Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Podróżni, którzy na przełomie wieków zaprzeszłego i przeszłego wędrowali z Rosji do Paryża, kiedy znaleźli się w Warszawie, mieli podobno wrażenie, że już są we Francji. Natomiast ci, co jechali w odwrotnym kierunku, myśleli, że dotarli do Moskwy.

A Swiatłana Cichanouska, nasz białoruski gość, po tym, jak wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki obłożył ją ekskomuniką za to, że spotkała się nie z tymi, co należy, politykami polskimi, choć jest ze Wschodu, mogła w Warszawie mieć wrażenie, że trafiła do Moskwy.

Przecież akurat w ubiegłym tygodniu Kreml wdrażał w życie prawo „przeciw Aleksiejowi Nawalnemu" stanowiące, że każdy, kto się choć otrze lub w przeszłości otarł o organizacje czy struktury, których władza nie lubi, jest automatycznie pozbawiany części praw obywatelskich i może być ścigany.

Taką samą „sanitarną" normę stanowiącą, że kto miał kontakt z politycznie w oczach władzy trędowatymi (w tym wypadku polską opozycją), ma być odizolowany, zastosował marszałek wobec Cichanouskiej, zsyłając ją do moskiewskiego leprozorium.

Nieprzyzwoitość gruba.

Putin szuka następcy Łukaszenki

Z drugiej strony porada udzielona przywódczyni opozycji białoruskiej, by szukała wsparcia nie w Warszawie, ale na Kremlu, jest dosyć praktyczna.

W Moskwie z niecierpliwością czekają na kogoś, kto miałby jak ona rzeczywiste poparcie narodu białoruskiego i byłby gotów układać się z Rosją na jej warunkach.

Postawiliby raczej nie na samą Cichanouską, która na trwałe stała się symbolem tego, co ma dla Władimira Putina jadowity zapach kolorowej rewolucji, lecz na kogoś, kogo przy aprobacie rodaków dałoby się zainstalować na miejscu mocno już zużytego Aleksandra Łukaszenki i przy nowym rozdaniu budować nowe, oczywiście bardzo korzystne dla Rosji relacje między Moskwą a Mińskiem.

Takiego teoretycznego opozycjonistę na Kremlu triumfalnie witaliby frazą gogolewskiego Tarasa Bulby: „Co, synku, pomogły ci twoje Lachy?".

Przy tym, mówiąc „Lachy", mieliby na myśli Europejczyków z ich „zaniepokojeniem", „wezwaniami do zachowania norm demokratycznych", „potępieniem", sankcjami, które pogorszą los i tak niebogato żyjących Białorusinów, a dyktatora nie ukąszą. Przecież jego pałkarzy, jeśli w mińskiej kasie skończą się pieniądze, suto podkarmi Putin. A podkarmiać będzie do czasu, kiedy Kremlowi uda się przygotować scenariusz wymiany przestarzałego satrapy i jego reżimu na człowieka i porządek gwarantujący realizację interesów Rosji.

A już co do konkretnych Lachów, to z jaką złośliwą ironią stawiającemu się w moskiewskiej Canossie przybyszowi z Mińska przypomnieliby o Ramanie Pratasiewiczu, któremu dzisiejsza władza Polski nie dała azylu. I teraz chłopaka torturują w katowniach KGB. Jego tragedia przypomina dramatyczny proces moskiewski, na którym w 1937 r. Grigorij Zinowjew, zawodowy, zahartowany rewolucjonista, złamany torturami, wyznawał, że za swoje zbrodnie powinien być rozstrzelany dziesięć razy, i prosił o najwyższy wymiar kary.

Gazeta „Moskiewski Komsomolec" z pewną taką sadystyczną satysfakcją właśnie napisała, że w „zderzeniu" z rozlazłą Europą zwyciężył „białoruski traktor", który „zmiażdżył Pratasiewicza".

Białorusinom nie po drodze do Moskwy

Jeszcze 14 września Putin, pierwszy raz od momentu wybuchu białoruskiego buntu spotykawszy się z mińskim satrapą, ustalał z nim, że ten przeprowadzi coś, co nazwał „reformą konstytucyjną", potem referendum w sprawie przyjęcia nowej ustawy zasadniczej i wreszcie - nowe wybory prezydenckie, do których Łukaszenka już nie stanie.

Bat’ka, jak to on, kombinuje, jak się z tego wywinąć. Moskwa naciska, ale nie radykalnie, bojąc się niekontrolowanego wybuchu, który by nieuchronnie skierował „bratni" kraj w stronę Europy.

W czwartek pytałem Cichanouską, czy ona i jej ludzie w swoich rachubach biorą jakoś pod uwagę te „reformy", do jakich Putin próbuje nakłonić Łukaszenkę. Chyba w ogóle nie zrozumiała, o co mi chodzi, i tylko się żachnęła, że „Putin" i „reformy" to zjawiska wielce od siebie dalekie.

I to jest znakomita odpowiedź. Tak samo jak słowo „ukraiński", którym kategorycznie odpowiedziała niedawno na pytanie: „czyj jest Krym?".

Białorusini, szukając wsparcia tam, gdzie wysyła ich marszałek Terlecki, mogliby doraźnie zyskać sporo ważnych rzeczy. Czyjś mąż, brat, syn, czyjaś córka czy siostra mogliby pewnie odzyskać wolność, reżim w kraju by osłabł, bo w Rosji on nie jest aż tak srogi jak u Bat'ki. Przy umiejętnej grze Putina może udałoby się choć na jakiś czas uniknąć sankcji.

Wiedzą jednak, jak wysoką cenę zapłaciliby za ewentualne doraźne korzyści, że na długo zamknęliby swojemu krajowi drogę do Europy, do której chcą, na którą zasłużyli.

Do Moskwy temu narodowi nie po drodze i jakkolwiek by psy brzydko szczekały, białoruska karawana będzie iść ku Zachodowi i jeśli już ktoś nie potrafi czy nie chce jej w tym pomóc, to niech chociaż nie przeszkadza szyderstwem jakby spisanym ze stron „Moskiewskiego Komsomolca".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.