Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W środę w Brzozówce na Białorusi rodzina i przyjaciele pochowali Witolda Aszurka, 50-letniego opozycjonistę. W ubiegłym tygodniu zmarł nagle w karcerze w kolonii karnej w Szkłowie na wschodzie kraju, gdzie odsiadywał pięcioletni wyrok za działalność opozycyjną. Administracja więzienia utrzymywała, że powodem była niewydolność serca. Ale jego rodzina zdziwiła się, bo Aszurak nigdy na serce się nie uskarżał.

Kilka godzin przed pogrzebem do sieci trafiło nagranie z kamer w kolonii karnej, gdzie przebywał opozycjonista. Na filmie ma zabandażowaną głowę i opatruje go umundurowany funkcjonariusz. Chwilę później widać, jak pozostawiony w pokoju sam, ma problem z utrzymaniem równowagi, upada twarzą na podłogę i już się nie podnosi.

W formularzu zgonu, jaki otrzymała rodzina w miejscu dotyczącym przyczyny śmierci, widnieje adnotacja „w trakcie wyjaśniania". Rodzina nie chciała nawet przeprowadzać sekcji zwłok. Według Biełsatu obawiała się, że w takich okolicznościach i tak nie może liczyć na obiektywne dojście tego, co mogło się wydarzyć. W dniu pogrzebu milicja wezwała na przesłuchanie brata Aszurka oraz jego przyjaciela, którzy mają mieć wytoczone sprawy o chuligaństwo.

Łukaszenka: Koniec z protestami

Swiatłana Cichanouska zapowiedziała w środę, że opozycja szykuje się na nowy etap antyrządowych demonstracji. Łukaszenka tego samego dnia ogłosił w parlamencie, że nie powtórzą się już demonstracje uliczne, jakie miały miejsce ubiegłego lata po sfałszowanych przez władze wyborach.

W poniedziałek dyktator podpisał nowe prawa o zgromadzeniach publicznych i o mediach. Odtąd dziennikarze nie będą mieli prawa relacjonować „nielegalnych" demonstracji (czyli takich, na których organizację władze nie dały zgody). Nie będą mogli również publikować sondaży o nastrojach społeczno-politycznych, których nie autoryzował reżim. Niezastosowanie się do tych przepisów będzie skutkowało ostrzeżeniem ze strony ministerstwa informacji. Po dwóch takich ostrzeżeniach władze będą mogły, bez nakazu sądu, zamknąć redakcję.

Represje wobec dziennikarzy

Łukaszence bardzo zależy, by zamknąć usta niezależnym mediom ze względu na rolę, jaką odegrały podczas zeszłorocznych protestów. Kary dwuletniego więzienia odsiadują dwie dziennikarki Biełsatu – Kaciaryna Andriejewa oraz Dara Czulcowa – które zostały niedawno przeniesione do kolonii karnej. Niewyjaśniony jest wciąż los trójki białoruskich dziennikarzy portalu Tut.by, z którymi we wtorek urwał się kontakt. Świadkowie mówią, że dwoje z nich wywleczono przed południem z mieszkania, wrzucono do busa i wywieziono w nieznanym kierunku. Trzeci nie wrócił zaś do domu z porannego joggingu.

Tych, których nie mogą złapać, służby próbują zmusić do oddania się w ich ręce, represjonując rodziny. Tak było w przypadku dziennikarki Biełsatu Ariny Malinowskiej, która kilka dni temu musiała uciec z Białorusi. Oficerowie śledczy znaleźli niedawno męża jej siostry i zagrozili jego aresztem, jeśli Malinowska nie stawi się na milicyjnym komisariacie.

Białoruś porywa samolot

Na dwa miesiące do aresztu trafiła we wtorek Sofia Sapiega, partnerka Romana Protasiewicza, który wraz z nią został porwany w niedzielę z samolotu lecącego z Aten do Wilna. Sapiegę oskarżono o „popełnienie szeregu przestępstw pomiędzy sierpniem i wrześniem" 2020 r., jak poinformowały białoruskie władze.

We wtorek w prorządowym portalu „Żołtyje sliwy" pojawiło się nagranie, na którym Sapiega przyznaje się do tego, że współtworzyła kanał „Czarna księga Białorusi", na której zostały m.in. opublikowane dane osobowe oficerów służb specjalnych. Jej znajomi uważają te zarzuty za absurdalne i sądzą, że służby wymusiły na niej przyznanie się do nich.

Nagranie to przypominało film, jaki dzień wcześniej służby wypuściły z udziałem Romana Protasiewicza. Założyciel bloga Nexta przyznaje się w nim do tego, że był jednym z organizatorów antyrządowych protestów w ubiegłym roku. Jego rodzina uważa, że został zmuszony do przyznania się biciem. Analiza filmu wskazuje, że był duszony, bity, a przed nagraniem w pośpiechu na jego twarz został nałożony puder, by zamaskować ślady tortur.

W to, że Protasiewicz został zmuszony do przyznania się do winy, wierzy też Zachód. Niemiecki rząd potępił w środę Łukaszenkę i „sfingowane" nagranie białoruskich władz z udziałem opozycjonisty. Dzień wcześniej Unia Europejska wydała kolejne sankcje wobec reżimu Łukaszenki. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen powiedziała, że porwanie Romana Protasiewicza zmierzającego z Grecji na Litwę to „zamach na demokrację, zamach na wolność słowa i zamach wobec europejskiej suwerenności".

Unia Europejska zdecydowała też o zakazie lotów nad Białorusią i niewpuszczaniu samolotów z tego kraju. Jednak decyzję tę krytykują Reporterzy Bez Granic. Organizacja uważa, że teraz trudniej będzie z kraju uciec prześladowanym dziennikarzom oraz opozycjonistom.

Łukaszenka udaje Greka

Łukaszenka, występując w środę przed parlamentarzystami, bronił się przed zarzutami terroryzmu i atakował Zachód. Starał się bronić tezy o tym, że samolot został przekierowany do Mińska ze względu na realne zagrożenie terrorystyczne. O bombie na pokładzie Białorusinów poinformowała Szwajcaria (Szwajcarzy temu natychmiast zaprzeczyli), a odmowę lądowania samolotu wydała Polska i Litwa.

Jednak w opublikowanym wcześniej przez białoruskie władze zapisie rozmów pomiędzy wieżą kontroli lotów w Mińsku a pilotami samolotu, w którym leciał Protasiewicz, nie ma takiej informacji. Kontroler wprost nakazał lądowanie w Mińsku, a gdy pilot samolotu (eskortowanego już przez wojskowy myśliwiec) dopytywał, czyje to zalecenie, ten odpowiadał „nasze".

Łukaszenka twierdzi też, że wysłanie myśliwca było konieczne, bo samolot zbliżał się do elektrowni atomowej w białoruskim Ostrowcu, która ma własną obronę przeciwlotniczą. - Jej systemy bezpieczeństwa mogłyby przejść w stan pełnej gotowości bojowej - powiedział. A w konsekwencji zestrzelić samolot mający rzekomo na pokładzie bombę.

Białoruski dyktator stwierdził również, że Roman Protasiewicz był poszukiwany międzynarodowym listem gończym i brał udział w wojnie w Donbasie. - Zadajmy tym jego licznym obrońcom teraz pytanie: dla kogo wykonywał zadania? [...] Tutaj na Białorusi też chciał ze wspólnikami urządzić masakrę i krwawą rewolucję - mówił.

W wersję przedstawioną przez Łukaszenkę zdaje się wierzyć (przynajmniej oficjalnie) jedynie Rosja.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.