Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Logika podpowiadała, że 57-letni bankier to dla Rosji podarek losu. Przed rokiem sondaże wskazywały, że znany filantrop i mecenas sztuki bez trudu - od razu w pierwszej turze - pokona Aleksandra Łukaszenkę w sierpniowych wyborach prezydenckich.Tracącego poparcie i przysparzającego Kremlowi kłopotów Baćkę zastąpiłby polityk popularny, a przy tym sprawdzony człowiek Gazpromu. 

To przecież  Babaryka założył Biełgazprombank i przez 20 lat nim kierował, musiał się więc cieszyć zaufaniem Kremla i okazywać pełną lojalność rosyjskiemu gigantowi gazowemu. 

Moskwa przełknęła jednak to, że zamiast na listy wyborcze, trafił rok temu do więzienia, a Łukaszenka przejął, a w rzeczy samej ukradł jego i Gazpromu bank.

Babaryka, któremu postawiono szyty najgrubszymi nićmi zarzut, że sam sobie dał łapówkę, 6 lipca został skazany na 14 lat łagru o zaostrzonym rygorze.

I choć wiadomo, że jego winą jest tylko to, że chciał rzucić wyborcze wyzwanie władcy - do czego jako obywatel ma prawo - Moskwa milczy. 

Casus litewski

Konflikt o innego gazpromowca miał miejsce 15 lat temu na Litwie. Szło o ważnego polityka, ministra gospodarki Viktora Uspaskicha, także przez lata pracującego na rzecz rosyjskiego monopolisty. I też zarzucono mu korupcję.  

Uspaskicha, obywatela Litwy, Rosja wzięła jednak pod swoją opiekę. Dała schronienie, nie pozwoliła, by nękali go litewscy i europejscy śledczy. Oficjalna agencja informacyjna RIA Nowosti nazywała go „naszym człowiekiem". Przeczekał pod rosyjskim skrzydłem do czasu, gdy mógł wrócić i kontynuować karierę polityczną. 

Litwa z jej dzikimi dla Kremla europejskimi prawami to jednak nie Białoruś. W Moskwie cenią sobie inne prawo – takie, jakie mają władcy ludożerców do swobodnego pożerania swoich poddanych. Za takie prawo „rzeźnika z Bagdadu" czy „rzeźnika z Damaszku", satrapy z Mińska czy różnych Kaddafich bądź Madurów Rosja Władimira Putina jest gotowa płacić choćby życiem swoich żołnierzy. Tak dzieje się np. już od sześciu lat w Syrii.  

A Łukaszence – jak mawiają Rosjanie – swobodę „rozmazywania po asfalcie wątroby" opozycjonistów na ulicach Mińska dał gospodarz Kremla, który rok temu obiecał Baćce wsparcie swoich OMON-owców na wypadek, gdyby dyktatorowi zabrakło rąk do pałowania. 

Moskwa nie liczy na wdzięczność Mińska

Babaryki w Moskwie „naszym człowiekiem" nie nazwą, bronić go nie będą, choćby ze względu na klasową bliskość Łukaszenki i Putina.

Czym różni się los gazpromowskiego bankowca od losu opozycjonisty Aleksieja Nawalnego? Obaj siedzą za to, że chcieli w wyborach konkurować z „wiecznymi" przywódcami swoich krajów.

Przy tym Moskwa nie czeka na wdzięczność z Mińska za wsparcie, kredyty, pałkarzy, przymykanie oczu. Bo się i nie doczeka. 

Przeciwnie, Łukaszenka przykazał właśnie, by – w odwecie za europejskie sankcje nałożone na Białoruś – zamknąć drogę przez kraj towarom z Niemiec jadącym do Rosji i Chin. Poradził Niemcom, by wozili je przez Finlandię albo „po dobrych drogach" Ukrainy. W ten sposób boleśnie bije też w interesy Rosji, której duża część gospodarki zależy od rytmicznych dostaw podzespołów i materiałów z Niemiec. 

Ale i ten nagły ruch Baćki nie wywołał protestów w Moskwie. Rzecznik Putina Dmitrij Pieskow usprawiedliwiał Łukaszenkę, mówiąc, że w wyniku sankcji jego kraj znalazł się w trudnym położeniu. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.