Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruska sprinterka opuściła Tokio w środę rano. Początkowo miała przylecieć bezpośrednim rejsem LOT-u, ale trasę zmieniono ze względów bezpieczeństwa. Cimanouska poleciała więc najpierw do Wiednia, gdzie przesiadła się na samolot do Warszawy. Jej przylot do kraju potwierdził na Twitterze wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz. 

Biegaczka nie pojawiła się w hali przylotów, gdzie czekali na nią dziennikarze. Opuściła lotnisko w towarzystwie wiceministra. "Cieszymy się, że Kriscinie udało się bezpiecznie dotrzeć do Warszawy" - napisał na Twitterze białoruski opozycjonista Paweł Łatuszka i opublikował zdjęcie z biegaczką zrobione po przylocie. 

W niedzielę biegaczka została odsunięta od udziału w igrzyskach, a białoruscy urzędnicy próbowali zmusić ją do powrotu na Białoruś. Wszystko dlatego, że publicznie oburzyła się, że ma wystartować w biegu, do którego nie była przygotowana. "Mój trener przyszedł do mnie i powiedział, że jest rozkaz z góry, aby mnie usunąć. O 5 rano przyszli do mojego pokoju [w wiosce olimpijskiej] i kazali mi się pakować, a potem zabrali mnie na lotnisko" – pisała z tokijskiego lotniska Haneda. 

Udało jej się uciec białoruskiej obstawie i zgłosić do japońskiego MSZ. Oświadczyła, że uważa powrót do kraju za niebezpieczny. Dzień później otrzymała polską wizę humanitarną. Do czasu opuszczenia Tokio przebywała w polskiej ambasadzie. Polscy dyplomaci zorganizowali przelot białoruskiej biegaczki do Polski. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.