Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Soleczniczki, stolica rejonu solecznickiego, w którym prawie 80 proc. mieszkańców stanowią Polacy. Jest po godz. 22. Szukam hotelu, nawigacja wskazuje, że powinienem skręcić w dróżkę między blokami. Nie mogę, wjazd blokuje audi na niemieckich numerach.

– Też szukasz noclegu? – pyta po angielsku młody chłopak. – Jestem Sziwli – przedstawia się, a ja zapominam zapytać, jak poprawnie zapisać jego imię. Okazuje się, że jest jezydem (wyznawcą religii brutalnie tępionej przez islamistów) z irackiego Sinuni. Do Niemiec dotarł sześć lat temu, do Solecznik – dzień przed naszym spotkaniem. 

– Próbuję odnaleźć moją żonę – opowiada. – Jest tu od trzech tygodni, a ja przez ten czas nie mam z nią żadnego kontaktu. 

Żona Sziwliego podobnie jak wielu Irakijczyków przybyła do Białorusi, żeby potem przeprawić się na Litwę.

Według Wilna za całym procederem przerzutu migrantów stoi Aleksander Łukaszenka. Dyktator chce w ten sposób wywrzeć presję na Unię Europejską, by wycofała się z sankcji nałożonych na reżim w Mińsku.

W sumie od początku roku z Białorusi do Litwy nielegalnie przedostało się prawie 4,2 tys. osób. To pięćdziesiąt razy więcej niż w całym zeszłym roku. Według zeszłotygodniowych danych MSW zdecydowana większość migrantów to Irakijczycy (2797), ale wśród przybyszów są też m.in. obywatele Konga (200), Kamerunu (131), Syrii (130), Iranu (91), Rosji (91), Afganistanu (83), Gwinei (79) czy samej Białorusi (67).

Obecnie przybywa ich znacznie mniej niż jeszcze pod koniec lipca - to skutek przyjęcia kwestionowanej przez obrońców praw człowieka strategii pushback, czyli odpychania potencjalnych azylantów od granicy. Wilno broni się, że nadal można aplikować o ochronę azylową – na przejściach granicznych i w litewskich misjach dyplomatycznych.

– Tutejsze władze mi nie pomagają – narzeka Sziwli. – Nikt nie chce powiedzieć, gdzie jest moja żona. Więc dopóki jej nie znajdę, będę szukał na własną rękę.

"Litwa to nie kalifat"

„Nasza siła w jedności. Tylko wspólnie możemy obronić nasze rodziny" – te słowa działacza Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – Związku Chrześcijańskich Rodzin Waldemara Tomaszewskiego „Tygodnik Wileńszczyzny" umieścił w tytule tekstu o protestach przeciwko powstaniu ośrodka dla migrantów w Dziewieniszkach w rejonie solecznickim. 

Przed siedzibą rządu w Wilnie pod koniec lipca zebrało się ok. 1,5 tys. osób. 

– Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem, Litwa jest Litwą, a nie kalifatem – parafrazował Mickiewicza ks. Józef Aszkiełowicz. Protestujący przyjęli rezolucję, którą przekazano władzom. Litewski rząd określono w niej „dryfującą dziurawą łódką", a osoby przybyłe do Litwy „nielegalnymi migrantami ekonomicznymi".

"Żal nam tych ludzi, ale dlaczego wpuszcza się ich w ten sposób?"

– O tym, że ma powstać u nas obóz, dowiedziałam się przypadkowo – mówi w swoim biurze starosta Dziewieniszek Czesława Marcinkiewicz. – Wracaliśmy z pielgrzymki z Góry Krzyży. Zadzwoniła dziennikarka i zapytała, czy o tym słyszałam.

Dziewieniszki to niemal enklawa. Żeby dojechać do miasteczka i terenów wokół niego, trzeba pokonać niespełna trzykilometrowy przesmyk litewskiego terytorium. Po bokach jest Białoruś. Większość  mieszkańców to Polacy, ale są tu też Litwini, Białorusini, Rosjanie i Tatarzy.

– Uroczy zakątek Litwy, tak o sobie mówimy – uśmiecha się Marcinkiewicz, która pojechała do Wilna na protest przeciwko utworzeniu obozu dla migrantów. Protest skuteczny, bo w końcu władze wycofały się z tego pomysłu.

