Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W sądzie rejonu frunzieńskiego Mińska kontynuowano we wtorek rozprawę, w której oskarżonymi są dwie dziennikarki telewizji Biełsat: Kaciaryna Andrejeua i Daria Czulcoua. Tym razem milicja nie wpuściła na salę niezależnych mediów; znalazło się tam miejsce tylko dla krewnych oskarżonych i dla reżimowych telewizji - ONT i CTW.  

W trakcie posiedzenia prokuratura zademonstrowała dowody winy dziennikarek, w tym stream z mińskiego placu Wolności, który stał się powodem do wszczęcia postępowania karnego. 

Wina za protesty spada na dziennikarki

- Spójrzcie na tych odważnych chłopaków, z początku uciekali, a później wrócili i stanęli naprzeciwko funkcjonariuszy GUBOPIK [wydział ds. walki ze zorganizowaną przestępczością MSW, zasłynął z tortur i brutalnego traktowania zatrzymanych uczestników antyłukaszenkowskich demonstracji]. I nie odchodzą - słowa wypowiedziane w trakcie internetowej relacji na żywo przez Kaciarynę Andrejeuą to według prokuratury główny dowód na to, że to ona kierowała protestem i zachęcała do udziału w nim Białorusinów.

W procesie zeznawał też Raman Pranowicz, szef państwowego przedsiębiorstwa MińskTrans, które odpowiada za transport miejski w Mińsku. Nie potrafił odpowiedzieć na pytania, kto konkretnie, w jakich miejscach i jak długo blokował 15 listopada drogi w stolicy, ale nie miał wątpliwości, kto ponosi winę za zaistniałą sytuację.

- To dziennikarki są odpowiedzialne za blokady - stwierdził. 

27-letnia Kaciaryna Andrejeua i 23-letnia Daria Czulcoua, dziennikarki nadającej swój program z Polski telewizji Biełsat, zostały zatrzymane 15 listopada w trakcie prowadzenia relacji na żywo z demonstracji po śmierci opozycjonisty Ramana Bandarenki pobitego w komisariacie (niedługo potem zmarł w szpitalu), która odbywała się na mińskim placu Wolności. Obydwie znajdowały się nie wśród tłumu, ale w jednym z mieszkań z widokiem na plac.

Początkowo zarzucono im wykroczenie - udział w nielegalnej akcji protestacyjnej. Jednak po kilku dniach zostały przewiezione z aresztu do więzienia śledczego i oskarżone o kierowanie protestami oraz podżeganie do udziału w nich. Grozi za to do trzech lat pozbawienia wolności. 

Organizacje broniące praw człowieka uznały obydwie dziennikarki za więźniów politycznych. 

Cios w dziennikarzy 

We wtorek nad ranem funkcjonariusze służb specjalnych niemal jednocześnie weszli do mieszkań szefów Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy i aktywistów Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiosna". Według niepełnych jeszcze informacji na terenie całego kraju miało miejsce ponad 25 rewizji, m.in. w Mińsku, Homlu, Mohylewie i Brześciu.

- Wyrzucano rzeczy z szaf, przesuwano meble, szukano pieniędzy, ale zabierano komputery, książki dotyczące praw człowieka, raporty o prześladowaniu białoruskich dziennikarzy - powiedział "Wyborczej" Aleh Ahiejau, wiceprezes Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy (w jego mieszkaniu też przeprowadzono rewizję). 

Przeszukano również mińskie biura Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy i Wiosny. 

Aparat władzy wywiera presję i się mści

- Trwa dochodzenie w ramach sprawy karnej dotyczącej finansowania protestów. Rewizje w siedzibach tzw. organizacji broniących praw człowieka sankcjonowała prokuratura generalna - oznajmił rzecznik prasowy Komitetu Śledczego. 

Z mieszkań i biur zabrano komputery, nośniki informacji, książki i flagi. Akcja służb specjalnych sparaliżowała działalność stowarzyszeń. 

- Uderzono w tych, którzy wspierają represjonowanych, pomagają ludziom opłacać grzywny, udzielają porad prawnych – powiedział Ahiejau. 

Zdaniem białoruskiego politologa Alesia Lahwinca akcja służb wpasowuje się w logikę działań aparatu władzy. 

- To jest konsekwentne nasilanie presji na społeczeństwo i zemsta za to, że informacja o represjach i prześladowaniach idzie w świat - mówi "Wyborczej" Lahwiniec. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.