Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Roman Protasiewicz, jeden z założycieli opozycyjnego kanału informacyjnego Nexta, został zatrzymany w niedzielę na Białorusi w sposób bezprecedensowy. Białoruskie służby specjalne przeprowadziły operację i podstępem sprowadziły na ziemię samolot linii lotniczych Ryanair, lecący z Aten do Wilna, wiedząc, że na jego pokładzie znajduje się 26-letni dziennikarz. 

Po dobie od zatrzymania w internecie zaczęły pojawiać się niepotwierdzone informacje, z których wynikało, że chłopak przebywa w szpitalu. I że jest w stanie krytycznym. Białoruskie służby postanowiły je zdementować, publikując na prorządowym kanale w komunikatorze Telegram 30-sekundowy film. Pobity Roman Protasiewicz oświadcza na nim: „Nazywam się Roman Protasiewicz. Przebywam w areszcie Wołodarka i współpracuję ze śledztwem".

Wiktoria Bieliaszyn: W poniedziałek wieczorem do sieci trafiło nagranie z udziałem pańskiego syna. Roman oświadcza w nim, że przebywa w areszcie, że – wbrew wcześniejszym informacjom – czuje się dobrze i że jest dobrze traktowany. A także - że współpracuje ze śledczymi.

Dmitrij Protasiewicz, były wojskowy, ojciec Romana Protasiewicza: Obejrzeliśmy ten materiał z żoną wiele razy. Widzimy, że Roman jest bardzo zestresowany. Jesteśmy przekonani, że był torturowany nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Naszym zdaniem - na tyle, na ile możemy ocenić na podstawie nagrania - nasz syn ma złamany nos i ślady pobicia na twarzy, zamaskowane makijażem. Wydaje nam się, że brakuje mu też kilku zębów na dole.

Oczywiste jest, że Roman wygłosił tekst, którego wcześniej nauczył się na pamięć. To nie były jego własne słowa. Roman nigdy nie mógłby powiedzieć, że „przyznaje się do organizacji masowych zamieszek", bo sam nigdy nie brał udziału w jakichkolwiek zamieszkach ani ich nie organizował. Roman jest uczciwym człowiekiem, ceniącym prawdę i szczerość, nie mógłby więc tego powiedzieć. Moim zdaniem Roman został zmuszony torturami.

Wcześniej dotarła do państwa niepotwierdzona informacja, że Roman został przewieziony do jednego z mińskich szpitali. I że jest w stanie krytycznym, zagrażającym życiu. Czy to nagranie przyniosło choć minimalną ulgę?

Nie. Bo tak naprawdę nadal nic nie wiemy, do wszystkich informacji podchodzimy bardzo ostrożnie, niczego nie jesteśmy pewni.

Pan, jako były wojskowy, białoruski system zna od środka. Czy pana zdaniem możemy wierzyć temu nagraniu i twierdzić, że Roman rzeczywiście przebywa w areszcie?

Niczemu nie możemy wierzyć. Nawet teraz nie wiemy tak naprawdę, gdzie i w jakim stanie znajduje się nasz syn. Możliwe jednak, że informacje o jego hospitalizacji były nieprawdziwe. Od początku brałem pod uwagę, że ktoś mógł wymyślić taką wersję specjalnie, by przysporzyć nam jeszcze większego bólu, by nas zdenerwować, przerazić i zmartwić. To mogła być prowokacja służb.

Rozumiem, że do Romana nie dopuszczono jeszcze adwokata?

Zgadza się, adwokat nie został wpuszczony, chociaż w poniedziałek ok. godz. 15 czasu białoruskiego, kontaktował się ze mną adwokat Romy z informacją, że rzekomo nie ma go wśród więźniów Wołodarki, czyli aresztu nr 1 w Mińsku. Nie wiemy więc, gdzie był wtedy, gdzie jest teraz... Teraz staramy się zrobić wszystko, co możliwe, by dowiedzieć się, gdzie jest i co się z nim dzieje.

Państwo wiedzieli od samego początku, że Roman jest na pokładzie samolotu Ryanaira, który lądował w niedzielę awaryjnie w Mińsku?

Nie mieliśmy pojęcia. Nie przypuszczaliśmy w ogóle, że taka operacja ze strony białoruskich służb jest możliwa. Kiedy dowiedzieliśmy się o awaryjnym lądowaniu samolotu, który leciał z Aten do Wilna, do głowy nam nie przyszło, że to może być związane z naszym synem. Faktem jest jednak, że Roman nie mówił nam, kiedy dokładnie wraca na Litwę z urlopu. Teraz jednak, kiedy o tym myślę, mam wrażenie, że miałem jakieś złe przeczucia, że czułem, iż coś jest nie tak.