Ośrodek miał powstać w budynku dawnej szkoły rolniczej. – Tuż obok budynku litewskiego i polskiego gimnazjum – oburza się starosta. – Ludzie się sprzeciwili, zaznaczali, że to będzie niebezpieczne dla ich dzieci, dla mieszkańców w ogóle. Skoro nas jest tu pięćset osób, a chcieli umieścić i tysiąc ludzi…

Marcinkiewicz zwraca uwagę na – jej zdaniem – nierówne traktowanie. Żeby wjechać i wyjechać z Dziewieniszek, trzeba przejść kontrolę. Straż graniczna sprawdza dokumenty, każe otworzyć bagażniki. Tak jest od czasu przystąpienia Litwy do Unii Europejskiej. 

– Do lasu nie możemy nawet wyjść – pomstuje. – A tutaj nagle idzie orda, jacyś obcy, nieznajomi, innej kultury i nielegalnie przekraczają granicę bez dokumentów – kręci głową.

– Żal nam tych ludzi. Spotykamy ich jako pierwsi. Mieszkańcy dają im wodę, ciepłe ubranie. Ale się boją. Jak przychodzi 20 osób do samotnej starszej kobiety na podwórko i rozpalają tam ognisko… Co to za migrant, który idzie bez dokumentów?! – podnosi głos. – Przecież są punkty graniczne. Idzie się tam i prosi o azyl.

Marcinkiewicz przyznaje, że do tematu podchodzi emocjonalnie. 

–  Mój dziadek został wywieziony na Sybir z dziewięcioletnim dzieckiem – opowiada. – Żyli tam przez siedem lat. To straszne uciekać przed niebezpieczeństwem. Takie rzeczy nie mogą się jednak dziać kosztem innych. Mamy XXI wiek, trzeba wszystko zorganizować w cywilizowany sposób. W końcu co to są cztery tysiące na całą Litwę? Może nasze państwo nie było przygotowane? Może takie obozy powinny być gotowe już wcześniej? 

Więcej migrantów niż mieszkańców

– Sytuacja powoduje spore napięcia na Litwie – komentuje Rajmund Klonowski z „Kuriera Wileńskiego". Rozmawiamy w redakcji, która znajduje się w hali warsztatu samochodowego. Warsztat należy do rodziny Klonowskich.

– Mieszkańcy takich miejsc jak Dziewieniszki są rozczarowani postawą rządu, który się z nimi nie kontaktował – mówi. – W związku z tym dochodzi do napięć na tle narodowościowym – dodaje.

Art. 15 traktatu między Rzeczpospolitą Polską a Republiką Litewską o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy z 1994 r. stanowi, że strony „powstrzymają się od działań, które prowadziłyby do zmian narodowościowych na obszarach zamieszkałych przez mniejszości narodowe". 

– Jeszcze przed wstąpieniem do Unii w Puńsku w województwie podlaskim miała powstać strażnica Straży Granicznej. Mieszkający tam Litwini protestowali, argumentując, że proporcje narodowościowe zostaną zmienione. Polski rząd się wycofał. Teraz litewskie władze nie są w stanie powiedzieć, na jak długo migranci mieliby mieszkać w obozach. A to może przyczynić się do zmian proporcji narodowościowych – uważa Klonowski.

Wilno chce kwaterować w „polskich" miasteczkach większą liczbę migrantów, niż jest w nich mieszkańców.

– Siłą rzeczy ludzie są tym przerażeni – mówi dziennikarz „Kuriera". – Pytają, kto im zagwarantuje bezpieczeństwo. Obóz pod Rudnikami nie jest odgrodzony nawet płotem. Kto chce, może tam wchodzić i wychodzić.

W Rudnikach – podobnie jak w Dziewieniszkach – żyje jakieś pół tysiąca osób. Obóz założono pod lasem na terenie poligonu. Mieszka w nim prawie osiemset ludzi. – Mamy największy obóz na Litwie – chwali się funkcjonariusz przy bramie. 

Wybuchały tu zamieszki. Zresztą ze służbami nie starli się tylko migranci. „Kurier" donosił, że policja siłą zepchnęła protestujących mieszkańców blokujących dojazd do obozu. 

W związku z napiętą sytuacją mieszkańcy Rudnik powołali grupę samopomocy.

– Działają w niej mężczyźni, kobiety i młodzież – opowiada Janina Butkeviciene, kierowniczka miejscowej sali imprez. – W ten sposób chcemy zapewnić bezpieczeństwo. Od dziewiętnastej do pierwszej w nocy patrolujemy ulice, sprawdzamy, czy nie kręcą się tu jakieś podejrzane osoby. To nieduża wieś, wszyscy się znamy, więc jak jest ktoś obcy, od razu możemy zaalarmować policję. 

– I co, doszło do jakichś incydentów? – pytam.

