Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dzięki wsparciu Białoruskiej Fundacji Solidarności Sportowej (organizacja pomaga sportowcom prześladowanym za udział w antyrządowych protestach czy za swoje wypowiedzi) oraz białoruskiej diasporze w Japonii Cimanouskiej udało się uniknąć przymusowego powrotu do Mińska, gdzie, jak twierdzi, czekałoby ją najprawdopodobniej więzienie. Biegaczce schronienia udzieliła ambasada Polski. 

Cimanouska skorzystała z propozycji azylu udzielonej przez Polskę i, według nieoficjalnych informacji, w środę przyleci do Warszawy. 

Wiktoria Bieliaszyn: Co się dzieje z Krysciną Cimanouską? 

Aleksandr Opiejkin, dyrektor Białoruskiej Fundacji Solidarności Sportowej: Znajduje się na terytorium ambasady Polski w Tokio. Polska, podobnie jak Czechy i Słowenia, zaoferowała jej ochronę międzynarodową - azyl polityczny z możliwością kontynuowania kariery sportowej. Kryscina zdecydowała się skorzystać z propozycji i wybrała Polskę.

W mediach pojawiły się informacje, że jej rodzina wyjechała w nocy z Białorusi do Kijowa.

Jej mąż zdecydował się na taki krok. Trudno się zresztą temu dziwić, w obecnej sytuacji to jedyna rozsądna decyzja. Po tym, co wydarzyło się w Tokio, oczywiste jest, że rodzina Kristiny nie jest na Białorusi bezpieczna.

Jak pan dowiedział się o całej sytuacji?

Tego, że coś może się wydarzyć, spodziewałem się już wcześniej. Kryscina publicznie skrytykowała decyzję białoruskich władz, które w ostatniej chwili, bez konsultacji z nią, oświadczyły, że Cimanouska, prócz udziału w swoich dyscyplinach, czyli biegach na 100 i 200 m, zastąpi niedopuszczoną do igrzysk sportsmenkę, która miała biec w sztafecie na 400 m. Reakcja Krysciny była słuszna, białoruskie władze udowodniły, że zupełnie nie szanują sportowców, a pomysł, by zastąpiła biegaczkę w nie swojej dyscyplinie – absurdalny. Profesjonalny sportowiec może nabawić się w takiej sytuacji poważnej kontuzji. Krótko po jej emocjonalnej wypowiedzi, którą zamieściła na Instagramie, w rządowej telewizji przedstawiono Kryscinę jako zdrajczynię, oblano ją błotem.

Odsunięcie jej po tym materiale od startu igrzyskach pana nie zdziwiło?

Sytuacja w sporcie na Białorusi jest wyjątkowo napięta; trzeba pamiętać o sankcjach, które Międzynarodowy Komitet Olimpijski nałożył na Białoruś. Mimo wszystko nie spodziewałem się, że zareagują tak ostro. Kryscina nie krytykowała przecież Aleksandra Łukaszenki, nie wypowiadała się na temat polityki. Oburzyło ją jedynie, że w ostatniej chwili właściwie postawiono ją przed faktem dokonanym i próbowano zmusić do udziału w dyscyplinie, której nie trenowała.

Materiał w propagandowej telewizji oczerniający Kryscinę to bardzo mocna reakcja władz.

Wszyscy wtedy zrozumieliśmy, że biegaczka nie ma po co wracać na Białoruś, że to dla niej niebezpieczne. Mimo to Kryscina przygotowywała się do startu. Była pewna, że będzie mogła wziąć udział w igrzyskach olimpijskich, skoro już przyjechała do Tokio.

Białoruskie władze zadecydowały inaczej. Jak pan się o tym dowiedział?

Skontaktowała się z nami, czyli z Białoruską Fundacją Solidarności Sportowej, sama Kryscina. Opowiedziała, że do jej hotelowego pokoju przyszedł m.in. główny trener białoruskiej reprezentacji Jurij Moisewicz. Prosił ją, by odmówiła udziału w biegu na 200 m. Tłumaczył, że dla swojego bezpieczeństwa powinna powiedzieć, że ma kontuzję. Dodał, że chcą ją jedynie wycofać z igrzysk, ale że jeśli się nie podporządkuje, to może pożegnać się z całą karierą. Kryscina się jednak nie zgodziła. Działacze zdecydowali więc, że wystartuje, ale że nie będzie udzielać żadnych komentarzy.

Co się wydarzyło, że sytuacja tak szybko się zmieniła i Kryscinę próbowano siłą wywieźć na Białoruś?

Białoruskie władze doskonale zdają sobie sprawę, że mogą ze sportowcem, ale i z każdym człowiekiem, zrobić, co im się podoba. Mogą zabić, torturować na oczach całego świata, a w kraju nikt nawet nie zajmie się tą sprawą, nie wyciągnie jakichkolwiek konsekwencji. Kryscina opowiedziała mi, że do jej pokoju znowu przyszli przedstawiciele reprezentacji, m.in. Moisewicz i kazali jej natychmiast się spakować. Później niemal siłą została odwieziona na lotnisko w Tokio przez ludzi z Narodowego Komitetu Olimpijskiego.

Jak to przedstawiano oficjalnie?

Narodowy Komitet Olimpijski oświadczył, że Kryscina jest w złym stanie psychicznym i przeszkadza pozostałym członkom reprezentacji.

Białoruskim władzom nie udało się jednak zrealizować planu.

Na lotnisku było wielu członków białoruskiej diaspory w Japonii. Kryscina poprosiła ich o pomoc w kontakcie z policją na lotnisku. Kiedy w sprawę włączyła się policja, Kryscina – jak sama mi powiedziała – znalazła się pod ochroną. Japońscy policjanci zaprowadzili ją na komisariat, by wyjaśnić sprawę. Dla białoruskich władz wszystko się wtedy skomplikowało.

Białoruski złoty medalista w skokach na trampolinie Iwan Litwinowicz oświadczył, że jest zupełnie apolityczny i jego to, co dzieje się w kraju, nie dotyczy.

Trzeba zrozumieć, że sportowcy na Białorusi są teraz zastraszani jak nigdy. Jestem przekonany, że nad każdym z nich pracowano; mówiono, co wolno powiedzieć, a czego nie wolno. Dlatego postępują w ten sposób. I trudno się dziwić – przykład Krysciny doskonale pokazuje, jak w ciągu zaledwie kilku chwil może się na Białorusi zakończyć kariera sportowca, który nie podporządkował się reżimowi.

Kryscina twierdzi, że na Białorusi grozi jej nawet więzienie.

Zgadzam się z nią. Białoruś to państwo totalitarne, które można porównać do ZSRR późnych lat 30. Człowiek nie ma żadnych praw. A człowiek sprzeciwiający się władzy jest do likwidacji.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.