Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Jeśli jutro zabraknie prezydenta, to czy można zagwarantować, że wszystko będzie normalnie? Nie. Dlatego na ten wypadek w najbliższych dniach podpiszę dekret o tym, jak będzie działać władza w Białorusi. Dziś prezydenta zastrzelili – jutro Rada Bezpieczeństwa otrzyma jego pełnomocnictwa – zapowiedział w sobotę białoruski dyktator, który od tygodnia utrzymuje, że jego przeciwnicy wsparci przez Waszyngton i Warszawę przygotowali przewrót państwowy, zaplanowali, że go zamordują i porwą jego synów.

Łukaszenka o spisku za 10 mln dol.

Z "planami spiskowców" Łukaszenka zapoznał dziennikarzy w sobotę, kiedy z okazji 35. rocznicy tragedii w Czarnobylu odwiedził Poleski Rezerwat Radiacyjno-Ekologiczny. Przedstawił kilka scenariuszy, które rzekomo były brane pod uwagę.

Według pierwszego uczestnicy spisku planowali zamordowanie Łukaszenki na wojskowej defiladzie (w takich okolicznościach zginął w 1981 r. prezydent Egiptu Anwar as-Sadat) z okazji Dnia Zwycięstwa w Mińsku 9 maja. Łukaszenka nie wyjaśnił jednak, w którym roku miałby się odbyć zamach, bo najbliższej defilady za dwa tygodnie ma nie być.

Następną wersją było ostrzelanie samochodowej kolumny dyktatora z granatników (tak próbowano zamordować prezydenta Gruzji Eduarda Szewardnadzego w 1998 r.), które już ponoć sprowadzono z zagranicy i ukryto gdzieś na Białorusi. Jak się okazało, auta wiozące przywódcę jadą jednak ze względów bezpieczeństwa zbyt szybko, by w nie trafić.

Stanąć więc miało w końcu na zbrojnym napadzie na rezydencję Łukaszenki w podmińskich Drozdach. Na tę operację przeznaczono rzekomo 10 mln dol., a dodatkowy milion, jak zapewnił dyktator, miał być przeznaczony na snajpera. Skąd miały pochodzić te pieniądze, kim mieliby być uzbrojeni zamachowcy, jednak nie zdradził. Zapowiedział, że więcej szczegółów świat pozna ze specjalnego reportażu białoruskiej telewizji państwowej. Ale i tam, jak zastrzegł, powiedzą i pokażą „nie wszystko”.

A na wypadek gdyby przeprowadzony w stylu nieudanego zamachu na przeciwnika Stalina Lwa Trockiego w 1940 r. atak na Drozdy się powiódł, Łukaszenka zatroszczył się o zachowanie ciągłości władzy i obiecał pośmiertnie złożyć ją w ręce „kolektywnego prezydenta", czyli ośmioosobowej (po śmierci Bat’ki stanie się siedmioosobowa) Rady Bezpieczeństwa.

W skład Rady wchodzą m.in. premier, szef administracji prezydenckiej, ministrowie obrony, spraw wewnętrznych, szef KGB. I to oni „będą decydować, czy wprowadzić stan wyjątkowy, a jeśli coś się zacznie na granicy – to wojenny” – zapowiedział Łukaszenka, dodając: „Wszystkie decyzje będą podejmować w wyniku tajnego głosowania. Postanowią choćby, kiedy odbędą się wybory prezydenckie".

O czym mówili "generałowie"

O „spisku" i szykującym się „przewrocie państwowym” świat się dowiedział tydzień temu, kiedy rosyjska FSB na podstawie informacji przekazanych jej przez KGB Białorusi zatrzymała w Moskwie Alaksandra Fiedutę, literaturoznawcę, przed ponad 25 laty bliskiego współpracownika Łukaszenki, i prawnika Jurasia Zienkowicza, obywatela Białorusi i USA.

Dowodem winy obu ma być ich spotkanie w moskiewskiej karczmie Taras Bulba z rzekomymi, a może prawdziwymi „generałami białoruskimi”. Ich tożsamość pozostała niewyjaśniona, Łukaszenka przyznał, że jeden z nich działał na jego polecenie i okazał się „zuchem".

Za stołem Fieduta i Zienkowicz opowiadali prowokatorom o tym, jak wyobrażaliby sobie zamach stanu. Mieli mówić o likwidacji „pierwszej osoby”, neutralizacji najbliższych współpracowników prezydenta, uprowadzeniu jego synów i uwięzieniu ich w „piwnicy pod Homlem".

Nagranie rozmowy, które pokazała telewizja białoruska, a za nią i rosyjska, wygląda na kiepski fotomontaż. Twarzy „generałów" nie widać, na jakie ich pytania odpowiadają „spiskowcy", nie wiadomo.

Władze w Mińsku nie przedstawiły innych dowodów na istnienie „spisku” - choćby broni, „piwnicy pod Homlem”, ujętych bojowników. Twierdzą jednak, że za planem „przewrotu” stały USA i Polska, gdzie Zienkowicz, zanim przyleciał do Moskwy, miał się „konsultować".

Departament Stanu USA uznał wiązanie Waszyngtonu ze „spiskiem” za „absolutnie kłamliwe". Również Warszawa zapewnia, że Łukaszenka „łże”.

Natomiast Zienkowicz ponoć przyznaje się do winy. To akurat jest możliwe. On sam, Fieduta, aresztowani w związku ze sprawą Rygor Kostusieu, przywódca Białoruskiego Frontu Ludowego, i jeszcze „czwarta osoba" (zapewne Olga Gołubowicz, współpracownica Zienkowicza) siedzą w owianym najgorszą sławą mińskim więzieniu KGB zwanym „Amerykanką”. A tam potrafią każdego zmusić do przyznania się do wszelkich zbrodni.

Moskwie teoria spiskowa pasuje

Wersję Łukaszenki o szykującym się przewrocie za dobrą monetę wzięli w Moskwie, chociaż jej miński partner już wcześniej nabierał ją na partyzantów. Cztery lata temu nawet aresztował kilkudziesięciu uzbrojonych „bojowników" rzekomo działających na terytorium jego kraju, a potem po cichu bez sądu i śledztwa ich wypuścił. A kiedy jego relacje z Władimirem Putinem się mocno psują, potrafi przypominać sąsiadom „legendarną" skłonność Białorusinów do prowadzenia wojny partyzanckiej i obiecuje, że i on sam jest gotów walczyć z najeźdźcą „do ostatniego naboju".

Teraz jednak wersja o przewrocie wspieranym przez USA pasuje Kremlowi. Putin wykorzystał ją w środę w swym dorocznym orędziu. Oburzał się na to, że „kolektywny Zachód”, gdzie jego samego nazywają „mordercą", sam teraz nawet tak oburzających działań jak plany zamordowania przywódcy kraju „nie potępia i nawet ich nie zauważa, wszyscy udają, że nic się nie stało”. A przecież zabijanie przeciwnika politycznego to, zdaniem Putina, „zbyt wiele”.

Putin po zamordowaniu Borysa Niemcowa i zamachu na Aleksieja Nawalnego wie, o czym mówi.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.