Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tylko w ciągu ostatniej doby litewska straż graniczna zatrzymała 36 osób, które mimo braku dokumentów uprawniających do przebywania na terenie UE usiłowały przekroczyć granicę białorusko-litewską. Dwa dni wcześniej, 27 czerwca, migrantów o nieuregulowanym statusie na granicy było aż 47, a 22 czerwca – 58. We wszystkich trzech grupach przeważali obywatele Iraku, Iranu i Syrii.

Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego alarmuje, że z analogicznymi sytuacjami litewska straż graniczna mierzy się teraz niemal każdego dnia. W ciągu ostatniego półrocza liczba osób o nieuregulowanym statusie usiłujących przekroczyć granicę między Białorusią a Litwą wzrosła ponad siedmiokrotnie - i pod koniec czerwca przekroczyła liczbę 600 osób. Dla porównania, w całym ubiegłym roku litewska straż graniczna zatrzymała 81 osób.

Odwet reżimu za sankcje

Samozwańczy - od czasu ostatnich sfałszowanych wyborów w sierpniu 2020 - prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka w ciągu 27 lat swoich rządów nieraz straszył już Europę osłabieniem kontroli granic. Groźbę tę powtórzył 26 maja, zabierając głos na temat ostrej reakcji Unii Europejskiej, czyli m.in. decyzji o zamknięciu białoruskiej przestrzeni powietrznej w odpowiedzi na porwanie samolotu linii lotniczych Ryanair przez białoruski reżim.

Łukaszenka powiedział wtedy: „Wiemy, kto czerpie korzyści z demonizowania Białorusi. Jesteśmy na pierwszej linii frontu nie zimnej, ale lodowatej wojny. Zatrzymywaliśmy narkotyki i migrantów, ale teraz sami będziecie je jeść, a ich – wyłapywać. Do tej pory zatrzymywaliśmy migrantów tuzinami. Teraz o naszej pomocy zapomnijcie".

Giedrius Mishutis ze Służby Ochrony Granic w MSW Litwy podkreślił na antenie radia LRT, że Mińsk nie reaguje na wezwania. „Po każdym zatrzymaniu, do którego dochodzi właściwie każdego dnia, informujemy białoruskich kolegów o incydencie i proponujemy przeprowadzenie wspólnego dochodzenia, ale reakcja jest dość lakoniczna", tłumaczył Mishutis.

Litwa: to element wojny hybrydowej

Co ciekawe, mimo że Łukaszenka przyznał, że to on odpowiada za kłopoty litewskiej straży granicznej, pozostali przedstawiciele białoruskich władz jeszcze do niedzieli szli w zaparte i zaprzeczali istnieniu problemu. Maksim Butraniec, szef służby granicznej w Smorgonie, tłumaczył 27 czerwca w programie państwowej telewizji Belarus 1, że zarzuty ze strony Litwy są nieuzasadnione. „Liczba obywateli zatrzymanych przez straż graniczną nie przewyższa liczby z ostatnich pięciu, a nawet siedmiu lat".

Tymczasem zaledwie dzień później, w poniedziałek, MSZ Białorusi poinformowało o jednostronnym wycofaniu się z umowy o readmisji z Unią Europejską. To oznacza, że Mińsk nie będzie już przyjmować i deportować z powrotem, jak to było do tej pory, cudzoziemców, którzy nielegalnie wjechali do Unii przez Białoruś.

Portal informacyjny Delfi, działający w krajach bałtyckich, informuje, że litewska ministra spraw wewnętrznych Agn? Bilotait? nazwała gwałtowny wzrost liczby osób o nieuregulowanym statusie, usiłujących przekroczyć granicę, "narzędziem wykorzystywanym przez Łukaszenkę w wojnie hybrydowej z Litwą".

Z jej słów wynika, że Wilno ma dowody świadczące o tym, że białoruskie władze są zaangażowane i pomagają osobom bez uprawnień w przekraczaniu granicy. „Mamy dowody na zaangażowanie białoruskich funkcjonariuszy straży granicznej w ten proces. Jest to zorganizowana działalność, wymagająca nakładów finansowych ze strony państwa. To dużo pieniędzy, bo transport jednej osoby kosztuje ok. 15 tysięcy dolarów", tłumaczyła Bilotait?.

Gabrielius Landsbergis, szef litewskiej dyplomacji, jest przekonany, że na terenie Białorusi przebywa obecnie ok. 1000 Irakijczyków i Syryjczyków mających nadzieję na możliwość nielegalnego przekroczenia granicy.

W wywiadzie dla "Financial Timesa" Landsbergis przekonywał, że w proces przewożenia osób bez uprawnień przez granicę białorusko-litewską zaangażowane są białoruskie biura turystyczne oraz firmy transportowe. Centrkurort, Oscartur i Joodland mają m.in. organizować „wycieczki turystyczne z Iraku na Białoruś", a następnie – przy pomocy wynajętych przewoźników – podwozić migrantów na granicę.

Sami migranci, mający nadzieję na przyznanie im przez Litwę statusu uchodźców, tłumaczyli, jak przytacza redakcja "The Telegraph", że „anonimowym pośrednikom" w swoich ojczystych krajach zapłacili od 2 do 4 tysięcy dolarów za pomoc w przedostaniu się do granicy z UE.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.