Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pod koniec maja reżim Łukaszenki wypuścił z więzienia działaczki Związku Polaków na Białorusi: Irenę Biernacką, Marię Tiszkowską i Annę Paniszewską Kobiety następnie wywieziono do Polski. Żadna z nich nie ma powrotu na Białoruś. Uwięzieni wciąż pozostają Andżelika Borys i Andrzej Poczobut. Działaczom Związku postawiono zarzuty propagowania nienawiści na tle narodowym i nazizmu.

Wiktoria Bieliaszyn: Spędziła pani w białoruskich aresztach i więzieniach dwa miesiące.

Irena Biernacka: Najpierw byłam w mińskim areszcie Okrestino, potem w areszcie śledczym Wołodarka, a na koniec – w więzieniu Żodzino. W każdym z nich miałam wrażenie, że warunki nie mogą być gorsze, ale później przewożono nas do kolejnych miejsc i rozumiałam, że to wcale nie tak. Zrozumiałam, że zawsze może być gorzej.

Co trzeba wiedzieć o białoruskiej więziennej rzeczywistości?

Że jest bardzo straszna i całkowicie niszczy człowieka. Że więzień nie ma tam żadnych praw.

W Okrestino, w którym spędziłam 72 godziny i gdzie – spośród tych trzech miejsc – było najlepiej. Miałam do dyspozycji jednoosobową, maleńką celę z żelazną pryczą bez materaca i okna, z betonową podłogą. Nie mogłam sobie wyobrazić gorszych warunków, ale w trakcie dwumiesięcznego uwięzienia przekonałam się, że ten standard wcale nie był taki zły.

W Okrestino ani razu nie dostałam jedzenia, nikt też nie chciał mi wyjaśnić, jakie zarzuty są mi stawiane i co będzie dalej.

Trzeciego dnia umieszczono mnie w celi z kobietami skazanymi za zabójstwo. Chyba po to, by mnie wystraszyć. Po kilku godzinach przewieziono mnie na Wołodarkę. Tam zobaczyłam prezeskę Związku Polaków Andżelikę Borys i Andrzeja Poczobuta.

Mieliście okazję, by porozmawiać?

Nie. Ustawiono nas na dziedzińcu w odległości kilku metrów od siebie, każdego twarzą do ściany. Najbliżej mnie stał Andrzej. Mogliśmy tylko uśmiechnąć się do siebie, wymienić spojrzenia. Później nas przeszukano, odprowadzono do pojedynczych cel, które okazały się tymczasowe. I znowu - żelazne prycze, brak toalety czy dostępu do wody. Stamtąd już poprowadzono nas do tych cel właściwych. Siedziałyśmy tam w osiem osób.

Spotkała tam pani inne więźniarki polityczne?

Prócz mnie jeszcze dwie dziewczyny z mojej celi były więzione z powodów politycznych. Ta różnorodność jednak nas ratowała. Politycznym administracja więzienna nie wydawała podstawowych rzeczy, które inni więźniowie dostawali, czyli pasty do zębów, szczoteczki, papieru toaletowego. Potrafili przetrzymywać paczki od naszych bliskich. Dzięki temu, że było nas tam kilka, jakoś sobie radziłyśmy, dzieliłyśmy rzeczami, nawet ubrania sobie oddawałyśmy. Jak dostałam od rodziny w paczce cztery pary majtek, to od razu doposażyłam koleżankę, która w więzieniu miała tylko jedną. Sama dostałam od którejś z dziewczyn dżinsy, bo brakowało mi ubrań, zwłaszcza ciepłych. W więzieniu jest bardzo zimno.

Co się je w białoruskim więzieniu?

Prawie nic, bo to, co dają więźniom, jest nie do zjedzenia. Przez to tam się nawet nie chce jeść, a jak już trzeba, to weźmie się kilka łyżek tej kaszy, kawałek słoniny. Jadłam tam rzeczy, które kiedyś wydawały mi się niejadalne. Łyżki, kubki i miski są aluminiowe, jeśli jedzenie jest gorące, trzeba owinąć je w papier, w jakąś gazetę, by się nie poparzyć.

