Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zachód, by to zrobić, ma wystarczająco dużo możliwości, narzędzi i powodów.

Białoruś jest podobna do Rosji. Ale z punktu widzenia polityki sankcyjnej zasadniczo się od niej różni. Chodzi mi o niewielki rozmiar jej gospodarki. Dzięki temu ograniczenie kontaktów z Mińskiem może być dla Zachodu absolutnie bezbolesne.

W 2020 r. import Białorusi z UE, Wlk. Brytanii i USA wart był 7,2 mld dol. (import Rosji – 98,6 mld). W republice sprzedano w tamtym roku 18,8 tys. nowych aut z Europy i USA (w Rosji – 465 tys.). Banki zachodnie nie inwestowały w białoruskie instrumenty finansowe.

Firmy zachodnie stać na stratę takiego rynku. Tak więc sankcje, których wobec Rosji ze względu na interesy zachodnich gospodarek nie dałoby się wprowadzić, wobec Białorusi mogą być śmiało stosowane.

Dziś sankcjami objętych jest ponad 200 urzędników białoruskich - ale w odróżnieniu od czynowników rosyjskich nigdy nie mieli oni aktywów na Zachodzie.

Zamknięto połączenia lotnicze i tranzyt w przestrzeni powietrznej nad Białorusią - ale straty z tego tytułu nie są większe niż 0,5 proc. białoruskiego PKB, a zagrożonych jest 0,16 proc. miejsc pracy w republice.

Trudno jest zrozumieć rzeczywisty zakres sankcji nałożonych na producentów nawozów potasowych i przemysł naftowy - ale trzeba pamiętać, że UE kupuje tylko 11,6 proc. eksportowanych przez Białoruś soli potasowych, a 45 proc. sprzedawanych przez republikę produktów ropopochodnych trafia na Ukrainę, która nie ograniczyła zakupów.

Zgadzam się więc z ekspertami uważającymi, że sankcje wobec Mińska są niewystarczające. Jednak mało kto mówi, jakie one być powinny.

Pięć sposobów na Łukaszenkę

Według mnie główne ciosy w reżim należy wymierzyć z pięciu kierunków.

Po pierwsze. Nie należy nakładać ograniczeń na wybrane dostawy eksportowe czy importowe, tylko wprowadzić pełne embargo handlowe. To zamknie przed Mińskiem życiowo ważny rynek (na kraje UE, USA, Wlk. Brytanii, Szwajcarię, Kanadę i Ukrainę przypada dziś 33,2 proc. eksportu białoruskiego i 26,2 proc. importu) i stanie się dowodem determinacji Zachodu.   

Ten krok unieruchomi też wiele fabryk białoruskich, które nie są w stanie działać bez zachodnich maszyn i części zamiennych, zatrzyma też potok nielegalnego przesyłania do Rosji zachodnich towarów objętych przez Moskwę embargiem, zamknie rynki dla kontrabandy białoruskiej, która zalewa Europę wyrobami tytoniowymi. Brak zachodnich towarów na półkach sklepowych będzie też wstrząsem dla społeczeństwa białoruskiego.

Po drugie. Do zamknięcia przestrzeni powietrznej Białorusi należy dodać pełen zakaz tranzytu przez Białoruś. Dziś dwie trzecie towarów przewożonych między UE a Rosją wędruje przez ten kraj (nie liczę tu tego, co jest przesyłane rurociągami). Tranzyt generuje 6 proc. białoruskiego GNP, dając budżetowi 3,5-4 mld dol. rocznie. 

Przy tym zakaz tranzytu boleśnie uderzy też i we wspierającą Mińsk Moskwę. Firmy rosyjskie będą musiały zmieniać marszruty transportu towarów na prowadzące przez państwa bałtyckie, gdzie trzeba nadłożyć 300-400 km i nie ma odpowiedniej infrastruktury. Przy tym blokada Białorusi przekreśli plany Moskwy usiłującej zorganizować korytarz transportowy z Chin do Europy.

Po trzecie. Trzeba wprowadzić skrajnie ostre sankcje przeciw sektorowi finansowemu republiki. Nie chodzi o odmowę kredytowania banków białoruskich, w których udział ma państwo, lecz o przerwanie wszelkich kontaktów finansowych z Mińskiem, w tym i obsługę kart kredytowych (73 proc. białoruskich kart kredytowych działa w zachodnich systemach płatniczych, a ich „przeprowadzka" do rosyjskiego systemu „Mir" trwałaby długo). Chodzi też o blokadę przesyłania pieniędzy z Białorusi i na Białoruś. Sankcjami powinny być objęte także wszystkie rosyjskie struktury finansowe, które mają udziały w bankach białoruskich (w tym Sbierbank i inne wielkie banki). Rosyjskie instytucje finansowe powinny być zmuszone do przerwania pracy na Białorusi, tak samo jak zrezygnowały z działalności na okupowanym Krymie.

