Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kończący się rok był w przestrzeni postradzieckiej burzliwy. Mieliśmy masowe protesty na Białorusi, w Kirgistanie doszło do serii przewrotów. Na Zakaukaziu Azerbejdżan rozgromił Armenię i wziął pod kontrolę większość terytoriów, które stracił na początku lat 90.

Na te wydarzenia Kreml reagował różnie. Wypadki w Azji Centralnej praktycznie zignorował. To, co się działo na Białorusi i na Zakaukaziu, przykuło uwagę Moskwy. Co charakterystyczne, procesy zachodzące w obu tych regionach natychmiast wpisano w kontekst geopolityczny. Mowa więc była o tym, że Zachód znów naciera na Rosję na Białorusi, jak też o islamie wypierającym cywilizację chrześcijańską (Górski Karabach). A scenariusze wydarzeń – co na Kremlu powtarzano uparcie – miały być pisane „za kulisami”, w Warszawie i Ankarze. 

Władimir Putin w swoim 'centrum dowodzenia' na Kremlu. Moskwa, 21 grudnia 2020 r.Władimir Putin w swoim 'centrum dowodzenia' na Kremlu. Moskwa, 21 grudnia 2020 r. Fot. Alexei Nikolsky/AP

Szeroka strefa „wyłącznych wpływów” Moskwy

Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, kiedy ZSRR zaczynał się rozpadać, w Moskwie ukuto termin „bliska zagranica”. Początkowo określano tak kraje bałtyckie, a potem wszystkie państwa należące do Wspólnoty Niepodległych Państw (WNP).

W ten sposób publicyści i politycy świadomie obniżali status tych krajów do poziomu terytoriów postkolonialnych i lokowali je w „strefie wyłącznych wpływów” Moskwy. Przez całe lata w rządzie rosyjskim obok MSZ było ministerstwo do spraw WNP, a deputowani do Dumy oraz eksperci rządowi nazywali te republiki „suwerennymi, lecz nie niezależnymi”. Próby podejmowane przez niektóre z tych państw, by „przejść do innego obozu”, uważane były za zdradę, prowokowały brutalną reakcję Moskwy i wojenne interwencje choćby w Gruzji i Ukrainie. 

Ta retoryka dotyczyła jednak nie całego obszaru postradzieckiego, a jedynie terytoria od Białorusi i Ukrainy po Mołdawię, a także strefy od Abchazji do Górskiego Karabachu. Nikogo w Moskwie nie podniecały myśli o walce o Tadżykistan czy Turkmenistan. Nawet barbarzyńskie gwałcenie praw Rosjan w tych krajach, skąd w latach 90. uciekły setki tysięcy ograbionych ze wszystkiego „rodaków”, praktycznie nigdy nie niepokoiło Kremla, tak jak chociażby „walka” o język rosyjski w Ukrainie lub prawa mniejszości rosyjskiej na Łotwie czy w Estonii.

Milicja patroluje Plac Czerwony w dobie pandemii koronawirusa. Moskwa, 30 marca 2020 r.Milicja patroluje Plac Czerwony w dobie pandemii koronawirusa. Moskwa, 30 marca 2020 r. Fot. Alexander Zemlianichenko / AP Photo

Kompleksy imperialne wciąż żywe

Według mnie istnieje jedno wyjaśnienie takiej postawy, które po niedawnej wojnie na Zakaukaziu stało się oczywiste...

Rosja powstała i przez wieki rozwijała się jako imperium. Przy tym – nie tak jak mocarstwa europejskie – stała się nim, zanim pojawiło się rosyjskie państwo narodowe.

Jeszcze rodząc się, Moskowia (używam tego określenia, bo słowo „Rosja” w jego dzisiejszym znaczeniu pojawiło się w połowie XVII w.) prowadziła wojny z sąsiednimi imperiami. Przede wszystkim na zachodzie z Wielkim Księstwem Litewskim i Rzeczpospolitą, a na południu z imperium osmańskim. Oba te państwa stanowiły dla niej nie tylko zagrożenie militarne, lecz były i przeciwnikami egzystencjalnymi jako przedstawiciele katolicyzmu i islamu (praktycznie do samego krachu imperium carów tożsamość „prawosławna” była u nas o wiele ważniejsza od „rosyjskiej”).

Ta wielowiekowa walka odcisnęła na rosyjskiej świadomości politycznej ważne piętno.  

