Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prawie rok temu pisałem, że Aleksander Łukaszenka nie jest w stanie wygrać wyborów prezydenckich, które sam wyznaczył na 9 sierpnia. Trwające ćwierć wieku rządy, stagnacja ekonomiczna, lekceważenie problemów ludności i cios ze strony pandemii, którą usiłował ignorować – to wszystko sprzyjało wzrostowi niezadowolenia społecznego, zniżając poziom poparcia dlań do mniej niż 20 proc.

I rzeczywiście. Nawet zostawiwszy na kartach do głosowania jedynie najmniej „wybieralną” kandydatkę, Swiatłanę Cichanouską, której męża władze trzymają w więzieniu jako zakładnika, prezydent nie był w stanie zapewnić sobie głosów wyborców. Poczuwszy, że traci władzę, ogłosił fantastyczne wyniki głosowania wielce dalekie od tych, które wykazały dane z kilku komisji, a które przesączyły się jakoś do sieci społecznościowych.

Ogłosił się zwycięzcą i odpowiedział represjami na manifestacje, które rozpoczęły się już wieczorem w dniu wyborów, w Mińsku i innych miastach.

Skala gniewu narodu była tak wielka, że eksperci niemal jednym głosem przepowiadali Europie Wschodniej kolejną „kolorową rewolucję”. Jednak strukturom siłowym udało się zdławić protest – zatrzymano ponad 30 tys. ludzi, przeciw uczestnikom manifestacji wszczęto ok. 2,5 tys. postępowań karnych, co najmniej osiem osób zginęło w starciach z siłowikami lub umarło za kratami, tysiące, w tym i poparta przez wyborców kandydatka, zmuszone były emigrować.

Dziewięć miesięcy po tych dramatycznych wydarzeniach Mińsk żyje spokojnym życiem, rząd udaje, że przygotowuje się do debaty o nowelizacji konstytucji, w Moskwie przyjmują „prawomocnego prezydenta”, a kraje zachodnie tylko rutynowo potępiają antydemokratyczne posunięcia władz.

13.08.2020 Mińsk, Białoruś, Prospekt Gazety Prawda. Piąty dzień protestów po sfałszowanych wyborach prezydenckich na Białorusi 13.08.2020 Mińsk, Białoruś, Prospekt Gazety Prawda. Piąty dzień protestów po sfałszowanych wyborach prezydenckich na Białorusi  Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

"Kolorowe rewolucje" zmobilizowały siły autorytarne do umocnienia się

Co się stało i jakie wnioski należy wyciągnąć z tego niezwykłego dramatu?

Uważam, że wydarzenia na Białorusi 2020 r. mają ogromne znaczenie, jako że potwierdzają przełamanie tendencji, która wydawała się w latach 2003-14 trwałą. W tym okresie ruchy narodowe, często zaczynające się jako reakcja na „ukradzione” wybory, oznaczały koniec rządów dyktatorów w różnych punktach planety – od Gruzji do Tunisu, od Ukrainy po Egipt.

„Kolorowe rewolucje” przeraziły przywódców autorytarnych na całym świecie i zmusiły ich do umacniania swojej władzy. W 2012 r. Władimir Putin wrócił na Kreml, Recep Tayyip Erdogan zmienił Turcję w republikę prezydencką, a nieco później Xi Jinping unieważnił ograniczenia czasu swego sprawowania władzy w Chinach.

Front dyktatorów okrzepł, ich nacisk na własne społeczeństwa stał się znacznie mocniejszy.

Miało to swoje konsekwencje.

W minionej dekadzie równowaga sił rzeczywiście zaczęła się zmieniać. W 2016 r. tureccy wojskowi zdławili bunt i przypuścili zdecydowany atak na siły demokratyczne. W 2019 prezydent Nicolas Maduro stworzył w Wenezueli równoległy parlament, pod osłoną którego nadal sprawował władzę. W 2020 r. doszło do wydarzeń na Białorusi, a w początkach bieżącego roku Putin z powodzeniem zdławił protesty w Rosji, ogłosił swoich otwartych oponentów ekstremistami i praktycznie zlikwidował wszelkie możliwości pokojowych wystąpień przeciw władzy.

