Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Operacja służb białoruskich - zmuszenie samolotu Ryanaira do lądowania w Mińsku i porwanie lecącego nim Romana Protasiewicza i jego partnerki Sofii Sapiegi, obywatelki Rosji - postawiła Moskwę w trudnym położeniu. Nic dziwnego, że Rosjanie nie kwapili się do komentowania incydentu.

Pierwszy głos zabrał tym razem Konstantin Zatulin, wiceprzewodniczący komisji parlamentarnej do spraw WNP, deputowany do Dumy, gdzie - co rzadkie - demonstruje charakter i własne zdanie. Postępek białoruskiego dyktatora nazwał „paskudnym" i ostrzegł, że jego konsekwencją będą „komplikacje" na arenie międzynarodowej, co zaszkodzi także Rosji.

Fatalny timing Łukaszenki

Z punktu widzenia Kremla Łukaszenka dla swojej akcji wybrał moment rzeczywiście fatalny. Władimir Putin i jego podwładni usiłują jak najszybciej doprowadzić do rosyjsko-amerykańskiego szczytu. Joe Biden też dąży do spotkania już w czerwcu i w takiej atmosferze, w jakiej mogłoby zaowocować konkretnymi porozumieniami, a nie skończyć się awanturą.

A piracki wyczyn Bat’ki z porwaniem Protasiewicza, jego politycznego przeciwnika, przypomina światowej opinii publicznej oraz niewątpliwie Białemu Domowi zarówno tragedię lotu MH17, jak i próbę otrucia, a potem posłanie do więzienia na podstawie fałszywego oskarżenia Aleksieja Nawalnego – politycznego przeciwnika Putina.

Putin postawiony w niezręcznej sytuacji

Łukaszenka postawił Kreml - swego politycznego, militarnego, ekonomicznego sponsora - w bardzo niezręcznej sytuacji.

Jasne jest, że tylko Putin, a nie choćby najgłośniej protestująca UE czy Waszyngton, mógłby dziś skłonić białoruskiego tyrana do naprawienia błędu i uwolnienia schwytanego bandyckim sposobem Romana Protasiewicza. Jeśli tego nie zrobi, będzie uważany za sponsora terroryzmu międzynarodowego. Ale przecież zrobić tego nie może, bo według linii Kremla białoruski dziennikarz jest tym samym co Nawalny – nie wyrazicielem opinii dużej części narodu, lecz agentem obcych sił, mącicielem.

A do tego propagandyści Putina tylko czekają na sygnał z Kremla, by sobie ulżyć i wykrzyczeć, że „Łuka zuch!", że dobrze zrobił, pokazując Zachodowi, gdzie jest miejsce jego "agentów". W poniedziałek po południu niektórzy już nawet bez zezwolenia ośmielili się tak zrobić. Na przykład deputowany do Dumy Wiaczesław Łysakow nazwał porwanie Protrasiewicza „błyskotliwą operacją".

Ławrow: „Nie zostawimy sojusznika w biedzie"

Tak więc miński pirat zrobił swoje nie w porę. I nic dziwnego, że Kreml przez prawie dobę od porwania samolotu z Protasiewiczem milczał, a w końcu Dmitrij Pieskow, rzecznik prezydenta, oświadczył, że nie ma komentarza na ten temat, a ocenić ten incydent powinny międzynarodowe władze lotnicze.

Łukaszenkę - choć nie wprost jego najnowszy wyczyn - wsparł natomiast Siergiej Ławrow, szef dyplomacji Rosji, obiecując, że Rosja „nie zostawi w biedzie swego sojusznika".

Rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa wyznała zaraz potem, że jest „zszokowana tym, że Zachód jest zszokowany" incydentem z samolotem Rynaira. I wypomniała, że wcale tak emocjonalnie na Zachodzie nie reagowano, kiedy w lipcu 2013 r. w Austrii zatrzymano samolot wracającego z Moskwy prezydenta Boliwii Evo Moralesa, bo na jego pokładzie miał się znajdować ścigany przez Amerykanów Edward Snowden.

Powściągliwość  Rosji wskazuje na to, że Moskwa tym razem woli poczekać na to, jak zdecydowanie i ostro Zachód zareaguje na piracki eksces mińskiego sojusznika Putina.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.