Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Komisja Europejska w kontekście wydarzeń na granicy między Polską i Białorusią podkreśla zarówno potrzebę przeciwstawiania się nielegalnej migracji (i jej organizatorom), jak i wagę prawa międzynarodowego z wymogiem dostępu do procedury azylowej.

Tak sformułowane stanowisko w zasadzie jest równoznaczne z uchylaniem się od wygłoszenia jasnego poglądu w sprawie migracji przez instytucje UE. W Brukseli nadal są bowiem różne wrażliwości i głosy, ale główny nurt w sprawie walki z nieuregulowaną migracją przeszedł w ostatnich latach twardą czy też wręcz ponurą transformację. Europa po kryzysie z lat 2015-16 w odpowiedzi na pytanie, czy świecić humanitarnym, moralnym światłem, czy – twardo blokując granice – bronić się przed wewnątrzpolitycznym konsekwencjami otwartej reakcji na „niekontrolowany zalew obcych", stanowczo stawią na tę drugą opcję.

Grecja i Chorwacja stworzyły precedens

Polska uszczelnia teraz granicę zewnętrzną Unii Europejskiej, której „tarczą" została w marcu 2020 r., ogłoszona przez Ursulę von der Leyen, szefową Komisji Europejskiej, Grecja. Władze w Atenach zdecydowały się wówczas na użycie technik bezpośredniego przymusu wobec migrantów podwożonych pod granicę lądową na polecenie prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdo?ana. Greccy funkcjonariusze użyli gazu łzawiącego i gumowych kul, a władze – wbrew protestom ONZ-owskich agend – oficjalnie zawiesiły na miesiąc przyjmowanie wniosków azylowych. Ówczesna obrona Unii przed ryzykiem kryzysu sprokurowanego przez Erdo?ana (ogłosił „otwarcie bram do Europy") spotkała się z wyrazami uznania ze strony szefów MSW z wielu krajów UE obradujących wtedy w Brukseli.

Również Chorwacja z użyciem siły zawraca za bośniacką granicę – sprawę opisał dwa miesiące temu "Der Spiegel" – uchodźców, w tym ciężarne kobiety i osoby z niepełnosprawnościami. Doniesienia NGO-sów i prasy o nielegalnych praktykach na granicy chorwacko-bośniackiej napływają do Brukseli od wielu miesięcy, ale same instytucje UE niewiele mogą w tej sprawie zrobić, a na korygujący nacisk ze strony innych rządów w Unii niezbyt można liczyć.

Warto też przypomnieć, że Donald Tusk jako szef Rady Europejskiej już podczas kryzysu migracyjnego z lat 2015-16 uparcie przekonywał, że kategoryczne zamknięcie granic na szlaku bałkańskim jest nawet ważniejsze od – zresztą też budzącej prawne i etyczne zastrzeżenia organizacji humanitarnych – umowy UE–Turcja o hamowaniu nielegalnej migracji.

Przede wszystkim chodziło wówczas o zablokowanie ruchu między Grecją i Macedonią (tam też dochodziło do użycia gazu łzawiącego). Pozostawieni na lodzie migranci mieli posłużyć jako obrazek odstraszający ich ewentualnych następców. Tusk publicznie spierał się o szybkie blokowanie granic na szlaku bałkańskim z Jeanem-Claude’em Junckerem, poprzednikiem von der Leyen, oraz kanclerz Angelą Merkel. I to linia prezentowana przez Tuska ostatecznie przeważyła w Unii. „Polityka gościnności" Merkel z 2015 r. – zgadzamy się z tym czy nie – obecnie jest uznawana za błąd także w wielu zachodnich stolicach. W takie unijne nastroje wpisują się na granicy z Białorusią władze Polski.

