Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wacław Radziwinowicz: Ma pani za sobą trudny rok. Czy widzi pani jakiś znak w tym, że została pani Człowiekiem Roku akurat tutaj, w tym miejscu, w naszej gazecie z całą jej historią?

Swiatłana Cichanouska: Polacy wiedzą, czym jest walka o demokrację. „Gazetę Wyborczą" stworzyli ludzie, którzy wcześniej działali w podziemiu, i uczynili ją najważniejszą w Polsce. My idziemy teraz podobną drogą. U nas, na Białorusi, też funkcjonuje teraz samizdat; gazety są rozpowszechniane w fabrykach, na wsiach, gdzie nie ma internetu. Być może one też zajmą kiedyś w kraju centralną pozycję.

Bartosz T. Wieliński: Patrząc na polską analogię, trzeba przyjąć, że przed Białorusinami daleka droga. W Polsce przemiany zaczęły się w latach 80., a system upadł dziesięć lat później. Czy jesteście gotowi, że to będzie pot, krew i łzy?

– My nie weszliśmy na tę drogę w zeszłym roku. Białorusini walczą z dyktaturą już ponad 20 lat, a w ubiegłym roku staliśmy się większością. Ludzie zrozumieli, że tak dłużej nie można żyć. Myślę, że jesteśmy na ostatniej prostej.

Wiktoria Bieliaszyn: Jak zmieniło się życie Białorusinów? Wczoraj rozmawiałam z Pawłem Łatuszką, byłym ministrem kultury, a dzisiaj szefem opozycyjnego Narodowego Sztabu Antykryzysowego. Martwił się, że Białoruś, odkąd nie trwają w niej protesty gromadzące setki tysięcy osób, zeszła już z czołówek, ludzie za granicą już nie poświęcają jej uwagi. Co się teraz dzieje w kraju?

– Białorusini się nie zmęczyli. Nie uznali: starczy, trudno, wracamy do poprzedniego życia. Przeciwnie. Ludzie szukają nowych sposobów walki: w podziemiu, otwarcie, w internecie. Nie poddają się, bo Łukaszenka przekroczył granicę, zza której nie da się wrócić. Poczuli gniew, a ten przeistoczył się z kolei w energię, siłę do działania.

O słabnące zainteresowanie Białorusią pytałabym raczej polityków z innych państw. Zawsze podczas spotkań proszę, by nie prowadzili polityki z myślą o aktualnym obrazku, tylko o wartościach. Ludzie cierpią w więzieniach, siłowicy ich torturują. Z myślą o tym, a nie o pięknych demonstracjach, powinniśmy działać.

W.R.: Pani mąż jest zakładnikiem. Siedzi w surowym więzieniu Żodino. Jakie tam są warunki? Pytam także z myślą o innych więźniach, choćby o Andrzeju Poczobucie, naszym redakcyjnym koledze.

– Najczęściej w celi przebywa ok. dziesięciu osób. Prycze są cztery. Razem z więźniami politycznymi sadza się więźniów z poważnymi zaburzeniami psychicznymi albo ludzi, którzy celowo zaczepiają, poniżają, biją politycznych.

Przez całą dobę pali się mocne światło. Nie ma materacy, poduszek, koców, więźniowie leżą na gołych deskach, metalu albo betonie. Kilka razy w nocy wchodzi strażnik, każe wstać, przedstawić się, wyjaśnić, za co się siedzi. Do więźniów klawisze zwracają się głównie przekleństwami. Codziennie kilka razy ludzie muszą się rozebrać do przeszukania.

Polityczni trafiają do karceru, w którym nie ma nawet pryczy i trzeba stać długie tygodnie, choć zgodnie z przepisami maksymalny czas pobytu w karcerze to tydzień. I tak mija w więzieniu dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem.

Mąż od ośmiu miesięcy siedzi w pojedynczej celi. Na początku siedział w karcerze.

B.T.W.: Mnie najbardziej przeraża własna bezsilność oraz bezsilność społeczeństwa i świata. Jak pani sobie radzi z tym uczuciem?

– Obcokrajowcom pomaga to, że nie mogą w pełni odczuć koszmaru sytuacji. Ja każdego dnia boję się o więźniów politycznych. Bo nigdy nie wiem, czy nie przeczytam jutro o zabójstwie, o samobójstwie albo o samookaleczeniach, bo ktoś nie zniósł tortur. Dlatego na każdym spotkaniu staram się jak najbarwniej opisać to, co się dzieje w więzieniach.