Zachodnie i południowe prowincje imperium rosyjskiego-Związku Radzieckiego przez długi czas wchodziły w skład Rzeczpospolitej (Litwa, Białoruś, Smoleńsk, większa część Ukrainy) lub imperium osmańskiego (Besarabia, północne wybrzeże Morza Czarnego, Krym, Abchazja, część Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu). Z obydwoma Rosja stoczyła w sumie niemal 20 wielkich wojen, w rezultacie czyniąc z Polski swoją prowincję, a do 1945 r. nie rezygnując z idei przejęcia kontroli nad Stambułem i Cieśninami Tureckimi. 

Dziś wszystkie trzy imperia przeszły do historii. Lecz kompleksy imperialne zostały, stały się instrumentami polityki wewnętrznej i zagranicznej.

141. urodziny Stalina, Plac Czerwony w Moskwie, 21 grudnia 2020 r.141. urodziny Stalina, Plac Czerwony w Moskwie, 21 grudnia 2020 r. Fot. Alexander Zemlianichenko / AP Photo

Tureckie ambicje

Granice ambicji geopolitycznych Turcji przecinają się z liniami nakreślanymi też przez aspiracje polityków Rosji. A i styl jest podobny. Jeszcze w latach 70. pod pretekstem obrony praw Turków na usiłującym połączyć się z Grecją Cyprze przeprowadzono operację podobną do krymskiej czy donbaskiej w 2014 r. Wtedy rezultatem stało się stworzenie uznanej jedynie przez Ankarę Tureckiej Republiki Cypru Północnego.

W ostatnich latach w Ankarze stale mówi się o „korzeniach turkijskich”, „solidarności turkijskiej” z narodami Azji Środkowej. Turcja ogłosiła Azerbejdżan „krajem bratnim” w tym samym kontekście historycznym, w jakim w Rosji mówi się o Ukrainie czy Białorusi.

Ankara, jak i Moskwa, aktywnie ingeruje w konflikty wzdłuż swoich granic.

W istocie fundamentem polityki Turcji za prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana jest odrodzenie zainteresowania „bliską zagranicą” (od Azerbejdżanu po Libię), o samym istnieniu której jeszcze kilka dekad temu prawie się nie wspominało. 

Napięcie między Rosją a Turcją bierze się właśnie stąd, że na południowych rubieżach Federacji Rosyjskiej „bliskie zagranice” obu państw wzajemnie się pokrywają. Turcja wielokrotnie ogłaszała, że popiera autonomię Gagauzji (region w Mołdawii), nie ma zamiaru uznać rosyjskiej okupacji Krymu, a teraz aktywnie pomogła Azerbejdżanowi rozgromić Armenię.

W Moskwie znakomicie rozumieją postawę Ankary, chociaż otwarcie jej nie komentują. Nie można jednak wątpić w to, że relacje Kremla z Turcją Erdogana są zepsute na zawsze.  

Prezydent Władimir Putin podczas wideokonferencji. Podmoskiewska rezydencja Nowo-Ogariowo, 30 grudnia 2020 r. Prezydent Władimir Putin podczas wideokonferencji. Podmoskiewska rezydencja Nowo-Ogariowo, 30 grudnia 2020 r.  Fot. Mikhail Klimentyev/AP

Polska na celowniku Putina

Podobnie, jeśli nawet nie bardziej jaskrawo imperialne resentymenty określają też stanowisko Rosji wobec Polski.

Absolutnie nieprzypadkowo Władimir Putin jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku uczynił narodowym świętem 4 listopada, dzień rzekomego wypędzenia z Moskwy „interwentów polskich” w 1612 r.

Z maniakalnym uporem oskarża też Polskę omalże o rozpętanie drugiej wojny światowej. W swoim niedawnym artykule o 75. rocznicy jej zakończenia nazwisko szefa polskiego MSZ Józefa Becka przywołał częściej niż wszystkich przywódców koalicji antyhitlerowskiej razem wziętych.

Stąd biorą się też, jedne po drugim, „dochodzenia” na temat roli Warszawy w obecnym konflikcie na Białorusi, a także uwłaczające narodowi polskiemu „badania historyków rosyjskich” negujących winę NKWD i Stalina w nieludzkiej likwidacji oficerów polskich w 1940 r. Nie mówiąc już o otwartym usprawiedliwianiu radzieckiej agresji na Polskę w 1939 r. 

Ostrzą sobie zęby na „bliską zagranicę”

W miarę tego, jak w Rosji błyskawicznie ożywają nastroje imperialistyczne (raczej nie przerodzą się politykę imperialną na pełna skalę, jako że Moskwa nie ma środków na jej realizację), jej stosunek do centrów innych byłych sąsiednich imperiów staje się bardziej podejrzliwy i nieprzewidywalny.  