"Push-back" już nie jest w Unii tabu

„Push-back", czyli wypychanie migrantów na drugą stronę granicy po jej nielegalnym przekroczeniu, nie jest pojęciem prawnym. Jednak takie działania grożą złamaniem ustanowionej prawem międzynarodowym zasady non-refoulement, czyli – w uproszczeniu – nieodsyłania przybyszów do krajów, gdzie grozi im prześladowanie (na morzu odpychanie pontonów z migrantami to także zagrożenie dla ich życia).

Polskie władze powinny rozpatrywać przypadek każdego migranta indywidualnie. Czy grozi im coś na Białorusi? Czy zagrożeniem dla nich byłoby potencjalne odesłanie ich przez Mińsk do krajów pochodzenia? Czy z jakichś innych względów należy im się ochrona w Unii Europejskiej? Dopuszczalność "push-backów" przestała być jednak w Europie tabu.

Szef Fronteksu Fabrice Leggeri ostatniej wiosny w Parlamencie Europejskim usiłował – przyznajmy, że wywołując protesty przedstawicieli Komisji Europejskiej – usprawiedliwiać niektóre morskie „odpychania" migrantów, powołując się na wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPC) w sprawie praktyki „hot returns" stosowanej przez Hiszpanów w ich enklawach w Afryce Północnej.

ETPC w sprawie, w której szło o dwóch obywateli Mali oraz Wybrzeża Kości Słoniowej wdrapujących się na ogrodzenie wokół enklawy Melilli (czy też już w jej granicach), orzekł, że Hiszpanie nie złamali prawa międzynarodowego, odsyłając ich – zgodnie z hiszpańskimi regulacjami – do Maroka bez rozpoznania ich wniosków o ochroną międzynarodową. ETPC wskazał, że chodziło tu o zorganizowaną akcję nielegalnego forsowania hiszpańskiej granicy en masse w warunkach, gdy przybysze mają przecież dostęp do prawnie uporządkowanej ścieżki poprzez złożenie wniosku na przejściu granicznym między Marokiem i hiszpańską enklawą.

To orzeczenie wielkiej izby ETPC z 2020 r., które wywróciło wcześniejszy wyrok wydany w zwykłym składzie, zszokowało wielu prawników działaczy, pracowników NGO-sów zajmujących się migrantami, w tym uchodźcami. Rosną obawy, że przyczyni się do dalszej erozji polityki przeciwstawiania się "push-backom" na zewnętrznych granicach UE.

Przesiedlenia? Bezpośrednio z Afganistanu

Na takim tle Brukseli obecnie łatwiej niż naciskać na pełne egzekwowanie prawa humanitarnego, jest wspierać Polskę i kraje bałtyckie poprzez lobbowanie w Iraku lub Turcji czy nawet w firmach wypożyczających samoloty w celu zapobieżenia szybkiemu rozkręcaniu ruchu lotniczego między Bliskim Wschodem a Mińskiem przez reżim Łukaszenki. Stąd też w zasadzie brak krytyki wobec budowy ogrodzeń granicznych, a – jeśli tylko Polska by o to poprosiła – do pomocy w ochronie granicy ruszyłby Frontex.

Na razie presja migracyjna nie jest tak wielka, by Polska mogła prosić o relokację, nawet gdyby Unia miała teraz takie przepisy, którymi nie dysponuje m.in. wskutek kategorycznego oporu Warszawy z ostatnich lat. Choć sabotowanie relokacji z 2015 r. przez Polskę pozostaje obciążeniem politycznym, nikomu w Brukseli nie w głowie jest szukanie teraz rewanżu. Nie chodzi przecież o blokowanie nieuregulowanej migracji do Polski, lecz do całej Unii, czyli poprzez Polskę także na bogatszy unijny Zachód. A ten jest zdeterminowany, by tym razem pomagać uchodźcom tylko poprzez uporządkowane, limitowane i prowadzone pod egidą organizacji międzynarodowych „przesiedlenia" bezpośrednio z Afganistanu oraz krajów ościennych do Europy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.