Jak państwo się dowiedzieli o zatrzymaniu Romana?

Dowiedzieliśmy się o tym z kanałów w komunikatorze Telegram. I przeżyliśmy ciężki szok. Bo to nie tak, że syn z nami nie rozmawiał. Rozmawialiśmy z nim każdego dnia, raz dziennie. Po prostu nie mówił nam o wszystkim, np. kiedy dokładnie wraca ani którym lotem. W ten sposób dbał o bezpieczeństwo; nie chciał, żeby zbyt wiele osób miało takie informacje.

Pan jest byłym wojskowym. Jednym z tych, których 6 maja Łukaszenka pozbawił tytułu ze względu na „nielojalność wobec reżimu". Czy mógł pan sobie kiedykolwiek wyobrazić, że Łukaszenka przeprowadzi taką operację specjalną, by zatrzymać blogera?

To, czego jesteśmy świadkami, wydaje się absurdalne. To wszystko dzieje się w XXI wieku, w sercu Europy... Ale jako były żołnierz powiem, że ta operacja była dobrze przemyślana, wyraźnie przygotowana nie dzień przed jej wykonaniem, ale z dużym wyprzedzeniem. Łukaszenka udowodnił, że nie zważa na zdanie świata i jest gotów naruszyć wszystkie zasady współpracy międzynarodowej.

Wiele mediów nazywa tę operację aktem terrorystycznym. Całkowicie się z tym zgadzam. Atak jest straszny nie dlatego, że do niego doszło, ale ze względu na jego konsekwencje. Jesteśmy bardzo zaniepokojeni tym, co dzieje się z naszym synem. Bardzo się o niego boimy.

Ostatnia rozmowa z Romanem? Czy wspominał, że jest śledzony?

Rozmawialiśmy w sobotę, dzień przed jego zatrzymaniem. Mówił o tym, jak wypoczął i że się opalił w Grecji. Nic niepokojącego. W niedzielę próbowaliśmy się z nim skontaktować. Bezskutecznie.

Do września Roman pracował w opozycyjnej białoruskiej redakcji Nexta. Był redaktorem naczelnym. Jak pan to oceniał?

Moim zdaniem Roman zrobił bardzo wiele dla tego projektu. I dla Białorusinów. M.in. dzięki niemu w momencie, kiedy reżim dokonał zamachu na wolność słowa w kraju, na internet, Białorusini mieli dostęp do niezależnych informacji. Ludzie zaufali Nexcie. Roman bardzo się przyczynił do rozwoju kanału. Kiedy zaczynał pracę, Nextę śledziło mniej niż 100 tys. osób, a kiedy odchodził – ponad 2 mln. To ogromny sukces. Jestem z niego dumny.

W pewnym momencie władze również zwróciły uwagę na kanał, uznały go za ekstremistyczny.

My wiedzieliśmy zawsze, że nasz syn robi dobrą rzecz. Wiedzieliśmy, po co zajmuje się tym, czym się zajmuje. I w pełni go popieraliśmy. Wspieraliśmy go, jak mogliśmy.

Oczywiście baliśmy się o niego. Zastanawialiśmy się - nie kryję, że ze strachem - co może przyjść reżimowi do głowy i do czego się posunie, by się zemścić. Wiedzieliśmy też, że pracownicy kanału otrzymują groźby. Że chłopaki otrzymują groźby: „Rozstrzelamy was na ulicy".

Państwo również są teraz w niebezpieczeństwie.

Nie. Ja już się niczego nie boję. Są rzeczy o wiele ważniejsze. Zależy mi tylko na tym, by świat nie zapomniał o tym, co dzieje się na Białorusi. By zobaczyć syna – całego i zdrowego. By ludzie na Białorusi byli wolni.

Państwo nie mieszkają teraz na Białorusi.

Nie, mieszkamy w Polsce. I jesteśmy Polsce wdzięczni za tę możliwość, za wizy humanitarne. Na Białorusi nikt nie może czuć się dzisiaj bezpiecznie. My znaleźliśmy się pod obserwacją władz, śledzono nas, podsłuchiwano nasze rozmowy. Zdecydowaliśmy się wtedy wyjechać. Ludzi wyłapują na ulicach białoruskich miast, wsadzają do więzienia za nic. Jest wiele przykładów, wiele takich historii, kiedy kogoś aresztowano, choć szedł na randkę z dziewczyną albo do pracy. Przeciwko niewinnym ludziom wszczyna się postępowania karne, wsadza do więzień, karze ogromnymi karami.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.