Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jest takie popularne białoruskie powiedzenie: „Byle tylko wojny nie było”. Oznacza ono, że z całą resztą problemów Białorusin sobie poradzi. Jednak obecne zachowanie Aleksandra Łukaszenki narusza społeczne tabu nałożone na radykalne działania, a jego determinacja i pragnienie utrzymania się przy władzy przeraziły znaczą część Białorusinów.

"Kolę uzbroił po zęby"

23 sierpnia, kiedy wielotysięczne protesty sparaliżowały całą Białoruś, Łukaszenka wystąpił publicznie z kałasznikowem w ręku i w towarzystwie swego 16-letniego syna Koli, także uzbrojonego. Wspólnie wizytowali ochronę swojej rezydencji, przed którą jeszcze niedawno stały setki tysięcy protestujących Białorusinów. Nagranie pokazujące, jak Łukaszenka podchodzi do funkcjonariuszy OMON-u i ściska im dłonie, wychwalając ich dzielność, zostało wrzucone do sieci przez służbę prasową dyktatora.

Wtedy wywołało ono falę rozbawienia i szyderstw. I nie tylko wśród jego przeciwników. Kilka dni temu w sieci pojawiło się nagranie tego samego wydarzenia pochodzące z kamery jednego z OMON-wców. Widok uzbrojonego Łukaszenki również ich zadziwił. Taki dialog pomiędzy dwoma funkcjonariuszami możemy usłyszeć w tle tych nagrań: "Kolkę uzbroił, k..., syna. Ja pier... Po same zęby. Pistolet, karabin maszynowy!".

Jednak ten wyśmiewany gest Łukaszenki był też wyraźnym sygnałem dla społeczeństwa, dla nomenklatury i dla służb. Oznaczał jedno: zmiana władzy na Białorusi nie odbędzie się w sposób pokojowy, a Łukaszenka jest gotów strzelać do ludzi. 

Kałasznikow kontra kobiety w bieli

Wojna domowa i krew na ulicach – tego protestujący przeciwko sfałszowaniu ostatnich wyborów Białorusini na pewno nie chcieli i nadal nie chcą. Białoruska rewolucja od samego początku miała charakter pokojowy. W czasie kiedy Łukaszenka paradował z kałasznikowem, symbolem protestów stały się kobiety w bieli, które wychodziły na akcje protestacyjne z kwiatami w rękach. To symbolizowało pokojowe zamiary i potępienie przemocy.

W ten sposób w przestrzeni publicznej zderzyły się dwa symbole: kwiaty i karabin. Wydawało się, że trudno o bardziej wymowną alternatywę. Jednak szybko się okazało, że pokojowe protesty to za mało, by obalić reżim. Aparat władzy pozostał lojalny wobec swego przywódcy i dyktatura powoli, ale konsekwentnie odbudowuje swoje pozycje.

Dziś protesty wciąż trwają. Nie zważając na wyraźne wzmocnienie pozycji reżimu, dziesiątki tysięcy Białorusinów nadal nie chcą się pogodzić z perspektywą dalszych rządów Łukaszenki i protestują – pomimo poniżania, tortur i bicia. Ale te akcje już dawno nie mają w sobie pierwotnego optymizmu i ducha prawdziwego narodowego święta, jakie miały w sierpniu. Idą siłą rozpędu, dowodząc tylko, jak  wielka jest niechęć społeczeństwa do Łukaszenki.

Większość Białorusinów dziś, nawet mając w głębi serca jeszcze nadzieję na cud wyzwolenia, już wyraźnie próbuje się dostosować do dalszego życia z niezmiennym Łukaszenką. Nie przekreśla to faktu, że sierpień 2020 zmienił nieodwracalnie białoruskie społeczeństwo. Po raz pierwszy w najnowszej historii Białorusi okazało się, że większość Białorusinów nie jest po stronie Łukaszenki, że są nim zmęczeni, że jego charyzma prysła, że jego publiczne wystąpienia denerwują i oburzają, a nie budzą sympatię czy zrozumienie.

Okazało się też, że kres zamordyzmu i satrapii jest w zasięgu ręki. Wystarczą tylko uczciwe wybory i Łukaszenka stanie się przeszłością.

Pisząc to w tej chwili, oczywiście wiem, że białoruska droga do wolności okazała się znacznie dłuższa, niż to wydawało się w gorącym sierpniu. Nic nie wskazuje bowiem na to, by w najbliższym czasie na Białorusi odbywały się jakiekolwiek wolne wybory. Zamiast tego kraj zmierza w kierunku klasycznej wojskowej dyktatury opartej już tylko na przemocy i represjach.

Zachód jest ostrożny, czyli bezsilny

Okazało się, że w XXI w. i Białorusini, i cała Europa są wobec tego zjawiska bezsilni. Zresztą Łukaszenka wymachuje kałasznikowem nie tylko w stronę Białorusinów. Umiejętnie grając na antyzachodnich fobiach Putina, ewidentnie prowokując napięcie międzynarodowe, strasząc Zachód konfliktem z Rosją, a Rosję – konfliktem z Zachodem. Np. reżimowe portale i medialne szczujnie rysują obraz rzekomego przerażenia i paniki w Polsce, kiedy Łukaszenka przerzucił jednostki na granicę i postawił je w stan gotowości bojowej, wprost oskarżając Warszawę i Wilno o chęć militarnego rozwiązania tego konfliktu.

"Polscy skrzydlaci ułani ładnie pędzą na koniach, boleśnie ranią i zdobywają serca upadłych kobiet. Ale o losie bitwy decyduje ciężki krok piechoty. Ona przyjdzie i zmiażdży uciekających ułanów" – tak pisał organ prasowy administracji prezydenta „Biełaruś Siegodnia”.

Pierwszą reakcją na taką propagandę było niedowierzanie, rozbawienie, pytania o poczytalność... Jednak w dłuższej perspektywie ta strategia Łukaszenki przyniosła zamierzony efekt. Zachód jest niezwykle ostrożny, gdyż zdaje sobie sprawę, że ma do czynienia ze straceńcem gotowym na wszystko, więc nieobliczalnym. To powoduje, że reżim Łukaszenki trwa, a finał tej historii, który wcześniej czy później jednak nadejdzie, może mieć krwawy charakter.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.