Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruskie siły bezpieczeństwa wielokrotnie wymuszały na opozycjonistach przyznanie się do winy przed kamerami. "Bohaterami" takich nagrań byli nie tylko zwykli demonstranci, ale także znani politycy i aktywiści.

Zatrzymani przyznawali się przed kamerami m.in. do przygotowywania aktów terrorystycznych, zamiaru przejęcia władzy, prowadzenia kanałów sieci społecznościowej Telegram uznanych na Białorusi za ekstremistyczne czy organizowania i sponsorowania masowych zamieszek. Wiele z tych osób przy składaniu zeznań w sądzie i w wywiadach medialnych wyjaśniało potem, że przemocą zmuszano ich do tego typu oświadczeń.

Pałką po plecach

19-letni student Artsiom Bojarski stał się jednym z setek bohaterów filmików, które zostały opublikowane przez ministerstwo spraw wewnętrznych Białorusi.

Pod koniec marca Artsioma oskarżono o wywieszenie biało-czerwono-białej flagi w oknie akademika, po czym umieszczono go w areszcie tymczasowym. Wszczęto też przeciwko niemu sprawę karną.

Wkrótce na prorządowym medium "Azarenok STV" pojawił się filmik, w którym Bojarski mówi, że jest administratorem ekstremistycznego kanału Mój kraj Białoruś na Telegramie. Jednak na samym kanale została natychmiast opublikowana wiadomość zaprzeczająca temu doniesieniu.

Według krewnych i adwokata, aby zmusić Artsioma do złożenia zeznań, bito go po plecach i pośladkach (poszkodowany ma chore serce). Rodzice studenta oświadczyli również, że w trakcie śledztwa ich syn więcej nie przyznawał się do winy. Niemniej jednak 26 kwietnia Bojarski został oskarżony. Grozi mu do siedmiu lat więzienia.

Pryskanie gazem, duszenie poduszką

Innym głośnym przykładem jest nagranie z anarchistą Mikałajem Dziadokiem, którego oskarża się o administrowanie kanałem Mój kraj Białoruś i wzywanie do działań uderzających w porządek publiczny. Na filmie Dziadok przekonuje, że „celem jego działalności było obalenie państwa". Odpowiadając na pytania funkcjonariusza organów ścigania, anarchista ma na wpół zamknięte oczy, a na jego twarzy widoczne są obrażenia.

MSW przed publikacją filmiku zamieściło komunikat, w którym podkreślono, że „oskarżony aktywnie współpracuje z organami śledczymi i składa zeznania".

 

Adwokatka Dziadoka, odnosząc się do opowieści Mikałaja, powiedziała, że siedmiu funkcjonariuszy organów ścigania w nocy włamało się do jego mieszkania. Wybili okno i używali przemocy fizycznej, dopóki nie wymusili na nim zeznań przed kamerą. Później współwięzień Dziadoka w wywiadzie dla portalu Mediazona opowiedział o kolejnych szczegółach tamtego dnia:

- Zaczęli go bić i żądać, aby podał hasła dostępowe do sieci społecznościowych. Dusili go też poduszką, - powiedział mężczyzna.

Dodał, że aby nagrać wideo, Mikałaj został wepchnięty do spiżarki, do której chwilę później wpuszczono gaz łzawiący.

- Potem wyprowadzili go na ulicę i pryskali mu gazem pieprzowym prosto w oczy. Powiedzieli, że jeśli nie "przyzna się" przed kamerą, nie pozwolą mu się umyć "- dodał współwięzień Mikałaja.

W aresztach biją też kobiety

Podczas przesłuchania pobito także matkę pięciorga dzieci Wolhę Załatar. Kobietę zatrzymano 18 marca, gdy wiozła córkę do szkoły muzycznej. Milicja poinformowała, że powodem była jej "aktywna działalność protestacyjna" oraz "administrowanie lokalnym czatem na Telegramie".

W rozmowie z "Deutsche Welle" prawnik Wolhi Załatar powiedział, że jego klientka była torturowana w budynku Głównego Zarządu ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji MSW.