Masy ludowe już nie wypierają dyktatorów

Dlaczego czas zwycięskich rewolucji zmienił się w okres porażek ruchu demokratycznego i jaka może być prognoza rozwoju sytuacji w nowym dziesięcioleciu?

Trzeba tu wziąć pod uwagę kilka okoliczności.

Po pierwsze, we wszystkich krajach, o których mowa, siły demokratyczne próbowały skruszyć reżimy rządzące tam, gdzie gospodarka jest poddana ścisłej kontroli państwa.

Od Wenezueli po Białoruś i Rosję władze podporządkowały sobie kanały przepływu pieniędzy, wielka część ludności zależała od finansowego wsparcia ze strony państwa albo pracowała na państwowym czy w państwowych korporacjach; biznesy prywatne całkowicie zależały od państwa, zaś dochody z wydobycia i zbytu surowców były najważniejszym źródłem wpływów budżetowych. To sprawiło, że znaczna część społeczeństwa pozostała stosunkowo obojętna na postulaty protestujących, dając władzom nadzieję na to, że uda im się znów zapanować nad sytuacją.

Po drugie, protesty były w zasadzie pokojowe (w przypadku Białorusi – groteskowo bezzębne), więc władzom dość łatwo udało się przekonać siłowików, że można i należy je zdławić. Poważny opór stawiony siłom porządkowym mógłby zaowocować niepewnością i upadkiem morale w ich szeregach.

Jednak żadnego oporu nie było, więc policjanci i wojskowi się nie zawahali. Kiedy stało się jasne, że siłowicy służą nie prawu i nie narodowi, lecz wyłącznie tym, którzy ich najęli, nie można było mieć wątpliwości co do tego, jaki okaże się wynik konfrontacji – uzbrojeni ludzie gotowi zabijać byli znacznie silniejsi od bezbronnych i szanujących prawa, życie i godność bliźniego.

Po trzecie, wszystkie kraje, w których w ostatnich latach autorytarne reżimy przetrwały i nawet w wyniku konfrontacji się umocniły, wyróżniają się sporym procentem młodych osób typu self-made-man, którzy mieszkają za granicą. Ekstremalnym przykładem jest tu Wenezuela, ale i na Białorusi, i w Rosji skala emigracji najbardziej dynamicznych obywateli jest ogromna. Setki tysięcy Białorusinów pracują i mieszkają w Europie, ok. 2 mln Rosjan porzuciło ojczyznę za rządów Putina.

A to bardzo osłabia potencjał protestu społecznego i jednocześnie wskazuje na możliwości „indywidualnego rozwiązania systemowych sprzeczności”, o których -  jako o charakterystycznej właściwości współczesnego społeczeństwa globalnego - pisał wielki polsko-brytyjski filozof Zygmunt Bauman.

Tam, gdzie da się wyżyć, polegając wyłącznie na sobie, wspólnoty się nie formują – uprzedzałem o tym dziesięć lat temu.

Po czwarte, nie można nie zauważyć, że zachodnie demokracje ograniczyły się do minimalnych (z możliwych) form poparcia ruchu narodowego.

Jeżeli w 2019 r. 57 państw uznało Juana Guaidó za nowego prezydenta Wenezueli (stosunki z Nicolasem Maduro zerwało 11 z nich), to w 2020 r. żadne państwo formalnie nie uznało Cichanouskiej za przywódczynię Białorusi na uchodźstwie.

Światowa reakcja na wydarzenia w Mińsku i w Moskwie była wielce powściągliwa – rozwinięte państwa wybrały sobie w istocie rzeczy rolę obserwatorów, a autokraci zrozumieli to znakomicie (konsekwencją był inspirowany przez Chiny, a pochwalany przez Kreml przewrót wojskowy w Mjanmie, który wywołał jedynie „głębokie zaniepokojenie” USA i Europy, choć junta zabiła setki protestujących).