W jaki sposób zaproponowano pani możliwość wyjazdu z kraju?

Wcześnie rano 6 maja otworzyły się drzwi celi, weszła strażniczka i powiedziała: „Biernacka, wychodź!". Poprowadziła mnie korytarzami na dziedziniec, do funkcjonariusza w cywilu. On zaprowadził mnie do busa, w którym siedziało czterech siłowików [funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa]. Bez słowa zawieźli mnie do komitetu śledczego. Wysiadając z samochodu zobaczyłam, że w tym samym czasie przywieźli pozostałych: Andrzeja, Andżelikę, Marię, Hannę. Każdy z nas był eskortowany osobno w towarzystwie kilku funkcjonariuszy. W komitecie śledczym czekał na nas polski konsul, z którym rozmawialiśmy na osobności o ewentualnym wyjeździe.

Jak wyglądało to spotkanie?

Pamiętam, że weszłam do gabinetu, zobaczyłam konsula, który z jednej strony niby się do mnie uśmiechał, ale z drugiej widziałam, że ma łzy w oczach. Zrozumiałam wtedy, że nie wyglądam pewnie dobrze. Zapytał, czy gdyby była taka możliwość, to czy zgodzę się na wyjazd z Białorusi na jakiś czas. Odpowiedziałam, że zrobię tak, jak pozostali. Jeśli oni wyjadą, to ja też. A jeśli będą siedzieć, to będę siedzieć.

Protestujący (część z nich jest etnicznymi Białorusinami) w pobliżu wsi Medininkai przy granicy litewsko-białoruskiej domagają się wolności dla więźniów politycznych na Białorusi, czerwiec 2021 r.Protestujący (część z nich jest etnicznymi Białorusinami) w pobliżu wsi Medininkai przy granicy litewsko-białoruskiej domagają się wolności dla więźniów politycznych na Białorusi, czerwiec 2021 r. Fot. Mindaugas Kulbis / AP Photo

To już był moment, kiedy była pani świadoma, że prokuratura zarzuca pani i pozostałym członkom Związku Polaków propagowanie nazizmu, za co grozi do 12 lat pozbawienia wolności.

Muszę przyznać, że te zarzuty to był dla mnie szok. Ja podejrzewałam, że prędzej czy później po mnie przyjdą, bo w czasie protestów mnie również zatrzymywano, np. kiedy modliłam się przed kościołem za aresztowanych i poszkodowanych, ale nie sądziłam, że zarzucą mi coś tak absurdalnego. Bo w tej akcji, o której była mowa, chodziło przede wszystkim o pamięć, o pielęgnowanie grobów, polskich i białoruskich.

W mediach, zarówno polskich, jak i białoruskich, mówiono, że powodem stały się obchody święta "żołnierzy wyklętych".

Nie robiliśmy nic złego, nikogo nie uraziliśmy. Chodziło nam o groby przodków. Wspólnie, Polacy i Białorusini, pracowali nad tym, by dbać o lokalne cmentarze, gdzie pochowani są także polegli w wojnie i których grobami nikt się już nie zajmuje. Chcemy przekazywać tę tradycję dzieciom.

Co pani czuła, wiedząc, że grozi pani kilkanaście lat więzienia?

Ja się od razu z tym pogodziłam. Powiedziałam sobie: trudno, widocznie Bóg tak chciał, że mnie wybrał i że tak teraz będzie wyglądać moje życie. Wymyśliłam sobie nawet, że będę się starać w więzieniu szyć sukienki, zastanawiałam się, czy jak wyjdę w wieku 65 lat, to czy będę mieć jeszcze zęby? W więzieniu spotkałam wiele osób z białoruskiej inteligencji, studentki, lekarki, nauczycielki. Wspierałyśmy się nawzajem, mówiłyśmy, że trzeba o siebie dbać tak, jak to możliwe w tych warunkach, bo jeśli zachorujemy, to nikt nam nie pomoże. Mówiłam sobie, że mam tylko te cztery ściany celi. I nic więcej.