- Bili ją w szyję, głowę, zaczęli dusić, a potem położyli ją na podłodze i bili pałkami - opowiadał.

Dodał, że po pobiciu Wolha Załatar miała siniaki i wylewy podskórne.

Tortury na Białorusi to nic nowego

Niektórzy więźniowie opowiedzieli o metodach stosowanych przez białoruskie służby bezpieczeństwa dopiero wiele lat po swoim uwolnieniu.

Były kandydat na prezydenta Aleś Michalewicz (zatrzymany podczas protestów po wyborach prezydenckich w 2010 roku) w niedawnym wywiadzie dla Radia Svoboda powiedział, że w pierwszych tygodniach pobytu w areszcie śledczym KGB był wciąż naciskany. Wielokrotnie w ciągu dnia poddawano go procedurze przeszukania, podczas której kazano mu się rozbierać. Nieraz spędzał godziny, stojąc nagi w rozkroku. 

- Skończyło się na tym, że wyciągnęli mnie z celi, wykrzywił ręce i krzyknęli: "Będziesz współpracować czy nie?". Zdecydowana większość ludzi nie jest w stanie zaakceptować bezpodstawnego bicia i nie może go znosić bez końca. Oczywiście zacząłem krzyczeć, że tak, będę - powiedział Michalewicz.

Mimo to polityka brutalnie pobito. Potem zaczął już zeznawać zgodnie z oczekiwaniami śledczych.

- To, co jest tam [w protokole] powiedziane, trzeba podzielić przez dziesięć czy dwadzieścia. Wszystkie zeznania mogą być czystym kłamstwem i można je zdobyć specjalnymi metodami - dodał Michalewicz.

Dziwne krople

O swoim niedawnym przesłuchaniu w areszcie KGB opowiedziała w wywiadzie dla niezależnych mediów matka czworga dzieci Natalia Liubieckaja. Oskarżono ją o przekazanie fałszywych "tajnych dokumentów" byłemu funkcjonariuszowi białoruskich sił specjalnych Igorowi Makarowi. Według Natalii na prośbę o zapewnienie jej prawnika siłowicy zareagowali jak na żart, po czym zapytali ją, „czy rozumie, gdzie się znajduje".

Natalię zatrzymano późnym wieczorem 31 marca. Przesłuchiwano ją od 23 do 6 rano. W trakcie zaproponowano jej kawę oraz krople na serce, które miały sprawić, że nie poczuje się źle podczas przesłuchania. Według kobiety w kawie podano jej jakiś środek, bo nawet 10 dni po rozmowie ze śledczymi czuła się dziwnie: ciągle zasypiała, szumiało jej w uszach, prawie nic nie słyszała. Dzień po wyjściu na wolność miała dwie stłuczki samochodowe.

Białoruskie służby grożą rodzinom

Według byłych więźniów politycznych jedną z ulubionych form nacisku służb specjalnych na zatrzymanych jest wzmianka o "możliwym" zagrożeniu dla zdrowia i życia ich bliskich.

Organy ścigania zatrzymują również krewnych osób, które opuściły kraj z powodu prześladowań politycznych. Grożą, że nie wypuszczą „zakładników", dopóki poszukiwani przez funkcjonariuszy białoruskich organów ścigania nie wrócą do kraju.

Tak było w przypadku dziennikarki Biełsatu Ariny Malinowskiej, która w maju musiała uciec z Białorusi. Oficerowie śledczy znaleźli niedawno męża jej siostry i zagrozili jego aresztem, o ile Malinowska nie stawi się na milicyjnym komisariacie.

W czwartek wieczorem pod przedstawicielstwem Komisji Europejskiej w Polsce odbędzie się demonstracja solidarnościowa. W piątek pod ambasadą Białorusi zbiorą się dziennikarze.

Dziennikarska manifestacja zaplanowana jest na piątek na godz. 14. Adres ambasady Białorusi w Warszawie - ul. Wiertnicza 58.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.