Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rok temu białoruskie władze prognozowały, że w 2020 r. Białoruś odnotuje wzrost gospodarczy. Ten plan nie miał jednak szans na realizację, i to nie tylko jak w przypadku niemal całego świata z powodu epidemii koronawirusa i związanych z nią ograniczeń, bezpośrednio uderzających w finanse państw i kieszenie obywateli.

Na sytuację ekonomiczną Białorusi negatywnie wpłynął na początku roku trzymiesięczny konflikt z Moskwą o ceny ropy, kiedy Białoruś zaprzestała zaopatrywać się w nią w Rosji. Koronawirus i trwające nieprzerwanie od 9 sierpnia, czyli dnia wyborów prezydenckich, protesty to kolejne czynniki, które sprawiły, że białoruska gospodarka nie ma się dzisiaj najlepiej. Odczuwają to przede wszystkim zwykli ludzie.

Zdaniem ekonomistów z euroazjatyckiego banku rozwoju spadek PKB na Białorusi w 2020 r. będzie co prawda najniższy spośród wszystkich państw członkowskich Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej, jednak proces jej odbudowy – znacznie dłuższy. Zgodnie z ich prognozami Białorusi, o ile przezwycięży polityczny kryzys, uda się powrócić na poziom sprzed tegorocznego kryzysu dopiero w 2023 r.

Białoruski rubel od momentu wybuchu protestów przeciwko dalszym rządom Aleksandra Łukaszenki traci na wartości. Nie w takim tempie jak w pierwszych tygodniach po ogłoszeniu wyników sfałszowanych według Białorusinów wyborów prezydenckich, kiedy to kurs rubla w stosunku do dolara amerykańskiego obniżył się o 10 proc., ale jednak wciąż w porównaniu z tzw. twardymi walutami słabnie. Ten rok Białoruś zakończy z inflacją na poziomie 6,4 proc.

Średnia emerytura spadła do 150 dol.

Białoruska opozycja powołała Narodowe Kierownictwo Antykryzysowe, które ma opracować strategię wyjścia z zastoju i przeprowadzenia na Białorusi niezbędnych reform. Z opublikowanych na oficjalnej stronie NKA informacji wynika, że od początku roku dług publiczny zwiększył się o ponad 29 proc., dobijając do sumy 22 mld dol.

Jednocześnie, jak podkreślają eksperci, zarówno z powodu koronawirusa, jak i ze względu na pogłębiający się kryzys polityczny w ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy eksport białoruskich towarów zmniejszył się o 17 proc. Zwiększy to jeszcze bardziej i tak znaczny deficyt budżetu państwa, który pod koniec roku ze względu na niedobór spływających podatków i większe, niż zakładano, wydatki ma dojść do ponad półtora miliarda euro.

Członek prezydium opozycyjnej Rady Koordynacyjnej Paweł Łatuszko zwraca uwagę, że skutki kryzysu odczują przede wszystkim zwykli Białorusini. Były minister kultury podkreśla, że średnia pensja, która w styczniu oscylowała na poziomie ok. 420 dol., obniżyła się w ciągu ostatnich miesięcy o 100 dol., zaś kwota średniej emerytury, w styczniu wynosząca ok. 180 dol., spadła do 150 dol. Biorąc pod uwagę znaczny wzrost cen w ostatnim czasie, stawia to białoruskie społeczeństwo w trudnej sytuacji.

Białorusini wyjmują pieniądze z banków i kupują dolary

Białorusini zdają sobie sprawę z powagi sytuacji i nie są bierni. Ograniczają wydatki nie tylko z powodu inflacji i mniejszych dochodów, ale także z niechęci do wspierania reżimu i, jak mówią wprost, „karmienia OMON-u”. Wielu z nich deklaruje wypłatę wszystkich oszczędności z kont państwowych banków i pozbywanie się państwowych akcji. Celowo spóźniają się też z płaceniem podatków.

Determinacja społeczeństwa obywatelskiego, by obalić reżim, nawet kosztem własnego komfortu i dobrobytu, jest na tyle duża, że większość Białorusinów gotowych jest nawet poprzeć odłączenie kraju od systemu finansowego SWIFT w ramach osłabienia reżimu Łukaszenki. Ponad połowa ankietowanych przez opozycyjny sztab Cichanouskiej poparła zapowiedź liderki opozycji, że byłaby za wprowadzeniem takich sankcji, podobnie jak jej próby, by uniemożliwić białoruskim bankom zaciąganie kredytów za granicą.

Brak stabilności sprawił, że mieszkańcy Białorusi zaczęli też inwestować w walutę. Na wielu drzwiach mińskich kantorów zobaczyć można kartki z informacją, że „euro i dolary zostały wyprzedane”.

Jako pierwsze uciekły firmy IT

O drastycznym spadku zaufania społeczeństwa mówiła podczas 18. mińskiego forum dyrektorka Centrum Badań Ekonomicznych BEROC Katierina Bornukowa, która podkreśliła, że za trudną sytuację gospodarczą na Białorusi odpowiada dzisiaj nie tylko pandemia, kryzys polityczny, ale też brak jakichkolwiek skutecznych reform w ostatniej dekadzie. - Białoruś przeżywa teraz stagnację, Białorusini: depresję. To samo czeka gospodarkę - skomentowała.

Maksym Bogriecow z opozycyjnej Rady Koordynacyjnej, powołując się na sondaż przeprowadzony przez jeden z zagranicznych hubów współpracujących z radą, zaznaczył, że dzisiaj ok. 40 proc. małych i średnich przedsiębiorstw przenosi się z działalnością za granicę. Szczególnie odczuwalny dla państwa jest odpływ firm IT, które jako jedne z pierwszych po opublikowaniu listu otwartego do funkcjonariuszy struktur siłowych z żądaniem zaprzestania przemocy doświadczyły represji. Masowe przenoszenie ich siedzib za granicę, a co za tym idzie, także odpływ wysoko wykwalifikowanych kadr i specjalistów sprawiły, że dochody budżetu z wymiany walutowej znacząco spadły. Zdaniem białoruskich ekonomistów wyjść z trudnej sytuacji gospodarczej można będzie dopiero po rozwiązaniu konfliktu politycznego, czyli po oddaniu prezydentury przez Aleksandra Łukaszenkę, nieuznanego przez większość europejskich państw.

- Wcześniej mogliśmy mieć nadzieję na wzrost eksportu o blisko 20 proc. dzięki popytowi na usługi naszych firm IT. Teraz takiej nadziei już nie ma. Emigracja wykwalifikowanych specjalistów z różnych sfer będzie mieć długie i trudne konsekwencje dla gospodarki - podkreśliła Bornukowa.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.