Wspomniała pani, że w więzieniu nie otrzymuje się żadnej pomocy medycznej. Z czego powinniśmy zdawać sobie sprawę, myśląc o naszym redakcyjnym koledze, Andrzeju Poczobucie, który nie dość, że choruje na serce, to jeszcze zachorował na koronawirusa?

Że może być w bardzo ciężkim stanie. Że nie wiadomo, czym to się skończy. I że trzeba zrobić wszystko, by Andrzeja i Andżelikę wypuszczono. Wiem, że są dumni, że są patriotami, ale wierzę, że o wiele więcej można zrobić, będąc na wolności.

Andrzej nie otrzymuje na pewno żadnych leków. Przebywa w celi, w której można tylko stać lub siedzieć w ciągu dnia, w której ludzie palą non stop papierosy. Nie wyobrażam sobie nawet, jak musi być mu ciężko. Jak bardzo musi walczyć o każdy oddech.

Jak strażnicy traktują więźniów politycznych?

Oni są nami zszokowani, bo pracując w więzieniu, przywykli do innych osób. Na nas też krzyczą, wyzywają, poniżają, ale w odpowiedzi nie otrzymują tego samego. Białoruscy więźniowie polityczni ze spokojem przyjmują rzeczywistość. Nie skarżą się. Do dzisiaj śnią mi się te młode dziewczyny, studentki, takie grzeczne, próbujące być wesołe. Widziałam, jak im ciężko i że na łzy pozwalają sobie tylko w milczeniu, w samotności, leżąc cicho na pryczy.

OMON tłumi protesty po sfałszowanych wyborach prezydenckich w Białorusi, sierpień 2020 r.OMON tłumi protesty po sfałszowanych wyborach prezydenckich w Białorusi, sierpień 2020 r. Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Najgorszy moment w więzieniu?

Tam czas płynie inaczej. Żyje się z dnia na dzień. Bałam się, że będą bić. Bolało mnie upokorzenie. Dzisiaj, kiedy o tym myślę, to nie wiem sama, jak to przeżyłam. Ale przeżyłam... Pamiętam, jak przewieźli nas wszystkich do Żodzino. Szliśmy skuci kajdankami, próbując jednocześnie dźwigać swoje torby z rzeczami, rzucały się na nas psy, a strażnicy nas pospieszali, dosłownie nas pędzili. Nigdy tego nie zapomnę. Nie mogę do tej pory mówić nawet o Żodzino, więzieniu, w którym do dzisiaj przebywają Andrzej Poczobut i Andżelika Borys. To piekło na ziemi, nie do opisania...

Deportacja do Polski nastąpiła 25 maja. Przez tydzień nie zabierały panie jednak głosu w tej sprawie i z nikim się nie kontaktowały.

Ja nie byłam w stanie. Nie potrafiłam nawet zawiadomić rodziny, byłam w bardzo złym stanie psychicznym. Te pierwsze dni potrzebne mi były na uspokojenie się. Teraz jest już lepiej, ale myślę, że nigdy nie będzie tak jak przed więzieniem. Mam sny, koszmary, które nie dają mi spokoju. Choć w Polsce czuję się bezpiecznie, nie opuszcza mnie uczucie lęku...

Nie ma pani powrotu na Białoruś.

Tak, choć nie dlatego, jak pisały media, że zgodziłam się na deportację. Mnie i moje koleżanki Marię Tiszkowską i Annę Paniszewską każdą z osobna po prostu wywieziono na granicę. Kiedy tak wieźli mnie nocą, byłam przekonana, że to koniec, że jedziemy do lasu i że mnie rozstrzelają. Prosiłam ich [strażników] nawet, by mnie rozstrzelali jak najszybciej, dostałam ataku paniki. Mówili mi tylko, bym ich nie denerwowała.

Z koleżankami spotkałam się dopiero przed szlabanem. Przez granicę przeszłam bez paszportu. Na Białoruś nie mogę wrócić, bo od razu zostałabym wtrącona do więzienia.

Irena Biernacka, działaczka oddziału Związku Polaków w białoruskiej Lidzie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.