodszy i miał takie możliwości, zrobiłbym dokładnie to samo.

Maryja wróciła na Białoruś po 13 latach życia w Niemczech, gdzie rozwijała karierę muzyczną. Był pan zadowolony z tej decyzji?

- Ta historia jest bardziej skomplikowana. W 2019 r. nasza rodzina musiała zmierzyć się z ogromną stratą, zmarła moja żona, matka Maryi i Tatiany. Wtedy bardzo się zbliżyliśmy, chcieliśmy być razem. Masza czuła chyba, że potrzebuję wsparcia. Zaczęła częściej przyjeżdżać do domu, później zaś nawiązała współpracę z Wiktarem Babaryką, zajmowała się koordynacją działań znanego centrum kulturowego OK 16. On i jego otoczenie bardzo jej odpowiadało; dla tych osób bardzo ważne były bowiem także prawa człowieka, demokratyzacja kraju. To ich połączyło. Co więcej, widziałem, że coraz trudniej jest jej z Białorusi wyjeżdżać, że o wiele bardziej podoba jej się ta praca.

Zeszłoroczne protesty były w kraju czymś bezprecedensowym. Wierzył pan wtedy, że uda się odsunąć Łukaszenkę od władzy?

- Nie miałem pewności. System, który zbudował przez 26 (a teraz już 27) lat pozostawania u władzy, jest nastawiony na niszczenie wszystkich niepokornych. Ale poddałem się euforii, miałem nadzieję. Przez moment wierzyłem, że zwyciężyliśmy. Później rozpoczęła się przemoc, porwano i aresztowano Maszę. I po raz kolejny przekonałem się, że Łukaszenka to człowiek, który zrobi wszystko, byleby tylko utrzymać władzę.

Przez lata Białorusini bali się rozmawiać o polityce. Jak było w państwa rodzinie?

- Jak to się mówi: w kuchniach wszyscy byliśmy politykami. W domu rozmawialiśmy o tym dużo, Masza od dziecka była świadkiem tych rozmów. Nigdy nie byłem zwolennikiem Aleksandra Łukaszenki, brałem udział w protestach, akurat o tym mówiłem głośno.

Wychowałem się w Związku Radzieckim, moje pokolenie nie zostało nauczone samodzielnego myślenia. Polityka była dla mnie ciekawa, ale nie miałem poczucia, że jestem w stanie cokolwiek zmienić, wydawało mi się zawsze, że wszystko jest z góry przesądzone.

Masza i Tania to już inne pokolenie. One zawsze były przekonane, że przyszłość zależy od nich, że mają głos.

Co pan poczuł, kiedy dowiedział się, że Maryja nie pozwoliła się siłą wywieźć z Białorusi, że podarła paszport?

- Było mi bardzo trudno, czułem się bezsilny. Wiedziałem, że moja córka zaginęła, została porwana. Nikt nie chciał powiedzieć, gdzie jest, co się z nią dzieje...

A potem zaczęły pojawiać się informacje. Kiedy dowiedziałem się, co zrobiła, poczułem dumę. Nie spodziewałem się tego, mimo że miałem świadomość, iż jest silnym człowiekiem. Maszeńka pokazała w ten sposób swój stosunek do reżimu.

Mój stosunek doń jest od lat taki sam. Tylko że ja nigdy nie miałem w sobie takiej odwagi jak Masza. Kocham ją, co zrozumiałe, bo jest moją córką. Ale prócz tego bezgranicznie ją teraz podziwiam.

Maryja otrzymywała wcześniej groźby. Rozmawialiście o tym, żeby wyjechała?

- Nie starałem się jej przekonać, ale przypominałem, że jest taka możliwość. Odparła: „Nie mogę, bo byłoby to zdradą". Masza jest bardzo odpowiedzialna, może aż za bardzo. Dla niej fakt przejęcia roli koordynatorki sztabu Babaryki oznaczał walkę do końca.

Dzisiaj, kiedy córka jest w więzieniu, a ulice białoruskich miast opustoszały, nie nachodzą pana wątpliwości, czy warto było się tak poświęcać?

- To jeszcze nie koniec. Czekamy na zmiany. Od każdego z nas zależy wynik tej walki. Wierzę, że dobro zwycięży zło.

Pana zdaniem społeczność międzynarodowa wystarczająco dużo uwagi poświęca sytuacji Białorusi?

- Kochającemu ojcu, którego dziecko jest niesprawiedliwie więzione, bardzo trudno odpowiedzieć na takie pytanie. Nie mnie oceniać. Chciałbym, żeby córka wyszła jak najszybciej na wolność, to jedyne, na co czekam. Jestem wdzięczny za to, co świat robi dla Białorusi; wiem, że czyni niemało. Choć pewnie można by więcej. Ale i tak jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy nie są obojętni na losy Białorusinów, więźniów politycznych i ich rodzin.

*Aleksandr Kalesnikaw jest emerytem, mieszka w Mińsku, nie zamierza wyjeżdżać z kraju. Jego druga córka, Tatiana, jest członkinią sztabu Wiktara Babaryki i kontynuuje działalność na rzecz białoruskiej opozycji za granicą

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.