Ale równie ważne jest to, w jakim stanie są ludzie na wolności. Białorusini wychodzą do pracy i biorą ze sobą bieliznę, szczoteczkę do zębów, skarpetki, na wypadek, gdyby zostali zatrzymani. Żyją w ogromnym stresie, cały czas muszą myśleć, co się stanie z dziećmi, co zrobić w takiej sytuacji z komórką? Zniszczyć, wyrzucić? Czy władze skonfiskują samochód? A mimo to ludzie nie rezygnują.

W.B.: A jak pani radzi sobie z własnym strachem? O siebie, dzieci, współpracowników? Żyjecie w ciągłym zagrożeniu. Przecież latała pani tą samą trasą co porwany przez Łukaszenkę Roman Protasiewicz.

– Nie spodziewaliśmy się, że nienawiść do jednego, konkretnego człowieka popchnie Łukaszenkę do wywołania międzynarodowego skandalu i narażenia życia obywateli innych państw. To dowód, na co gotowy jest reżim. Teraz chodzi im nie o terror na samej Białorusi, ale o zastraszenie ludzi działających poza krajem. Członkowie mojego zespołu i inni aktywiści otrzymują regularnie groźby, wiadomości: „Wiemy, gdzie mieszkasz", „Zabijemy cię". Bardzo trudno pracować w takiej sytuacji, ale nikogo to nie zniechęciło. Wiemy wszyscy, że za nami stoją tysiące więźniów i osób represjonowanych.

W.R.: Porwanie samolotu, a później człowieka wydały się państwu zbyt zuchwałe. A może minął czas dyktatorów, którzy na aksamitne rewolucje odpowiadali aksamitnie?

– Być może. Ale my powinniśmy pozostawać ludźmi, nie zniżać się do poziomu dyktatorów, ich metod.

W.R.: Niektórzy komentatorzy mówią, że reżimowi udało się przytłumić, zepchnąć do podziemia zeszłoroczny ogromny bunt Białorusinów, bo byli bezzębni. Działali pokojowo. Kijowski Majdan początkowo też był bezzębny, ale gdy pokazał zęby, to zamknęło sprawę Janukowycza. Czy nie przyszedł czas na ostrzejsze formy protestu?

– Nie wolno porównywać sytuacji Białorusi z sytuacją na Ukrainie, gdzie jednak przed Majdanem była rotacja władzy. Jakakolwiek by ta władza była, nikt nie utrzymał się przy niej 27 lat. Nie wiadomo, ile osób Łukaszenka by rozstrzelał, ile byłoby ofiar, gdyby Białorusini protestowali w taki sposób jak Ukraińcy.

Teraz możemy mówić, że trzeba było zrobić tak albo inaczej, ale mamy, co mamy. Jeśli ktoś uważa, że inne, ostrzejsze metody pomogą doprowadzić do nowych wyborów, to ma prawo je stosować. Wierzę w pokojowy sposób rozwiązania problemu, ale nikogo nie zamierzam zatrzymywać. Nie mam prawa.

B.T.W.: Jak pani ocenia reakcję Zachodu? Czy sankcje nałożone na Białoruś, zamknięcie białoruskiego nieba wystarczą? Dyktator się przejmie czy trzeba działać ostrzej?

– Cały czas wracamy do sierpnia i września ubiegłego roku. Może gdyby Zachód zareagował wtedy bardziej zdecydowanie, to dziś bylibyśmy w innym miejscu. Dla Białorusinów obecny poziom sankcji jest zadziwiający. Wszyscy porównujemy je do tych z 2011 r. Wtedy na Białorusi było 60 więźniów politycznych i około 200 osób objętych sankcjami. Teraz ponad 35 tys. Białorusinów zostało zatrzymanych, a na liście sankcji jest zaledwie 88 osób.

Nie wiem nawet, co powiedzieć i jak, żeby nikogo nie obrazić. Wtedy, latem i jesienią, byłam wdzięczna, myśleliśmy wszyscy, że będą kolejne pakiety i jakoś dociśniemy dyktatora. Tymczasem od grudnia nie było żadnych nowych sankcji. Od sześciu miesięcy nie było ani jednego okrągłego stołu na temat Białorusi, żadnych poważnych dyskusji. Chwytliwy obrazek zniknął i wszyscy zapomnieli. I Łukaszenka poczuł się bezkarny.

A przecież sankcje nie służą temu, by ukarać Łukaszenkę i jego ludzi, ale by powstrzymać kolejną falę przemocy, uwolnić więźniów. Wystarczy, że dyktator uwolni więźniów politycznych, odpowie na nasze apele w sprawie negocjacji - i już. Nie cierpiałaby gospodarka ani społeczeństwo. Ale on nie o nich myśli.

