Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Wierzę w ograniczoność każdego nieefektywnego systemu (...) Ale bardzo się boję, że to ostatnia szansa na wybory w niepodległej Białorusi. I uznałem, że niedopuszczalne i haniebne będzie, jeśli będę musiał żałować, że nie spróbowałem czegoś zmienić, usprawiedliwiając się tym, że nic nie można zmienić" - napisał 12 maja 2020 r. na swojej stronie na Facebooku Wiktar Babaryka, ogłaszając zamiar wzięcia udziału w kampanii prezydenckiej. Do tego dnia ten ekonomista i matematyk z wykształcenia piastował stanowisko prezesa Biełgazprombanku.

Białorusini od razu uznali go za głównego rywala Aleksandra Łukaszenki. W krótkim czasie znalazł się na czele sondaży niezależnych mediów - co najmniej połowa wyborców była gotowa oddać nań głos - ustanawiając jednocześnie rekord liczby podpisów zebranych przez alternatywnego kandydata we wszystkich dotychczasowych wyborach prezydenckich na Białorusi.

Jednak do samych wyborów "nie dotrwał". 11 czerwca 2020 r. pracownicy departamentu dochodzeń finansowych Państwowej Komisji Kontroli przeprowadzili rewizję w głównej siedzibie Biełgazprombanku. A 18 czerwca Babaryka został zatrzymany wraz ze swoim synem Eduardem - akurat gdy jechali do Centralnej Komisji Wyborczej (CKW), by przekazać zebrane podpisy.

Dziś 57-letni Babaryka został skazany na 14 lat pozbawienia wolności. Musi też uiścić grzywnę w wysokości 145 tys. białoruskich rubli (ok. 216 tys. zł).

Jego 31-letni syn nadal czeka na rozpoczęcie procesu. Córka od lat mieszka w Australii.

Rok w areszcie KGB

Wiktar Babaryka, który spędził ponad rok w areszcie śledczym KGB w Mińsku, został oskarżony o korupcję i pranie brudnych pieniędzy na wielką skalę. Wraz z nim oskarżono jeszcze siedmiu byłych i obecnych pracowników Biełgazprombanku - ci usłyszeli dziś wyroki od 3 do 6 lat pozbawienia wolności.

Na ostatnią rozprawę Babaryki usiłowało wejść ok. 100 osób, kolejka przed gmachem sądu ciągnęła się na kilkadziesiąt metrów. Z wyrazami poparcia dla opozycjonisty przyszli również ambasadorowie Francji, Austrii, Wielkiej Brytanii oraz przedstawiciele Unii Europejskiej.

Jednak do sali obrad tradycyjnie prawie nikogo nie wpuszczono.

Babaryka: Chcę mieszkać w kraju prawa

- Istnieje wiele obiektywnych faktów dowodzących, że mój klient nie uczynił tego, o co się go oskarża - mówił adwokat Babaryki Dmitrij Laeuski w wywiadzie dla białoruskiego niezależnego portalu Tut.by. Wielokrotnie domagał się umorzenia postępowania karnego z powodu braku dowodów winy.

Sam Babaryka również zaprzeczył zarzutom, w przeciwieństwie do reszty oskarżonych w jego w sprawie. Ci w ostatnim słowie przed sądem przyznali się do popełnienia zarzucanych im przestępstw i prosili o złagodzenie kary.

- Oczywiście byłem bardzo zaskoczony, że moi byli koledzy obciążyli siebie i próbują obciążyć mnie – powiedział Babaryka na jednej z pierwszych rozpraw. Dodał jednak, że domyśla się, dlaczego tak się stało - to z powodu presji wywieranej na nich w areszcie śledczym KGB.

- Ze mną też rozmawiano – przyznał opozycjonista. - Mówiono mi, nawet z żalem w głosie, że tortury fizyczne są zabronione. Ale prowadzenie rozmów godzinami, a czasem w nocy, to są historie nie do opisania. To również wywieranie presji na rodzinę i przyjaciół. No i jeszcze świadomość, że mój syn znajduje się w areszcie śledczym KGB...

Babaryka zaznaczył, że przez długi czas nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, czy dokonał właściwego wyboru, zgłaszając swoją kandydaturę w wyborach. Wspominając konsekwencje dla swojego biznesu, któremu poświęcił 25 lat, dla znajomych, przyjaciół i dla syna, podsumował: - Motyw był tylko jeden: chcę mieszkać w kraju, w którym panuje prawo.

W swoim ostatnim przemówieniu w poniedziałek 28 czerwca powiedział, że nie jest mu wstyd przed kolegami i osobami, które kiedyś go poparły. Stwierdził też, że jako prezes Biełgazprombanku nigdy nie podejmował działań sprzecznych z prawem.

Procesy i represje bez końca

Represjom zostało poddanych również kilku członków jego sztabu wyborczego. Latem 2020 r. zatrzymano kilku wolontariuszy i członków jego grupy inicjatywnej.

A już po sfałszowanych przez Łukaszenkę sierpniowych wyborach prezydenckich w areszcie śledczym znaleźli się jego czołowi współpracownicy - w tym członkowie opozycyjnej Rady Koordynacyjnej Maryja Kalesnikawa i Maksym Znak. Dziś władza zarzuca im naruszenie trzech paragrafów kodeksu karnego. Są oskarżeni o nawoływanie do działań godzących w bezpieczeństwo narodowe, o udział w spisku, którego celem było niekonstytucyjne przejęcie władzy, oraz o stworzenie organizacji ekstremistycznej. Grozi im do 12 lat pozbawienia wolności.

Wciąż trwa proces słynnego blogera Siarhieja Cichanouskiego, któremu - mimo wielkiego wsparcia ze strony Białorusinów - także nie udało się znaleźć na liście oficjalnych kandydatów na prezydenta. Został aresztowany podczas pikiety przedwyborczej 29 maja 2020 r. Wówczas udział w wyborach zapowiedziała jego żona Swiatłana Cichanouska, która potem została główną twarzą opozycji, a dziś przebywa na emigracji.

Proces Siarhieja Cichanouskiego odbywa się za zamkniętymi drzwiami więzienia w Homlu. Wraz z nim jest sądzonych jeszcze pięć innych osób.

Bloger jest oskarżany o organizowanie masowych zamieszek, podżeganie do nienawiści wobec przedstawicieli władz i organów ścigania, kierowanie gróźb pod adresem przewodniczącej CKW oraz "organizowanie akcji grupowych rażąco naruszających porządek publiczny i obejmujących użycie przemocy wobec funkcjonariuszy państwowych". Grozi mu do 15 lat kolonii karnej.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.