Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Andrzej Pisalnik i Inessa Todryk-Pisalnik od lat współpracują z polskimi mediami. Pisalnik jest także sekretarzem prasowym Związku Polaków na Białorusi oraz prezesem Federacji Polskich Mediów na Wschodzie wspierającej przemiany demokratyczne na terenach dawnego ZSRR. W ostatnim czasie oboje szeroko komentowali sprawę prześladowania przez władze innych członków Związku Polaków, m.in. jego szefowej Andżeliki Borys oraz dziennikarza Andrzeja Poczobuta.

Rodzina Pisalników właśnie opuściła Białoruś. Powodem są prześladowania mniejszości polskiej przez białoruskie władze.

Związek Polaków na Białorusi. Milicja zatrzymała kolejnych działaczy. N/Z Andżelika Borys i Andrzej PisalnikZwiązek Polaków na Białorusi. Milicja zatrzymała kolejnych działaczy. N/Z Andżelika Borys i Andrzej Pisalnik Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta

***

14 kwietnia rano do pańskiego mieszkania w Grodnie wtargnęli ludzie w kominiarkach i zabrali pana oraz pana żonę na przesłuchanie do komitetu śledczego w Mińsku. Spodziewaliście się tego?

Andrzej Pisalnik: Z jednej strony tak, bo po tym, gdy białoruska prokuratura wszczęła postępowanie i aresztowała naszych kolegów ze Związku Polskiego, czyli Andżelikę Borys, Andrzeja Poczobuta, Marię Tiszkowską i Irenę Biernacką, spodziewaliśmy się, że po nas przyjdą lada dzień. Ale z drugiej - dzień wcześniej stawiłem się w grodzieńskiej prokuraturze na wezwanie i podpisałem, bo nie miałem innego wyjścia, papier, w którym zobowiązałem się do „niewygłaszania komentarzy szkodzących Białorusi”. Władzom nie spodobało się, że na antenie Polskiego Radia zwróciłem uwagę na antypolską propagandę w białoruskich mediach państwowych, a poziom prześladowań Polaków na Białorusi porównałem do represji stalinowskich.

Myślałem, że na pouczeniu może się skończyć, przynajmniej dopóki nie naruszę tej umowy.

Nie udało się panu ustalić, kim byli ci, którzy zabrali państwa do Mińska?

- Przypuszczam, że było to KGB. Bus, którym nas zabierali, nie miał charakterystycznych tablic, po których poznaje się na Białorusi milicję. Ani przez moment nie widzieliśmy ich twarzy, popędzali nas w tych kominiarkach, mówili, że trzeba się spieszyć, bo musimy dotrzeć do Mińska na przesłuchanie na konkretną godzinę... Że mamy się zbierać.

Jakie myśli państwu wtedy towarzyszyły?

- Najbardziej martwiliśmy się o syna. Marcin ma 11 lat, chodzi do piątej klasy. Prosiłem milicję, żeby pozwolili mi odwieźć go do szkoły. Zgodzili się, ale jednocześnie powiedzieli, że będziemy jechać w kordonie i że będą mi przez cały czas towarzyszyć. Pomyślałem, że będzie szok dla dzieci, a zwłaszcza dla Marcina, jeśli do szkoły będzie odprowadzać go tata w otoczeniu mężczyzn w kominiarkach. Syn został więc w domu.

Tydzień po przesłuchaniu wyjechaliście do Polski. Bo?

- Przesłuchiwali nas cały dzień i wielokrotnie śledczy dali nam do zrozumienia, że nasz status świadków może się szybko zmienić. Zrozumieliśmy, że już wkrótce i nas mogą oskarżyć o podżeganie do nienawiści na tle narodowościowym czy o "rehabilitację nazizmu". Tak jak i naszych kolegów. Mówili, że będzie jeszcze więcej okazji, by sobie porozmawiać.

Najgorszy był moment, kiedy usłyszałem, że mam się cieszyć, że mam jeszcze sznurówki w butach. To jednoznaczna aluzja do tego, że i ja wkrótce mógłbym znaleźć się w celi - jak wiadomo, wtedy więźniom odbierane są sznurówki, paski, wszystkie przedmioty, które mogą zostać potencjalnie wykorzystane przy popełnianiu samobójstwa. Wieczorem, już w domu, rozważaliśmy...

Decyzja była trudna?

- Mieszkamy tu od pokoleń, w Grodnie toczyło się nasze życie, mamy tam mieszkanie, które remontowaliśmy, Marcin miał szkołę, kolegów. Tak naprawdę wyjechaliśmy ze względu na niego. Moi rodzice nie żyją, rodzice żony są w podeszłym wieku. Gdybyśmy poszli do więzienia, Marcin zostałby odesłany do sierocińca, nie ma szans, że pozwolono by dziadkom sprawować nad nim opiekę. Baliśmy się, jak będzie traktowany jako syn „wrogów ludu”.

Teraz zaczynamy od nowa, choć nigdy tego nie planowaliśmy. Nie sądziliśmy, że do tego dojdzie.

Od kiedy narracja białoruskich władz stała się aż tak antypolska?

- Już od 2005 r. niezależny Związek Polaków działał właściwie w podziemiu, nie byliśmy uznawani przez władze. Zorganizowanie jakiejkolwiek imprezy kulturalnej często graniczyło z cudem, odmawiano nam wynajmu lokali, np. żeby przeprowadzić koncert z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, nie wyrażano zgody na wiele inicjatyw. Ostatni czas to jednak okres głębokich prześladowań, zupełnie jakby Łukaszenka naprawdę chciał - jak to powiedział - „ostatecznie rozwiązać kwestię Polaków”. Sama pani wie, z czym to wyrażenie się kojarzy... Prześladowani są nauczyciele języka polskiego, ich uczniowie. Wiele osób zabiera dzieci ze szkół, w których nauczany jest polski, by uniknąć problemów.

Jak Białorusini odnoszą się do Polaków w czasach takich represji?

- Różnie. Wielu nam współczuje i solidaryzuje się z nami. Ci, których byt zależy od państwa, nie mogą nam tego oczywiście okazywać.

Jakie wieści ma pan od Andrzeja Poczobuta i Andżeliki Borys, którzy osadzeni są teraz w mińskim areszcie Wołodarka?

- Andrzej to zaprawiony zawodnik, on nieraz znajdował się w podobnych sytuacjach, jest silny. O Andżelice wiem, że nawet w celi uczy współwięźniarki polskiego. Trzeba jednak pamiętać, że nawet na etapie śledztwa władze również represjonują oskarżonych, że wszyscy osadzeni w aresztach są poddawani naciskowi, by świadczyć przeciwko sobie, mogą być torturowani, także psychicznie. Nie wiem, jak wpłynąć na Aleksandra Łukaszenkę, ale wiem na pewno, że musimy o tym mówić. Świat musi wiedzieć, że reżim Łukaszenki krzywdzi niewinnych ludzi.

Jak będzie wyglądać teraz praca niezależnego Związku Polaków na Białorusi?

- Trudno mi ją sobie na razie wyobrazić, bo cały zarząd został rozproszony. Część członków jest w aresztach, część, w tym ja, za granicą. Działalność będziemy mogli wznowić, kiedy będziemy mieć pewność, że za śpiewanie polskich pieśni nie pójdziemy do więzienia.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.