Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z Pawłem Łatuszką rozmawiam w środę w jego warszawskim biurze Narodowego Sztabu Antykryzysowego.

***

We wtorek złożył pan w warszawskiej prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Aleksandra Łukaszenkę. Wcześniej Białorusini żyjący w Niemczech pozwali tam dyktatora za zbrodnie przeciwko obywatelom...

Paweł Łatuszka: Regularnie otrzymuję groźby od przedstawicieli białoruskiego reżimu. Mam także podstawy, by obawiać się, że ze względu na moją opozycyjną działalność będą w stanie je spełnić i że rzeczywiście przygotowują się do popełnienia przestępstwa przeciwko przebywającym na terenie Unii Europejskiej opozycjonistom, przede wszystkim w Polsce i na Litwie.

Jakie to groźby?

– Grożą mi, że zostanę przez nich porwany, wpakowany do bagażnika i siłą przewieziony na Białoruś. Tam miałby się odbyć pokazowy proces przeciwko mnie. Zgodnie z białoruskim prawem grozi mi kara śmierci przez rozstrzelanie.

Sam Łukaszenka powiedział mi, że „udusi mnie własnymi rękami", jeśli go zdradzę. Te słowa padły, kiedy jeszcze pełniłem służbę państwową. Łukaszenka przekazał mi, że od swoich informatorów z KGB wie, że popieram działania opozycji, że opowiadam się za propagowaniem języka białoruskiego w kraju. Już to było jego zdaniem powodem do ukarania mnie i – jak podkreślał – „zniszczenia".

I te groźby nie ustały?

– Wszyscy mogliśmy usłyszeć słowa szefa KGB Iwana Tertela, który na Ogólnobiałoruskim Zgromadzeniu Ludowym powiedział, że „wszyscy zdrajcy, którzy ukrywają się za granicą", zostaną znalezieni i ukarani.

KGB wpisało mnie na listę osób podejrzewanych o działalność terrorystyczną. KGB i Prokuratura Generalna wszczęły przeciwko mnie na razie cztery sprawy karne.

Wiceminister spraw wewnętrznych zapowiedział niedawno w wywiadzie dla państwowej telewizji, że władze są gotowe do działań wykraczających poza obowiązujące prawo i przepisy, byleby mnie dosięgnąć i zlikwidować, nawet jeśli miałoby to się wiązać z operacją poza terenem Białorusi.

Z kolei 23 maja, czyli w dniu, kiedy białoruskie władze siłą sprowadziły samolot Ryanair na lotnisko w Mińsku, władze zapowiedziały, że „Pawła Łatuszkę należy przywieźć na Białoruś i rozprawić się z nim". To akurat słowa szefa milicji, które również padły publicznie.

Wszystkie groźby mają taki oficjalny charakter?

– Gróźb nieoficjalnych, które otrzymuję, jest znacznie więcej. Dowiaduję się od nich różnymi kanałami, m.in. od osób, które wciąż są w tamtym systemie. Mam świadomość, że muszę mieć oczy dookoła głowy.

To zawiadomienie złożył pan więc w obawie o swoje bezpieczeństwo?

– Nie tylko. Zależy mi, by zwrócić uwagę polskich władz, społeczeństwa i Unii Europejskiej na to, że białoruski reżim jest reżimem terrorystycznym. Jest on gotów, by zabijać, likwidować niewygodnych dla siebie ludzi, byleby tylko utrzymać się przy władzy.

Chcę także zasygnalizować osobom, które ten reżim tworzą, że one nie są bezkarne, mimo że na Białorusi Łukaszenki za swoje przestępstwa nie tylko nie zostaną pociągnięte do odpowiedzialności, ale wręcz mogą liczyć na nagrodę. W państwach prawa ich czyny są jednak niedopuszczalne i posłużą za powód do ścigania.

Dlaczego akurat teraz?

– Żeby wykorzystać moment uwagi.

Boli mnie, że o Białorusinach pamięta się tylko w momentach, kiedy wydarzy się coś tak skandalicznego jak porwanie samolotu w celu aresztowania opozycjonisty.

Bo tak naprawdę terror trwa u nas cały czas, w ciągu tylko jednego tygodnia sędziowie skazują w sfabrykowanych procesach karnych dziesiątki, jeśli nie setki osób, w białoruskich więzieniach tak naprawdę mamy już ok. tysiąca więźniów politycznych, a nie, jak podaje „Wiasna", ok. 400.

Proces przyznawania statusu jest skomplikowany, nie uwzględnia wszystkich. Na Białorusi w ciągu zaledwie kilku dni kolejno: samobójstwo popełnił 17-letni chłopak oskarżany o udział w masowych zamieszkach, na sali sądowej próbował zabić się więzień, który nie może znieść już tortur w więzieniu i boi się o swoich bliskich, oraz odbył się pogrzeb niewygodnego dla władz więźnia politycznego, który zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

To jest nasza rzeczywistość, ale o niej mówi się znacznie mniej niż o zeszłorocznych protestach, marszach z biało-czerwono-białymi flagami i wiecach. Mam wrażenie, że o osadzanych w więzieniach czy zabijanych niewinnych Białorusinach świat słucha niechętnie. To bolesne dla nas wszystkich.