Celem tych działań powinna być dewaluacja rubla białoruskiego i krach systemu finansowego kraju.

Po czwarte. Należy rozszerzyć sankcje personalne na wszystkich urzędników państwowych, funkcjonariuszy struktur siłowych oraz menedżerów państwowych banków i fabryk. Kariera zawodowa w państwowym sektorze powinna się stać synonimem objęcia sankcjami. Przy tym należy ostrożnie podchodzić do nakładania sankcji na bogatych Białorusinów, których zazwyczaj hurtowo zalicza się do „portmonetek Łukaszenki". Wielu z nich reżim też skrzywdził, a na sankcje nie zasłużyło.

Po piąte. Należy odebrać certyfikaty SSL stronom internetowym białoruskich organów władzy, państwowych banków i przedsiębiorstw. To odbierze im możliwość szyfrowania przesyłanych danych, uczyni otwartymi i powszechnie dostępnymi ich wszelkie finansowe i inne transakcje. W tej sytuacji służby podatkowe i banki musiałyby wrócić do epoki przedcyfrowej, a to oznacza ich pełny paraliż.

Ten krok byłby bardzo skuteczny także przez to, że Rosja nie byłaby w stanie pomóc swemu wasalowi. Żadna bowiem firma rosyjska nie ma pełnomocnictw do przyznawania certyfikatów SSL.

Kosmetyczny remont nie pomoże

Rozumiem, że przeciw moim propozycjom można wysunąć dwa zastrzeżenia. Z jednej strony powszechnie uważa się, że sankcje nie powinny uderzać w zwykłych obywateli i bić tylko w osoby odpowiedzialne za łamanie praw człowieka. Z drugiej – że „nadmierne" naciski na Mińsk skłaniają kierownictwo Białorusi do tego, by „wstąpić" do Rosji i tym samym wzmocnić Putina.

Oba argumenty uważam za błędne.

Pierwszy formalnie wydaje się humanitarny. Trzeba jednak zrozumieć, że sytuację na Białorusi zmienić może tylko masowe wystąpienie obywateli przeciw reżimowi. A nie można się tego spodziewać, jeśli radykalnie nie pogorszy się materialne położenie społeczeństwa.

W tej sytuacji ideały zachodnie zderzają się z rzeczywistością, której nie można zmienić dzięki „kosmetycznemu remontowi". Jeśli w końcu epoki radzieckiej ludzie w ZSRR żyliby na takim poziomie jak w dzisiejszej Rosji czy Białorusi, ludowy ruch na rzecz zmian nigdy by nie zwyciężył.

Drugi argument jest bardziej interesujący. Powszechnie się uważa, że Moskwa stale marzy o wchłonięciu Białorusi, co może zostać bez trudu przeprowadzone. Tak jednak nie jest.

Konstytucja Białorusi nie przewiduje możliwości likwidacji jej suwerenności choćby nad częścią terytorium kraju bez ogólnonarodowego referendum. Takiej decyzji w tajemnicy nikt nie podejmie, a naród w referendum wystąpiłby przeciw jeszcze bardziej powszechnie niż przeciw Łukaszence w wyborach 2020 r. Poza tym Putin nie ma dziś powodu, by inkorporować Białoruś. Już zmienił konstytucję Rosji, zapewniając sobie praktycznie dożywotnią władzę, kolejna ustawa zasadnicza, jaka byłaby niezbędna po zmianie granic, nie jest mu już potrzebna. Poza tym nie kwapi się do tego, by dołączyć miliony obywateli znacznie bardziej skorych do protestów niż Rosjanie. Do tego „wchłonięcie" Białorusi popiera dziś tylko 24 proc. mieszkańców Federacji Rosyjskiej.  

Uważam, że Zachód powinien radykalnie wzmocnić nacisk sankcyjny na Białoruś, żeby wywołać nową falę ludowego oburzenia na reżim, a samego Łukaszenkę zmusić do myślenia o oddaniu kraju Putinowi, co tylko przyspieszy rewolucję. Sankcje nie mogą być skuteczne, jeśli nie powodują zmiany władzy, a Białoruś może stać się poligonem wskazującym Rosji kontury jej własnej przyszłości.

Tłum. i oprac. Wacław Radziwinowicz

Władisław Inoziemcow - rosyjski ekonomista i politolog, dyrektor Ośrodka Badań Społeczeństwa Postindustrialnego, autor 12 książek, w tym wydanej także w Polsce pozycji „Niewspółczesny kraj. Rosja w świecie XXI wieku". W latach 2010-13 konsultant wielu partii demokratycznych i autor programu kandydata na prezydenta Michaiła Prochorowa. W latach 2017-20 był stypendystą Polskiego Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współpracownik Niemieckiego Stowarzyszenia Polityki Międzynarodowej, Atlantic Council i Johns Hopkins University w Waszyngtonie, a także Institute for Human Sciences w Wiedniu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.