W.B.: Ale to nie jest tajemnica, dlaczego Unia Europejska tak ostrożnie wprowadza sankcje przeciwko Łukaszence i kogo tak naprawdę się obawia. Czy dacie radę pójść dalej drogą wolności bez wsparcia Kremla?

– Nie powinniśmy myśleć o Białorusi zawsze w pakiecie z Rosją. To Łukaszenka zorganizował naszą politykę zagraniczną tak, byśmy nierozerwalnie kojarzyli się z Rosją. Jesteśmy niezależnym państwem. Musimy rozwiązać nasze wewnętrzne problemy. Zresztą Rosjanie nas popierają. Po tylu latach u władzy Łukaszenka ma w Rosji tylko jednego sojusznika. Mówmy o dziesiątkach milionów ludzi, nie o relacji dwóch osób.

W.R.: Putin uratował Łukaszenkę, obiecując mu rezerwę swojej Rosgwardii do bicia ludzi, a później pożyczając kolejno 1,5 mld i 1 mld dolarów. Ale jednocześnie Putin naciska Łukaszenkę, by wprowadził jakieś reformy, zorganizował wybory. Rozmawiacie z Rosjanami w tej sprawie?

– Rozmawiać trzeba ze wszystkimi państwami, zwłaszcza sąsiednimi, ale niestety, nie mamy żadnych oficjalnych kontaktów z Rosją. Nie mogę też pojąć, co Putin ma do reform na Białorusi. Ważniejszy jest głos Białorusinów.

B.T.W.: Widzimy, jak wydarzenia na Białorusi mobilizują Rosjan, którzy wzięli udział w wielkich protestach w obronie Aleksieja Nawalnego. Czy obudzona obywatelska Białoruś może dodać sił demokratycznej Rosji?

– Nasze protesty łączy to, że ludzie w obu krajach chcieli zabrać głos i zostali przemocą zdławieni. Ale kontekst tych działań tu i tam jest inny.

W.B.: Mnie wielu znajomych Rosjan mówiło, że są zafascynowani działaniami Białorusinów i że chcieliby kiedyś zdobyć się na taki krok. A jak dziś tłumaczyć sceptykom, w tym poważnym analitykom, że chociaż protest przygasł, nie należy przekreślać tak łatwo starań białoruskiego społeczeństwa, przeciwnie - że ono potrzebuje więcej wsparcia?

– Analitycy, by sporządzać analizy, powinni rozmawiać z ludźmi. Nie tylko patrzeć na obrazki, słuchać oświadczeń propagandystów. Gdyby otwarcie porozmawiali z Białorusinami – w takich warunkach, w których ci czuliby się bezpiecznie, bo teraz wszędzie pełno jest ludzi reżimu – dowiedzieliby się, że ludzie pragną zmian i walczą, jak tylko mogą.

Zmiany przyjdą, wcześniej czy później, ludzie będą walczyć ze wsparciem demokratycznych państw lub bez. Pytanie, ile ofiar trzeba będzie ponieść, jeśli tego wsparcia nie otrzymamy. Jeśli świat nie będzie wywierał presji na reżim.

W.R.: W Polsce w latach 80. bunt też był zdławiony, ale szybko się odrodził. I udało się.

– I nam się uda, bo kiedy dyktator traci wizerunek silnego lidera, kiedy staje się przestępcą w oczach ludzi, już nie jest w stanie nimi kierować. Wydaje mu się, że ma nad nimi kontrolę, bo ma broń, ale w ich oczach jest nikim.

Białorusini nawet w takich warunkach, krok po kroku, zmierzają ku wolności. Europa, Ameryka, świat są w stanie pomóc Białorusinom i uniknąć ofiar. Dyktator nie jest wieczny. Łukaszence nie udało się zakończyć godnie kariery, a mógł przecież pozostać w pamięci pierwszym prezydentem Białorusi. Już na zawsze będzie prezydentem, który stał się przestępcą.

B.T.W.: Pani jest nie tylko politykiem, przywódczynią, ale też matką. Jak pani łączy te dwa zawody?

– Mam ciągłe poczucie winy, że poświęcam mało czasu dzieciom. Ale wierzę, że kiedyś mi wybaczą ze względu na rolę, jaką przyszło mi teraz odegrać. Staram się spędzać z nimi jak najwięcej czasu, staram się, żeby miały dzieciństwo, żeby nie były obciążane troskami i problemami. Daję sobie radę ze wszystkim, jestem przecież kobietą.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.