Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Bardzo dziękuję, że oglądaliście moją transmisję na Biełsacie. Ja, Kaciaryna Andrejeua, z wami się nie żegnam – to były ostatnie słowa, wypowiedziane w trakcie relacji na żywo przez 27-letnią dziennikarkę telewizji Biełsat. W tym samym czasie funkcjonariusze białoruskiego OMON-u, wyważając drzwi, weszli do mieszkania. Dziennikarka i 23-letnia operatorka Daria Czulcoua zostały zatrzymane. 

Wszystko to działo się 15 listopada 2020 r., kiedy zmarł w Mińsku pobity przez tajniaków opozycjonista Raman Bandarenka, a przez kraj przetoczyła się kolejna fala protestów.

Andrejeua i Czulcoua właśnie prowadziły relację oglądaną w internecie przez setki tysięcy Białorusinów. Znajdowały się w Mińsku, w mieszkaniu przy placu Zmian, czyli akurat tam, gdzie służby specjalne, używając pałek i gazu, brutalnie rozpędzały obywateli, którzy przyszli uczcić pamięć Bandarenki. Pracować na ulicy dziennikarze już nie mogli, gdyż ktokolwiek pojawiłby się w tłumie z kamerą bądź dyktafonem natychmiast zostałby aresztowany. Wydawało się, że transmisja z mieszkania (live streaming) nie daje żadnych prawnych podstaw do interwencji. Jednak Andrejeua i Czulcoua zostały zatrzymane i... oskarżone o organizację protestów..  

Reżim nakazał traktować dziennikarzy wyjątkowo brutalnie

9 sierpnia na Białorusi odbyły się wybory prezydenckie. Zgodnie z oficjalnymi wynikami miażdżąco zwyciężył Aleksander Łukaszenka zdobywając ponad 80 proc. głosów. Spowodowało to bezprecedensową w dziejach kraju falę protestów, które trwają nadal.

Reżim odpowiedział represjami. W ich wyniku zginęło co najmniej osiem osób, ponad 30 tys. aresztowano, setki demonstrantów okaleczono i poddano torturom. Na celowniku służb specjalnych niemal od razu znaleźli się też dziennikarze.

– Mówiłem funkcjonariuszom, że jestem dziennikarzem, ale dalej mnie bili – opowiadał Rusłan Kulewicz z portalu Hronda.Life, zatrzymany w trakcie relacjonowania protestu. Podczas „ścieżki zdrowia” na komisariacie złamano mu obydwie ręce. 

Takie traktowanie dziennikarzy nie było dziełem przypadku. Ubrania zatrzymanych specjalnie znaczono farbą, by dać innym funkcjonariuszom znak, iż tych ludzi należy traktować wyjątkowo brutalnie.

Połamane ręce i nogi, postrzelenia, pobicia, tortury i poniżanie – to dziś codzienność dziennikarzy relacjonujących wydarzenia na Białorusi. 

Według danych Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy, po 9 sierpnia odnotowano co najmniej 62 przypadki pobicia, tortur bądź przemocy o innym charakterze, a ponad 480 osób zostało zatrzymanych bądź aresztowanych. Ośmiu dziennikarzy przebywa w więzieniach z kryminalnymi zarzutami. 

Kampania oszczerstw wobec dziennikarek

Po zatrzymaniu Andrejeua i Czulcoua wylądowały w jednej celi więzienia w Żodzino, mieście położonym 50 km na wschód od Mińska.

Po tygodniu zostały rozdzielone, usłyszały zarzut organizowania protestów, za co grozi do trzech lat pozbawienia wolności. Według Komitetu Śledczego relacjonując akcje w Mińsku miały wydawać instrukcje demonstrantom. 

Równolegle w reżimowych mediach rozpoczęła się kampania oszczerstw – obydwu zarzucono kierowanie protestami. "Mówią, gdzie i co należy robić, przekazując w ten sposób innym wskazówki i rozkazy" – twierdziła rządowa telewizja Białoruś 1. 

W ten sposób opis i relacje z protestów potraktowano na równi z "rozkazami" i "instrukcjami". 

"Moja sprawa od początku do końca jest sfabrykowana przez służby specjalne. To zemsta za moją dziennikarską pracę. (...) Siłowicy mówili mi, że już nigdy nie nadam streamów" – napisała w liście z więzienia Andrejeua. 

Zapewnia, że – niezależnie od wyroku – nie załamie się; nie ma się czego wstydzić, bo zawsze mówiła widzom prawdę. 

Fot. Bielsat

Reżim Łukaszenki utracił monopol na informacje

Gwałtowny rozwój internetu i spadek popularności tradycyjnych mediów spowodowały, że reżim Aleksandra Łukaszenki utracił monopol na informacje.  

Zobaczyliśmy, że internet i różne takie blogi w komunikatorze Telegram są mocną bronią. Apeluję do was, nie rezygnujcie z klasyki. Telewizja to pewien sposób myślenia – zwrócił się swego czasu do Białorusinów Łukaszenka.

Jednak skutków podobne apele nie przynoszą. Niezależne portale internetowe i blogi, zwłaszcza w komunikatorze Telegram, pozostają głównym źródłem informacji. To z nich Białorusini czerpią dziś wiedzę o tym, co dzieje się w kraju. Dlatego reżim postawił na represje. 

– Aresztowanie Andrejeuej i Czulcouej jest częścią walki z niezależnymi internetowymi mediami. To swego rodzaju sygnał dla dziennikarzy – powiedział "Wyborczej" Andrej Bastuniec, przewodniczący Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy. 

Zwraca on uwagę, że wcześniej za relacjonowanie protestów dziennikarzy karano jedynie aresztem administracyjnym – do 15 dni, a teraz w grę wchodzi wieloletnie więzienie.  

Media działają dziś inaczej

Reporterzy musieli zmienić formy pracy. Nie pojawiają się już w tłumie protestujących, gdyż zostaliby natychmiast aresztowani. Obserwują demonstracje z oddali, nie nadają streamów.

Jedak mimo to reżim wciąż nie może świętować zwycięstwa. – Media nie przestają informować o tym, co się dzieje, ale opowieści i zdjęcia są teraz przygotowywane głównie przez samych uczestników protestów,  a następnie przekazywane mediom – podkreśla Bastuniec. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.