Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Bartosz T. Wieliński: Co Unia Europejska może zrobić w sprawie Polaków aresztowanych na Białorusi: Andżeliki Borys i Andrzeja Poczobuta? 

Radosław SikorskiRadosław Sikorski Fot. Albert Zawada dla Newsweek Polska

Radosław Sikorski, europoseł, b. szef MSZ, b. szef polskiej dyplomacji, b. marszałek Sejmu i b. minister obrony narodowej: – Unia co mogła, to już, niestety, zrobiła. Nałożyliśmy sankcję na przedstawicieli reżimu, którzy odpowiadają za represje wobec obywateli. Udział Białorusi w programie partnerstwa wschodniego został zawieszony, wstrzymuje się programy współpracy, unieważnia kontrakty.

Z drugiej strony wspieramy Białoruski Dom, kolejne polskie rządy wspierają telewizję Biełsat i Radio Racja, represjonowani działacze dostają w UE azyl.

Unia ciągle jeszcze nie jest mocarstwem i ma ograniczone możliwości działania wobec państw, które desperacko starają się popsuć z nią relacje.

UE miała wpływ na reżim, gdy Łukaszence zależało na uczestnictwie w programie Partnerstwa Wschodniego. Dzięki temu w poprzedniej dekadzie przestał mordować swoich przeciwników, a nawet zwolnił więźniów politycznych i nie wysyłał za kraty nowych. Ale teraz walczy o życie. Zerwanie z Unią to cena, jaką jest gotów zapłacić, by utrzymać się u władzy.

Milicjanci na ulicy Mińska, 25 marca 2021 r.Milicjanci na ulicy Mińska, 25 marca 2021 r. AP / AP

Na liście osób objętych sankcjami przez UE Łukaszenki jednak nie ma... 

– Jest na niej, tyle że nieoficjalnie. Nie zaprasza się go na szczyty, nikt się z nim nie spotyka, traktuje się go jak pariasa. Ale wpisanie głowy państwa na listę osób objętych sankcjami utrudnia prowadzenie dyplomacji, więc się tego nie robi.

Mam jednak wrażenie, że Unia Europejska robi dla walczących o wolność Białorusinów tyle samo, jeśli nie więcej niż Zachód dla Polski w czasach „Solidarności”. Wspomagamy społeczeństwo obywatelskie. Z polskiej inicjatywy za naszej prezydencji w 2011 r. powstał Europejski Fundusz na rzecz Demokracji, Białoruś jest dlań priorytetem.

Dlaczego Łukaszenka zaatakował Polaków?  

– By sprowokować Warszawę. Andżelika Borys i Andrzej Poczobut to doskonale rozpoznawalne w naszym kraju postacie. Liczył, że wywoła ostrą reakcję. Łukaszenka chce stworzyć narrację, że prawdziwi Białorusini nie biorą udziału w protestach, demonstracje to efekt obcych, czyli polskich knowań. A jednocześnie próbuje przekształcić wewnętrzne napięcia w konflikt międzynarodowy. Będzie siał wrogość względem Polski i polskiej mniejszości, by mobilizować zwolenników. To znana od dawna metoda.

Dziennikarz i aktywista Andrzej PoczobutDziennikarz i aktywista Andrzej Poczobut Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta

Andrzej Poczobut w ostatnim przesłanym nam tuż przed aresztowaniem tekście ubolewał, że każdy polski rząd karmił się iluzją, że Łukaszenkę da się obłaskawić. I nadziewał się na grabie. To kamyczek do pana ogródka; pan też, w 2010 r., próbował się z nim dogadać... 

– Kolejne rządy, mimo braku większych perspektyw, podejmowały jednak próby przyciągnięcia Łukaszenki do Zachodu...

Myślę, że mam pewne osiągnięcia. Dzięki składanym przeze mnie i szefa niemieckiej dyplomacji Guido Westerwellego ofertom współpracy z UE urosła cena, którą za wpływy na Białorusi musiała płacić Rosja. Łukaszenka zwolnił więźniów. Zaczęliśmy praktyczną współpracę na pograniczu, finansowaliśmy budowę infrastruktury, rozwój turystyki, projekty ekologiczne. Obok szczytów Partnerstwa Wschodniego odbywały się też szczyty NGO, byli na nich działacze z Białorusi. To miało wartość. 

Pojazdy milicyjne na ulicy Mińska, 25 marca 2021 r.Pojazdy milicyjne na ulicy Mińska, 25 marca 2021 r. AP / AP

W 2010 r. Łukaszenka powiedział panu, że Polacy na Białorusi to jego Polacy.

– Zabrzmiało to nie jak wyraz troski, ale jak groźba. Jego, czyli może z nimi zrobić, co chce. Mówił też, że Polacy na Białorusi mają mieć takie same prawa jak inni obywatele. Czyli – jak zrozumiałem – nie mają mieć żadnych.

Dziś szczerze trzeba powiedzieć, że Polska ma bardzo ograniczone wpływy na Białorusi. A Rosja jest tam głęboko okopana. 

Unia nie może zrobić nic więcej, Polska nie ma wpływów, Łukaszenka zamyka, kogo chce. Strasznie trudno pogodzić się z bezsilnością, zwłaszcza gdy chodzi o redakcyjnego kolegę…

– Gdybyśmy rozmawiali o sytuacji w Polsce w roku 1982, też wydawałoby się nam, że jest beznadziejnie i nic się nie zmieni. A już siedem lat później nasz kraj stał się wolny.

Wydaje mi się, że represje, jakie spadły na Białorusinów, są bardziej brutalne, niż te, których doświadczyli Polacy po wprowadzeniu stanu wojennego. To pół roku systematycznych aresztowań i torturowania obywateli, a mimo to opór nie gaśnie.

Ta rewolucja jest punktem przełomowym w historii białoruskiego narodu. Ludzi nie satysfakcjonuje już koncesjonowana przez państwo zamożność, chcą kontroli nad swoim losem i bardziej otwartego społeczeństwa. Dążenia milionów obywateli można przyhamować na jakiś czas, ale nie można ich wiecznie represjonować. Dni Łukaszenki są policzone, on sam zresztą zaczął o tym przebąkiwać.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.