Można więc powiedzieć, że dziś Moskwa otwarcie lub skrycie patrzy na postradziecką przestrzeń na zachodzie i południu jako na kilka pokrywających się „bliskich zagranic”, na które ostrzą zęby także Ankara i Warszawa. 

Pomoc, jakiej Turcja udzieliła legalnemu rządowi Azerbejdżanu w wojnie o Górski Karabach, nie jest tym samym, co terrorystyczna operacja Rosji na wschodzie Ukrainy, a wydawanie Białorusinom „kart Polaka” bardzo różni się od potajemnego rozdawania paszportów rosyjskich mieszkańcom Abchazji i Naddniestrza. W Moskwie jednak w tym, co robią Turcja i Polska, bardzo chcą widzieć uparte dążenia do przejęcia tej przestrzeni, którą Rosja uważa za „swoją”. 

Oczywiście każde państwo ma swoje interesy, ale przecież jasne jest, że program Partnerstwa Wschodniego powstał nie jako instrument walki z Rosją, lecz jako odpowiedź na dążenie społeczeństw krajów postradzieckich do zbliżenia z Europą. Zaś wojenne działania Azerbejdżan prowadził na swoim terytorium i to po 30 latach bezowocnych wysiłków rozwiązania konfliktu o Karabach innymi metodami.

Jednak w Moskwie nie zwracają uwagi na takie „drobiazgi”. Na Kremlu wyznaczyli sobie dwóch nowych wrogów – Turcję i Polskę – jako byłych imperialnych konkurentów imperialnej Rosji. 

Logika „pokrywających się bliskich zagranic” jest niezwykle ważna dla zrozumienia działania współczesnej Rosji – również jeśli chcemy pojąć podejście Moskwy do Chin. W tym przypadku między Rosją a ChRL albo w ogóle nie ma „ziem niczyich”, które mogłyby się stać przedmiotem sporu (jak Białoruś, Ukraina czy Zakaukazie), albo oba kraje oddzielają od siebie republiki środkowoazjatyckie, które nigdy nie były obiektem chińsko-rosyjskiej rywalizacji, więc Kreml nie patrzy zazdrośnie na rosnące wpływy Chin w tym regionie. 

Rosyjska flaga przysłonięta przez chińską podczas inauguracji międzynarodowego forum techniczno-militarnego w podmoskiewskim Alabino, 23 sierpnia 2020 r. Rosyjska flaga przysłonięta przez chińską podczas inauguracji międzynarodowego forum techniczno-militarnego w podmoskiewskim Alabino, 23 sierpnia 2020 r.  Fot. Pavel Golovkin / AP Photo

Rosja – państwo zupełnie niewspółczesne

Wiele już razy zwracałem uwagę na to że Rosja jest przede wszystkim nie tyle nieeuropejskim, co niewspółczesnym państwem, które dziś składa swą tożsamość z elementów wyszukiwanych w przeszłości. A przy tym bardzo boi się wszystkiego nowego, co dzieje się w świecie – od umiędzynarodowienia koncepcji praw człowieka po nowoczesne technologie.

Właśnie nadmierne – i przy tym bardzo wybiórcze – czerpanie z własnej historii staje się przyczyną narastającej agresywności Rosji, a pojmowanie aktualnych procesów jako kontynuacji walki między imperiami może tylko nasilić rewanżystowskie nastroje Kremla. 

Procesy, które rozpoczęły się na Białorusi 9 sierpnia i na Zakaukaziu 27 września, są dalekie do zakończenia i jeśli sąsiedzi Rosji nie chcą dać się zaskoczyć ich rozwojem, powinni jak najbardziej uważnie analizować widoczne i ukryte motywy działań Kremla – nawet jeśli ich przyczyny mogą się wydawać współczesnemu światu absolutnie irracjonalne. 

Tłum. Wacław Radziwinowicz

*Władysław Inoziemcow – rosyjski ekonomista i politolog, dyrektor Ośrodka Badań Społeczeństwa Postindustrialnego, autor 12 książek, w tym wydanej także ostatnio w Polsce pozycji „Niewspółczesny kraj. Rosja w świecie XXI wieku”. W latach 2010-13 był konsultantem wielu partii demokratycznych i autorem programu kandydata na prezydenta Michaiła Prochorowa. Współpracownik Niemieckiego Stowarzyszenia Polityki Międzynarodowej, Atlantic Council, John Hopkins University w Waszyngtonie, a także Institute for Human Sciences w Wiedniu

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.