Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prezydent Białorusi wciąż żyje fantazją o zamachu na życie swoje i swojej rodziny. W niedzielę na oficjalnej stronie administracji prezydenta pojawiła się informacja o wprowadzeniu nowego dekretu „O ochronie suwerenności i ustroju konstytucyjnego”. Zawiera on szczegółową instrukcję postępowania urzędników w przypadku zamachu na Aleksandra Łukaszenkę.

Zgodnie z nowymi wytycznymi w przypadku zabójstwa głowy państwa władza ma automatycznie przejść w ręce Rady Bezpieczeństwa, a na terenie całego kraju ma zostać wprowadzony stan wojenny. „Jestem gotów na wszystko, by ochronić mój i wasz kraj” - mówił Łukaszenka w kwietniu, anonsując dekret

Zabić prezydenta

Do rzekomej próby zabójstwa Aleksandra Łukaszenki miało dojść przy udziale amerykańskich służb specjalnych współpracujących z grupą „zdrajców” z Białorusi oraz... amerykańskimi Żydami. Z relacjonowanego w państwowych mediach śledztwa KGB wynika, że celem przygotowywanej od sierpnia operacji „Tiszyna” (Cisza) było usunięcie Łukaszenki i jego rodziny oraz siłowe przejęcie władzy na Białorusi przez agentów zagranicznych.

Państwowa telewizja ONT wyniki „śledztwa” KGB przedstawiła w filmie „Zabić prezydenta”. Widzowie białoruskiej telewizji dowiedzieli się z niego, że wśród osób planujących zamach na Łukaszenkę znaleźli się m.in. prawnik Jurij Zenkowicz, politolog Aleksandr Fieduta, szef opozycyjnej partii Białoruś Frontu Ludowego Grigorij Kostusiew i księgowa firmy Zenkowicza Olga Gołubowicz.

„Uwagę zwrócił na siebie Jurij Zenkowicz, obywatel USA. Starał się uzyskać informacje o siłach bezpieczeństwa i ich pracownikach, nastrojach i punktach 'zapalnych' na różne sposoby, szukał kontaktów” - słyszymy w filmie. Lektor dopowiada także, że Zenkowicz podczas spotkania z „podstawionym” agentem KGB zapewniał, że „stoi za nim ok. 300 wpływowych rodzin amerykańskich Żydów”, a „wśród kuratorów operacji usunięcia Łukaszenki i przewrotu na Białorusi są także osoby z najwyższych szczebli”.

Autorzy śledztwa podkreślają, że zabójstwo prezydenta i przewrót, dokonany przy pomocy zbuntowanej armii i „nielojalnych” pracowników służb bezpieczeństwa Białorusi, miały poskutkować sześciomiesięcznym okresem przejściowym i nowymi wyborami prezydenckimi. Ucierpieć miała jednak nie tylko rodzina Łukaszenków, aresztowana lub zabita, ale również bliscy współpracownicy prezydenta i wysoko postawieni urzędnicy, których wywrotowcy zamierzali „porywać do specjalnie kupionego w tym celu domu i siłą wymuszać na nich zeznania”. „Internowanych w ciągu pierwszej godziny zamieszek miało być co najmniej 30 osób” - twierdzą śledczy KGB.

Zamach na Łukaszenkę: trzy scenariusze

W ciągu ostatnich dwóch tygodni Aleksander Łukaszenka przedstawił trzy scenariusze, które – zgodnie z jego słowami – zamierzali zrealizować zamachowcy. Pierwszy dotyczył zastrzelenia go podczas uroczystych obchodów Dnia Zwycięstwa w Mińsku, drugi zakładał ostrzelanie jego samochodu oraz podłożenie pod niego materiałów wybuchowych, trzeci zaś, jak się okazało, najbardziej kosztowny, przewidywał napaść na prezydencką rezydencję. Ostatnia wersja zamachu miała kosztować 11 mln dol., z czego 1 mln wynagrodzenie dla snajpera.

Rzecz jasna, nie obeszłoby się bez zaangażowania opozycji. Łukaszenka utrzymuje, że na życie przedstawicieli władzy oraz jego najmłodszego syna, siedemnastoletniego Nikołaja, czyhał m.in. Siarhiej Cichanouski, mąż liderki opozycji Swiatłany Cichanouskiej. Według białoruskich śledczych więziony bloger, niedoszły kandydat na urząd prezydenta, planował „wtrącenie do więzienia niepełnoletniego Koli”.

„Taka jest ich polityka. Nie daj Bóg, doszliby do władzy. Nie wolno takich blisko do władzy dopuszczać!” - podsumował Łukaszenka.

Putin przyznaje rację

W niedoszły zamach na prezydenta Białorusi zdaje się wierzyć jedynie Władimir Putin. Prezydent Rosji nie tylko odniósł się do tej kwestii podczas corocznego orędzia do Rady Federacji, podkreślając, że „politykę Aleksandra Łukaszenki można oceniać różnie, ale zamach to przekroczenie wszelkich granic”. Przede wszystkim bowiem umożliwił białoruskim służbom bezpieczeństwa, przy współpracy FSB, aresztowanie w Moskwie Białorusinów rzekomo planujących zamach.

Łukaszenka często podkreśla okazywaną przez rosyjskie władze solidarność: „Jak słusznie zauważył, przyznając mi rację, prezydent Władimir Putin, konspiratorzy planowali odłączenie sieci elektrycznej w Mińsku, a to już operacja na szczeblu międzynarodowym. Nie poradziłoby sobie z czymś takim kilku hakerów” - przytacza jego wypowiedź agencja Biełta.

W piątek prezydent Białorusi oświadczył, że śledztwo wciąż trwa i że jego dotychczasowe, nieopublikowane jeszcze rezultaty są „przerażające”. Z kolei przedstawiciel KGB Andriej Jarosz podkreślił, że obecnie na liście osób podejrzanych o próbę zabójstwa prezydenta jest dziewięć osób. Prócz przebywających obecnie w areszcie KGB Zenkowicza, Kostusiewa, Fieduty i Gołubowicz służby wystosowały pisma do władz USA, Litwy i Ukrainy z prośbą o ekstradycję Dmitrija Szczygielskiego, Aleksandra Perepeczki, Pawła Kułażenki, Witalija Makarenki i Igora Makara.

Tego samego dnia Łukaszenka zareagował na wiadomość z 5 maja o przyjęciu przez niemiecką prokuraturę zawiadomienia o popełnieniu przez niego „przestępstwa przeciwko ludzkości”. Z prośbą o wszczęcie śledztwa do niemieckiego organu ścigania zwrócili się adwokaci uchodźców z Białorusi.

„Nie będą mnie sądzić potomkowie faszyzmu! Kim wy jesteście, żeby mnie osądzać?” - pytał Łukaszenka.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.