Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa, białoruskie dziennikarki skazane właśnie przez marionetkowy sąd w Mińsku na dwa lata więzienia za rzekome „kierowanie” protestami przeciwko dyktaturze Aleksandra Łukaszenki, pracowały dla telewizji Biełsat.

Stacja powstała w Polsce, by dać skazanym na propagandę Białorusinom namiastkę wolnych mediów, od lat jest finansowana także z pieniędzy polskiego podatnika. To, jak reżim Łukaszenki traktuje dziennikarzy Biełsatu, jest więc także naszą, polską sprawą.

Dlatego jest mi wstyd za obecne polskie władze, które nie zareagowały na haniebne i absurdalne orzeczenie mińskiego sądu.

Milczy w tej sprawie premier Mateusz Morawiecki, choć pół roku temu – gdy białoruskimi demonstracjami interesował się cały świat – chętnie fotografował się ze Swiatłaną Cichanouską, przywódczynią opozycji, która rzuciła Łukaszence wyzwanie i została wygnana z kraju. Choć protest społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi ciągle trwa, nie przyciąga uwagi jak w sierpniu czy we wrześniu.

Milczy Andrzej Duda. Jedynie Krzysztof Szczerski, jego minister zajmujący się w Kancelarii Prezydenta polityką zagraniczną, oświadczył na Twitterze, że „polecił” on polskim dyplomatom w Mińsku, by zaprotestowali w jego imieniu.

Gdyby Duda naprawdę chciał, żeby jego słowa w sprawie skazania dziennikarek były słyszane w UE i poza nią, zrobiłby to osobiście. Musiałby jednak nie tylko zawezwać dziennikarzy do rezydencji w Wiśle, gdzie obecnie przebywa, testując warunki narciarskie, ale jeszcze odpowiedzieć na niewygodne pytania, dotyczące np. nakładana na niezależne media w Polsce haraczu, przejmowania wielu redakcji przez Orlen czy policyjnej przemocy wobec dziennikarzy. Z jego punktu widzenia wygodniej było kazać ministrowi napisać tweeta.

W MSZ nie uczyniono nawet tego. Resort chwali się jubileuszowym szczytem polsko-czesko-słowacko-węgierskiej Grupy Wyszehradzkiej, którą Warszawa i Budapeszt – wbrew Pradze i Bratysławie – chciałyby widzieć jako Unię w Unii, wspólnie walczyć przeciwko rzekomym zakusom lewicy i bronić „tradycyjnych wartości”.

Przez lata obszarem, w którym polski głos w Unii Europejskiej się liczył, była nie rzekoma "obrona wartości", ale polityka wschodnia.

To z Warszawy wyszły impulsy, by - mimo rosyjskich protestów - zakotwiczyć Ukrainę w Europę i by inwestować w białoruskie społeczeństwo otwarte.

Politycy PiS, którzy przejęli stery dyplomacji, konsekwentnie pokazują, że ten kierunek ich jednak nie interesuje. Rolę rzecznika wolnej Białorusi już pół roku temu przejęła Litwa.

Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa potrzebują naszej solidarności. Rząd PiS może milczeć, społeczeństwo obywatelskie w Polsce - nie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.