– Chwała Bogu, nie – odpowiada pani Janina. – Podejrzanych osób trochę było. Policja je legitymowała. Ale żeby ktoś zrobił jakąś krzywdę mieszkańcom, nie, nie zdarzały się takie rzeczy. 

– Państwo się boicie tych migrantów?

– Ja nie. Sprzeciwiałam się, podobnie jak większość, żeby tu byli, ale skoro już są… Władze zapewniają, że będzie bezpiecznie.

– To często są ludzie, którzy uciekają przed wojną – zauważam.

– Tak – zgadza się. – Widziałam nagrania, na których gwarantują, że nie mają złych intencji. Że uciekają przed wojną, przed prześladowaniami – przyznaje pani Janina. Ale potem mówi o miejscowym kościele. I że o zniszczenie świątyni bardzo się obawia. Bo przecież są nagrania, że migranci bezcześcili miejsca kultu.

"Nigdy nie wiadomo, kim zostaną dzieci, które przekraczają granice"

– Jestem chrześcijaninem – mówi Aman Mehari z Erytrei, na którego szyi dostrzegam drewniany krzyżyk. 

Rozmawiamy przez siatkę otaczającą obóz w Widzieniańcach w rejonie orańskim, który sąsiaduje z solecznickim. W budynku szkoły mieszkają tu wyłącznie Afrykanie, prawie 150 osób. Funkcjonariusze nie pozwalają im wychodzić poza ogrodzenie.

– Mam 16 lat – opowiada Aman. – Sytuacja w Erytrei jest bardzo trudna. Nie można tam żyć w spokoju, nie można się normalnie uczyć. Władze wcielają młodych do wojska. To przez konflikt z Tigrajskim Ludowym Frontem Wyzwolenia. Nie chciałem brać udziału w wojnie, więc uciekłem z Erytrei do Etiopii, a stamtąd do Białorusi – mówi nastolatek.  

Aman w Widzieniańcach jest od miesiąca. Wciąż nie umożliwiono mu złożenia podania o azyl. Na razie udało się to mniej niż połowie z ponad 4 tys. migrantów.

– Nie mam kontaktu z rodziną i przyjaciółmi – chłopakowi łamie się głos. – Siedzę i czekam na rozwój wydarzeń. Zresztą nie za bardzo mam tu co robić innego – rozkłada ręce. – Chciałbym po prostu móc zostać. Żyć w spokoju, studiować ekonomię. Do tego nie muszę jechać dalej na Zachód.

Wilno, przystanek autobusowy przy Pałacu Sejmowym. Umówiłem się tu z Eskedar. Pochodzi z Etiopii, do Litwy trafiła kilkanaście lat temu. Podobnie jak dzisiejsi migranci przebyła niebezpieczną drogę do Europy.

– Opuściłam Etiopię, bo byłam aktywistką, nie mogłam czuć się tam bezpiecznie – tłumaczy. – Wylądowałam w Sudanie, gdzie też czyhało wiele zagrożeń. Przemytnicy powiedzieli, że mogą się dostać do Włoch. Szlak wiedzie przez Libię, więc na 11 miesięcy trafiłam do tego kraju, w którym kobiety nie miały żadnych praw. W końcu znalazłam się na Malcie. Stamtąd jako uchodźczyni zostałam relokowana do Litwy.

Eskedar samotnie wychowuje troje dzieci. Była nauczycielką angielskiego, wykładowczynią i biznesmenką – sprowadzała z Włoch ubrania. Dzisiaj prowadzi w Wilnie kawiarnię. 

– Skończyłam tu studia z zarządzania – opowiada. – Nigdy nie wiadomo, kim zostaną dzieci, które przekraczają granice. Może będą doktorami? Może zasiądą w parlamentarnych ławach?

Eskedar jeździ po miejscach, gdzie odbywają się protesty przeciwko obozom dla migrantów. Pojechała m.in. do Dziewieniszek. 

– Chcę w ten sposób zmniejszyć napięcia – tłumaczy. – Prawicowi ekstremiści zaczęli głosić jakieś faszystowskie teorie o obozach koncentracyjnych, o strzelaniu do tych ludzi na granicy. Możemy dużo stracić z tego, co udało nam się przez lata osiągnąć. Widzę już, że dezinformacja powoduje wiele szkód. Wiadomości rozpowszechniane przez mieszkańców czasem nie mają żadnych podstaw w faktach – twierdzi Eskedar.

– Byłam po obu stronach płotu, rozumiem różne perspektywy. Wierzę, że powinniśmy prowadzić dialog, nie możemy bać się rozmawiać – zaznacza. 

Thomas Orchowski jest dziennikarzem TOK FM

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.