Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W niedzielę dyktator chciał przekroczyć Rubikon, rzucając - jak pewnie uważa - zuchwałe wyzwanie Zachodowi. Raczej jednak pomyliły mu się rzeki i przeprawił się przez Styks. W każdym razie wbił gwóźdź do trumny swojej skutecznie przez ponad ćwierć wieku uprawianej polityce „wielowektorowości". Dzięki niej mógł raz wywoływać awantury z Rosją, posuwając się do stwierdzeń, że Moskwa szykuje Białorusi los gorszy od tego, co gotował Hitler, i straszyć, że sprzymierzy się z Zachodem, który zaliczkowo pod te obietnice wybaczał mu grzechy i oliwił kredytami jego skrzypiącą gospodarkę. A innym razem udawał, że pali mosty przez Bug i chronił się pod skrzydłami wschodniej sąsiadki. Wyciągając, co się dało, z jej kasy.

Skąd Kreml weźmie 5 mld dol.?

Teraz zachodnie skrzydło, służące temu politycznemu szybowaniu, odpadło. Łukaszenka po swoim pirackim wyskoku stanął przed światem w roli państwowego terrorysty. Udało mu się pobić swoisty rekord. Bo nawet HAMAS, organizacja uznana na świecie za terrorystyczną, potępiła go za terroryzm. Miński dyktator oskarżył bojowników o to, że to oni grozili zamachem bombowym na samolot lecący z Aten do Wilna i dlatego maszynę trzeba było posadzić w Mińsku. Jeden z przywódców Hamasu Musa Abu Marzuk, dementując to kłamstwo, potępił Łukaszenkę za uciekanie się do „metod, które dziś są nie do przyjęcia".

Obrotowy do tej pory dyktator staje się jednowektorowy. Drogę otwartą ma tylko na Wschód. W piątek w Soczi staje do raportu przed Putinem z uciążliwym bagażem.

Eksperci moskiewskiej „Niezawisimej Gazety" policzyli, że amerykańskie i europejskie sankcje mogą pozbawić Białoruś wartych 5 mld dol. eksportowych wpływów rocznie (czwarta część eksportu kraju). Tę dziurę budżetową będzie musiała załatać Rosja, chcąc utrzymać skazanego tylko na nią sojusznika na powierzchni. A to dla jej pogrążonej w marazmie gospodarki spore obciążenie.

Cichanouska znika ze strony MSW Rosji

Do tego Łukaszenka na swój korsarski wyskok wybrał bardzo kiepski w oczach Putina moment. Kreml stawał na uszach, by doprowadzić do spotkania prezydentów Rosji i USA (wreszcie oficjalnie je zapowiedziano na 16 czerwca w Genewie) i by przebiegło ono w możliwie korzystnej dla Rosji atmosferze. A tu sojusznik z Mińska stawia na stole obrad nowy paskudny pasztet. Joe Biden zapowiedział, że chce porozmawiać z Putinem o tym, co wyrabia jego podopieczny siedzący na moskiewskich bagnetach i utrzymujący się przy władzy jedynie dzięki rosyjskiemu finansowemu i politycznemu wsparciu.

Kreml jest zaambarasowany tym, co się stało z samolotem i Protasiewiczem. Jednoznacznie wesprzeć swego protegowanego i ogłosić, że postąpił jak zuch, nie może - szczególnie przed 16 czerwca. Jednoznacznie potępić podopiecznego też Putinowi nie wolno. Bo taki gest Moskwy byłby przyjęty przez opozycję białoruską jako sygnał do buntu, a przez świtę dyktatora - jako znak, ze Moskwa wybija mu taboret spod stóp, trzeba więc wiać z tonącego okrętu.

Chociaż drobny sygnał Moskwa już dała. Z oficjalnej strony MSW Rosji raptem zniknął komunikat o ściganiu listem gończym Swiatłany Cichanouskiej umieszczony tam na żądanie Mińska. I to chyba nie przypadek.

Kreml nie kwapi się z jednoznaczną oceną tego, co wydarzyło się w niedzielę. Najwyraźniej czeka na to, co przyniesie mu piątkowe spotkanie Putina z nowym, bo ostatecznie już jednowektorowym Łukaszenką.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.