Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dla białoruskich dziennikarzy 8 lipca, czyli dzień, w którym doszło do kolejnego ataku  funkcjonariuszy służb specjalnych, KGB oraz ministerstwa informacji na niezależne redakcje w całym kraju, zyskał już miano „czarnego czwartku". Niestety, piątek stał się jakby jego przedłużeniem.

W użyciu paragrafy kk

Zatrzymanym w czwartek pracownikom niezależnego tygodnika „Nasza Niwa" oraz samej redakcji, władza zarzuca pogwałcenie paragrafów kodeksu karnego, m.in. o „rażącym naruszaniu porządku" i „masowych zamieszkach".

Czworo z nich, w tym m.in. redaktor naczelny Jegor Martynowicz, kierownik działu reklamy i marketingu Andriej Skurko oraz główna księgowa Olga Rakowicz, najbliższe dni spędzi w mińskim areszcie Okrestina. Tym samym, w którym latem i jesienią ubiegłego roku bito i torturowano zatrzymanych podczas pokojowych protestów Białorusinów.

Pozostali dziennikarze redakcji, w domach których przeprowadzono w czwartek rewizje (m.in. Natalia Lubniewska), zostali zobowiązani do przestrzegania klauzuli poufności.

Tortury na przesłuchaniu

Białoruskie służby nie odstępują od swoich brutalnych metod. Jak przekazała redakcja „Nasza Niwa", powołując się na słowa adwokata Martynowicza, redaktor naczelny tygodnika został brutalnie pobity. Rana głowy, której doznał w trakcie przesłuchania była tak poważna, że do siedziby komitetu śledczego w Mińsku wezwano karetkę.

Informację o konieczności udzielenia pomocy medycznej Martynowiczowi potwierdził komitet śledczy. W odpowiedzi na napływające wciąż pytania dziennikarzy na temat jego stanu zdrowia opublikował komunikat: „Podczas przesłuchania jeden z zatrzymanych, Jegor Martynowicz, powiadomił o złym samopoczuciu. Śledczy wezwał pogotowie ratunkowe. Po okazaniu opieki medycznej działania dochodzeniowe były kontynuowane".

Adwokaci dziennikarzy przekazali redakcji, że w ciągu ostatniej doby administracja aresztu nie wydała aresztowanym pościeli, materaców ani żadnego posiłku.

Strona internetowa „Naszej Niwy" w dalszym ciągu pozostaje niedostępna. Dziennikarze publikują wiadomości za pośrednictwem kanału w komunikatorze Telegram.

Rewizje, rekwizycje, aresztowania

W czwartek wieczorem Białoruski Związek Dziennikarzy poinformował, że niezależny dziennikarz Dmitrij Łupacz został zabrany przez siłowików z sanatorium Plissa, gdzie odpoczywał z rodziną. Kilka godzin później okazało się, że został zatrzymany w związku z wszczętą przeciwko niemu sprawą karną. Wciąż nie wiadomo, jakie zarzuty stawia mu prokuratura.

W tym samym czasie siłowicy przeprowadzili serię rewizji, m.in. w lokalnej redakcji „Media Polesia" i w domach jej pracowników w związku ze wszczętą sprawą karną dotyczącą „aktów terroryzmu". Dziennikarze przekazali niezależnemu portalowi Mediazona, że funkcjonariusze KGB zarekwirowali im cały sprzęt, nawet telefony komórkowe.

Siłowicy działali w czwartek do późnej nocy w całym kraju. Zatrzymali w różnych miastach kolejnych dziennikarzy. M.in. redaktora naczelnego magazynu „Nasza Historia" Andrieja Dyńko oraz Alesię Latińską, dziennikarkę z Bobrujska, która dla regionalnej gazety relacjonowała powyborcze protesty.

Po kilkugodzinnym przesłuchaniu w siedzibie KGB i podpisaniu klauzuli o poufności Latińska została zwolniona. Andriej Dyńko przebywa natomiast w areszcie.

„Cały blok siłowy" czyści Białoruś

Na tym obława na niezależne media się nie zakończyła. W piątek od rana w całym kraju trwają kolejne rewizje w domach niezależnych dziennikarzy.

Siłowicy zjawili się w mieszkaniu brzeskiego reportera Maksima Chliebca, dziennikarki niezależnej redakcji Onliner Nastazji Zańko, blogera i administratora kanału informacyjnego w komunikatorze Telegram „Wirtualny Brześć" Andrieja Kucharczyka, a także w siedzibach redakcji „Czas Hanczawicz" i „Pierwszy region".

W przypadku Chliebca chodzi o niejasne oskarżenia o terroryzm. Z kolei Nastazja Zańko, która relacjonowała letnie i jesienne protesty po sfałszowanych przez Aleksandra Łukaszenkę wyborach prezydenckich, przesłuchiwana jest przez KGB w kwestii „masowych zamieszek".

Z podsumowania sporządzonego przez redakcję Biełsat dowiadujemy się, że w ciągu ostatnich dwóch dni białoruskie służby zatrzymały około 11 dziennikarzy i pracowników niezależnych mediów.

Stawiane są im różne zarzuty, jak „organizacja masowych zamieszek", „poważne naruszenie porządku publicznego", „znieważenie przedstawiciela władzy", czy „przygotowywanie aktu terrorystycznego".  

O ataku na niezależne media niemal wprost informują władze. Zastępca szefa wydziału śledczego KGB Konstantin Byczek oznajmił widzom państwowego kanału telewizyjnego Białoruś-1, że w kraju jest przeprowadzana „operacja oczyszczania na dużą skalę z radykałów" . Podkreślił, że bierze w niej udział „cały blok siłowy Białorusi".

UE: To niedopuszczalne

Nową falę represji wobec przedstawicieli niezależnych mediów skomentowała UE.

„Atak na "Naszą Niwę" oraz inne redakcje i dziennikarzy pokazuje dalsze represje reżimu wobec niezależnych mediów i pogwałcenie wolności słowa. Białoruś nie wywiązuje się tym samym ze swoich zobowiązań wobec ONZ i OBWE. To niedopuszczalne i musi się skończyć" – napisał na Twitterze Peter Stano, oficjalny przedstawiciel Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.