Co powinien zrobić szeroko rozumiany świat, by coś się zmieniło?

– Nie będę ukrywał, nie jesteśmy usatysfakcjonowani dotychczasowymi działaniami Unii Europejskiej.

Od początku apelowaliśmy bowiem nie tylko o solidarność, ale o realne czyny, radykalne kroki. Tuż po wyborach prosiliśmy o utworzenie wysokiej grupy politycznej do rozpoczęcia rozmów, negocjacji, później o wprowadzenie prawdziwych, efektywnych sankcji.

Bo dzisiaj o sankcjach wobec reżimu nie ma właściwie mowy. Te, które zostały wprowadzone, nie licząc ostatniej decyzji o zamknięciu przestrzeni powietrznej, są symboliczne. Sankcje nałożone na 88 osób i siedem podmiotów gospodarczych nic nie znaczą, nic nie zmieniają.

Teraz, by ustały represje, uwolnić więźniów politycznych, odsunąć Łukaszenkę od władzy i przeprowadzić wolne wybory, konieczne są radykalne sankcje, szerokie działania.

Przedstawiciele Unii często jednak podkreślają, że właściwie, co można było zrobić, zrobili.

– Ja często słyszę w Paryżu czy Berlinie, że UE nie chce wprowadzać radykalnych sankcji, bo uderzą one w ludzi, w zwykłych Białorusinów. Proszę zrozumieć jedną rzecz: Białorusini są gotowi żyć w kraju objętym sankcjami przez kilka miesięcy, ale nie są w stanie żyć z Łukaszenką przez kolejne lata. Tylko dotkliwe sankcje mogą zmienić naszą sytuację.

Nazwijmy te sankcje.

– Sektoralne. Takie, jakie wprowadzili Amerykanie, nakładając je np. na cały przemysł nafto-chemiczny, na Biełaruśkalij, największe przedsiębiorstwo nawozów potasowych, na system dostawy energii elektrycznej i sprzedaży do UE czy na Ukrainę, ale też na struktury siłowe, takie jak np. KGB.

Niezależne sondaże pokazują, że większość Białorusinów popiera odłączenie Białorusi od systemu SWIFT, byleby tylko odsunąć dyktatora od władzy.

Pana zdaniem da się odsunąć Łukaszenkę od władzy bez zgody Władimira Putina?

– Zacznę od tego, że moim zdaniem Kreml popełnia olbrzymi błąd, pomagając Łukaszence.

Nie będę też ukrywał, że jesteśmy tym zaskoczeni, oczekiwaliśmy, że Putin poprze naród białoruski, a nie białoruskiego dyktatora. Zaufanie Białorusinów do Rosji z tego powodu drastycznie spadło.

To, co robi teraz Łukaszenka podczas spotkań z prezydentem Rosji, to handel. Bo wglądu w uzgadniane karty drogowe nie miał nikt prócz władzy.

Jestem przekonany, że w celu utrzymania się na stanowisku Łukaszenka jest gotów oddać naszą suwerenność. A Białorusini coraz mniej chcą ścisłych relacji z Rosją, także ze względu na zachowanie Kremla. Białorusini są suwerennym, odrębnym narodem ze swoją kulturą, historią i potrzebą niezależności.

Jestem pewien, że Kreml nie poprze jakiejkolwiek ulicznej rewolucji, bo to sprzeczne z propagowaną przez niego narracją. Jednocześnie jednak uważam, że w obecnej sytuacji politycznej i społecznej, także rosyjskiej, niemożliwe jest, by na Białoruś wkroczyły rosyjskie wojska i siłą zduszały protest.

Kreml może poprzeć reformę konstytucyjną, którą zaproponował Putin Łukaszence i której Łukaszenka w gruncie rzeczy wcale nie chce przeprowadzać.

Jak to możliwe, że reżim Łukaszenki wciąż się trzyma, skoro nawet Kreml, jak może się wydawać, popiera go coraz mniej chętnie?

– Strach. Wiem, że nawet urzędnicy z administracji prezydenta mają dość Łukaszenki. Nie występują jednak przeciwko niemu, bo nie wiedzą, co będzie później. Sprzeciwiając się, ryzykują życie swoje, swoich rodzin, ryzykują zdrowie, wolność, bezpieczeństwo, dobytek.

Kryzys polityczny sprawił zresztą, że władze traktują teraz pracowników systemu dobrze, nie ma zwolnień, nie ma większych wymagań, cały czas są pieniądze. I to powyżej średniej, bo Łukaszenka dobrze wie, co może się wydarzyć, jeśli ci ludzie się przeciwko niemu obrócą.

Co, jeśli UE nie zareaguje tak, jak powinna?

– Dzisiaj egzamin na rozumienie wolności i chęć wolności zdają nie tylko Białorusini, ale także Europejczycy. Test na gotowość walki o prawa człowieka zdaje teraz Unia Europejska.

Jeśli UE nie jest w stanie przeciwdziałać najsilniejszym od 40 lat represjom, które odbywają się w Europie, to można tylko się zastanowić nad efektywnością tej instytucji.
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.