I tak, jeśli w początkach wieku masy ludowe wypierały dyktatorów, dziś wektor zmienił się na przeciwny.

09.08.2020  Stare Miasto, Mińsk, Białoruś. Pierwszy dzień protestów po wyborach prezydenckich na Białorusi09.08.2020 Stare Miasto, Mińsk, Białoruś. Pierwszy dzień protestów po wyborach prezydenckich na Białorusi Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Pogrzebane nadzieje na demokrację

Czy można mieć nadzieję, że ruchy prodemokratyczne stosunkowo szybko się odrodzą, a reżimy autokratyczne znów poczują się zagrożone?

Myślę, że nie.

Naród Białorusi potrzebował długich lat, by stanąć do walki, a ubiegłoroczna klęska unicestwiła część nadziei. W Rosji najbardziej energiczny przywódca protestu [Aleksiej Nawalny] znalazł się w więzieniu, a jego liczni towarzysze - tak jak i w przypadku białoruskim – za granicą. Władze wszczęły setki dochodzeń kryminalnych i zmieniły prawo tak, by przestępcą mógł się okazać praktycznie każdy obywatel.

Białoruskie społeczeństwo zyskało nadzieję, ale teraz jest złamane. To samo dotyczy i rosyjskiej opozycji demokratycznej.

Liczni przywódcy protestu i ideolodzy ruchu demokratycznego od lat przebywają za granicą, nieuchronnie tracąc umiejętność adekwatnego rozumienia tego, co dzieje się w ich krajach. I bardzo często uznają to, czego by sobie życzyli, za rzeczywistość, a czasem nie pojmują, z jak wielkim ryzykiem wiąże się dziś protest, do którego wzywają.

Białoruskie społeczeństwo w ubiegłym roku znalazło w sobie ogromną siłę do protestu, w Rosji okazał się on znacznie słabszy. Jednak i w jednym, i w drugim kraju można stwierdzić to samo: ludzie są zajęci przede wszystkim swoimi sprawami, nie wierzą, że można pokonać dyktatorów. Nie chcą więc trwonić swych sił na walkę, której pewnie nigdy nie zwieńczy sukces.

Wydaje mi się, że niedawne wydarzenia w przestrzeni postradzieckiej nie były kolejnym epizodem w historii protestów, a przełęczą, po przejściu której dyktatury mogą potęgować naciski na poddanych, nie obawiając się nowej fali oburzenia.

Postradzieccy dyktatorzy zrzucili maski

Liczne trudności, z jakimi borykały się postradzieckie reżimy niedemokratyczne, wynikały z tego, że zbyt długo usiłowały wyglądać „przyzwoicie”. A dziś to już nie wydaje się im potrzebne. Teraz dyktatorzy zrzucili maski, otwarcie postępują jak dyktatorzy – a właśnie na to wolni, cywilizowani ludzie przywiązani do zasad unikania przemocy nie znajdują i nie mogą znaleźć odpowiedzi.

W konsekwencji rozpoczynające się dziesięciolecie stawia świat zachodni w obliczu wyzwania, zmuszając do radzenia sobie z autokratami nowego typu. I to bez nadziei, że okres tego uciążliwego współżycia okaże się niedługim.

Tłum. Wacław Radziwinowicz

* Władisław Inoziemcow - rosyjski ekonomista i politolog, dyrektor Ośrodka Badań Społeczeństwa Postindustrialnego, autor 12 książek, w tym wydanej także w Polsce pozycji „Niewspółczesny kraj. Rosja w świecie XXI wieku”. W latach 2010-13 konsultant wielu partii demokratycznych i autor programu kandydata na prezydenta Michaiła Prochorowa. W latach 2017-20 był stypendystą Polskiego Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współpracownik Niemieckiego Stowarzyszenia Polityki Międzynarodowej, Atlantic Council i Johns Hopkins University w Waszyngtonie, a także Institute for Human Sciences w Wiedniu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.