Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Politycy witali się w Soczi w rezydencji prezydenta Rosji niczym dwaj letnicy. Gospodarz chwalił pogodę i zapewniał, że woda jest „coraz cieplejsza". Gość dziękował za zaproszenie i cieszył się na wspólną kąpiel w morzu. W sobotę rzeczywiście Putin i Łukaszenka odbyli wspólną morską wycieczkę i zjedli obiad na jachcie gospodarza, na który zaproszono też syna Bat’ki, 17-letniego Kolę.

Podczas części spotkania dla mediów była też rytualna radość z „rosnących" obrotów towarowych między Białorusią a Rosją, które w ubiegłym roku zdaniem Łukaszenki doszły do poziomu 29 mld dolarów (Putin poprawił, że do 30 mld), choć przed pandemią wynosiły 35 mld.

Nie można było oczywiście przemilczeć głośnej w świecie i brzemiennej w skutki historii z niedzielnym porwaniem lecącego z Aten do Wilna samolotu linii Ryanair i uprowadzeniem z jego pokładu opozycjonisty Romana Protasiewicza i jego towarzyszki Sofii Sapiegi. Białorusin nazwał ten incydent „nowym wybuchem emocji", ale oczywiście Zachodu, a gospodarzowi, choć porwana przez jego gościa Sapiega jest Rosjanką, to określenie przypadło do gustu.

Putin powtórzył jeszcze to, co od tygodnia na temat pirackiego wyskoku Łukaszenki mają do powiedzenia oficjalne media moskiewskie, raz za razem przypominające, że „Zachód nie lepszy".

- Samolot prezydenta Boliwii zmusili do lądowania, prezydenta wyprowadzili z samolotu. I nic, cisza" - ironicznie roześmiał się Putin, nawiązując do incydentu z lipca 2013 r., kiedy maszyna wracającego z Moskwy Evo Moralesa musiała wylądować w Wiedniu, gdzie pogranicznicy szukali na jej pokładzie ściganego przez Amerykanów Edwarda Snowdena.

Czarna teczka z dowodami terroru Protasiewicza

Natomiast z „prawdą" o porwaniu samolotu Łukaszenka obiecał zapoznać Putina już za zamkniętymi drzwiami. Przywiózł mu czarną dyplomatkę wypełnioną dokumentami o przebiegu incydentu, „terrorystycznej działalności" porwanych i uwięzionych w Mińsku  Protasiewicza i Sapiegi.

Według niego na Zachodzie rozdmuchują skandal wokół "nieistotnego wydarzenia", bo „chcą nam podrzucić problemów". Przy tym okazują Białorusinom „czarną niewdzięczność". Samoloty z Europy omijają Białoruś. Linie Belavia nie mogą latać do Europy, przyjdzie więc zwolnić dużą część personelu firmy, która w czasie pandemii „uratowała" tysiące Europejczyków, sprowadzając ich do domów z miejsc, do których inni przewoźnicy przestali latać.

- Jasne jest, czego chcą od nas ci „przyjaciele" nasi zachodni. O czym tu mówić. Ale nie ma takich wzgórz, których nie wzięliby bolszewicy – pocieszył się Łukaszenka. – Dobrze - zgodził się Putin z cytującym Stalina gościem.

Mówić jednak jest o czym, bo rozmowy polityków już za zamkniętymi drzwiami trwały ponad pięć godzin, po których nie opublikowano żadnego komunikatu czy oświadczenia. Nie było też konferencji prasowej.

Już po zakończeniu wizyty trochę o tematach na niej poruszonych opowiedział Dmitrij Pieskow, rzecznik Putina. Zapewnił, że tym razem Białorusin nie prosił o wsparcie finansowe, a przywódca rosyjski zapowiedział, że Moskwa będzie się interesować przebiegiem sprawy Sofii Sapiegi, zaś samoloty Belawii będą latać do miast rosyjskich. To jednak za mało, jak na pięciogodzinne rozmowy za zamkniętym drzwiami. 

Putin ma z czego rozliczyć Łukaszenkę

Od czasu sierpniowych potężnych protestów Białorusinów spotykał się z mińskim dyktatorem już cztery razy. Jeszcze we wrześniu umówili się, że Baćka zacznie dążyć do przeprowadzenia „ewolucyjnych" zmian w swoim kraju – uchwalenia i przyjęcia w referendum  nowej konstytucji, potem przeprowadzi wybory prezydenckie. Tymczasem Łukaszenka wyraźnie gra na zwłokę i żegnać się z władzą, póki żyje, nie zamierza.

Po najnowszym wyczynie mińskiego satrapy coraz bardziej realne staje się nałożenie miażdżących i tak wątłą gospodarkę Białorusi sankcji europejskich i amerykańskich.

Przez bojkot białoruskiej przestrzeni powietrznej i Belavii kraj już traci sporą część wpływów walutowych. Zanosi się jednak na ciosy znacznie mocniejsze – zakaz sprowadzania soli potasowych z kombinatu Biełoruskalij, paliw z petrochemii w Mozyrzu i Nowopołocku, ograniczenie tranzytu naziemnego przez terytorium kraju. To wszystko może oznaczać wielomiliardowe straty.

A dziury w budżecie bankrutującego sojusznika będzie musiała łatać Rosja, której również się dziś nie przelewa.

Przy tym Łukaszenka nie kwapi się zapłacić Putinowi za wsparcie tym, czego on się od lat domaga, czyli „integracją", a więc zgodą na wchłonięcie Białorusi przez Rosję.

Istotnym tematem rozmów w czarnomorskim kurorcie było i to, czemu białoruski dyktator poszedł na awanturę z samolotem akurat teraz, tuż przed amerykańsko-rosyjskim szczytem, na którego  korzystnym przebiegu Kremlowi bardzo zależy. A Joe Biden zapowiedział już, że zamierza pytać Putina o wyczyny jego białoruskiego podopiecznego.

Już po spotkaniu w Soczi z ważną deklaracją wystąpił szef Belawii Igor Czarginiec. Zapowiedział, że jego maszyny nie będą latać na Krym, dopóki nie dojdzie do „politycznego uznania półwyspu jako części Rosji". Łukaszenka mimo nacisków ze strony Moskwy wciąż nie chce się na to zdecydować.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.