Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od 126 dni trwają masowe akcje protestu przeciwko sfałszowanym wyborom prezydenckim, dalszym rządom Aleksandra Łukaszenki i bezprecedensowej przemocy, stosowanej przez funkcjonariuszy struktur siłowych wobec pokojowo protestujących obywateli.

Zgodnie z zapowiedziami Swiatłany Cichanouskiej, liderki białoruskiej opozycji i byłej kandydatki na urząd prezydenta, a także nieoficjalnej zwyciężczyni wyborów, antyrządowe protesty zmieniły swoją formę. Białorusini od kilku tygodni zbierają się w swoich dzielnicach i na osiedlach, nierzadko znacznie oddalonych od centrum miasta, by nie tylko zamanifestować swoją niezgodę, ale też by uniemożliwić mundurowym masowe zatrzymania.

Areszty za taniec i wspólne picie herbaty

„Marsz narodowego oskarżenia" odbywający się w tę niedzielę to tak naprawdę dziesiątki, a może i setki mniejszych kolumn protestujących spacerowiczów, którzy wyszli na ulice m.in. w Mińsku, Grodnie, Mohylewie czy Nowogródku.

Ze względu na ich rozproszenie niemożliwe jest oszacowanie liczby uczestników. W odróżnieniu od letnich i wczesnojesiennych marszów ludzie nie zmierzają bowiem do centralnych placów swoich miast, czy nawet by zebrać się we wcześniej ustalonym punkcie.

Do grup spacerujących z biało-czerwono-białymi flagami osób spontanicznie dołączają kolejne. Nierzadko maszerują pomiędzy blokami, po parkowych ścieżkach i wąskich osiedlowych uliczkach pod akompaniament pieśni protestu, takich jak „Mury”, „Tri czieriepachy” (Trzy żółwie”), „Wychodi guliat'” (Wyjdź spacerować) czy „Pieriemien” (Zmiana).

Protestujący nadal skandują także swoje hasła: „Żywie Białoruś!”, „Łukaszenka przed trybunał” i „Wierzymy, możemy, zwyciężymy!”. Z relacji publikowanych przez telewizję Biełsat i portal Tut.by wynika, że w podwórzach kamienic, mimo mrozu, mieszkańcy gromadzili się i w takt piosenek oraz skandowanych haseł po prostu tańczyli.

Tego rodzaju akcje na wielu mińskich osiedlach odbywają się zresztą regularnie i wiążą się z takim samym ryzykiem jak udział w marszu. Za wspólne picie herbaty i rozwieszenie świątecznych dekoracji w piątek grupa kilkunastu osób została skazana na od 10 do 25 dni aresztu.

Zmęczenie? Tak, ale przede wszystkim brak zgody na przemoc i kłamstwo

Zakazany przez władze opozycyjny kanał Nexta, prowadzony w komunikatorze Telegram przez grupę białoruskich aktywistów przebywających w Polsce, do wzięcia udziału w niedzielnym marszu zachęcał już dzień wcześniej.

„Wśród odczuwanych przez nas wszystkich emocji obecny jest strach, zmęczenie, ale przede wszystkim – pragnienie sprawiedliwości. Wyjście na ulice jutro oznacza brak zgody na podporządkowanie się przemocy i kłamstwu. To kolejny krok w stronę nowego państwa, w którym każdy będzie ważny. Pamiętamy wszystkie imiona represjonowanych i wskażemy tych, którzy są za represje odpowiedzialni. Międzynarodowy nacisk wspierający nasze żądania tylko się wzmaga. Nasz upór sprawi, że to wszystko okaże się możliwe”, komentowali wczoraj administratorzy kanału Nexta.

Nowa taktyka działa

Rozproszona forma protestu wpłynęła też na sposób działania OMON-u, wojskowych, milicji – mundurowi stale są bowiem obecni na ulicach, a w weekendy ich liczba znacznie się zwiększa.

W Mińsku od samego rana w niedzielę po ulicach jeździły armatki wodne, których używanie przy minusowych temperaturach jest w wielu krajach zabronione. 

Z publikowanych przez uczestników protestów filmików wynika, że OMON patroluje nie tylko ulice, ale też osiedla oraz parki, nierzadko czając się u bram prowadzących na podwórza.

Mimo trudniejszej do skontrolowania formy protestu OMON i milicja dokonali serii kilkudziesięciu zatrzymań, Centrum Ochrony Praw Człowieka „Wiasna” o godz. 15 czasu lokalnego informowało o co najmniej 80 osobach przewiezionych na komendy, zaznaczając, że lista pewnie będzie się wydłużać.

Naoczni świadkowie zdarzeń, dziennikarze niezależnych redakcji Tut.By i Mediazona informowali o przemocy mundurowych, także wobec przypadkowych osób, nieuczestniczących w proteście. Do jednego z takich brutalnych zatrzymań, podczas którego grupa kilkunastu uzbrojonych siłowików napadła na jednego mężczyznę, doszło niedaleko stacji metra Sportiwnaja.

„Łapią wszystkich jak leci”, można usłyszeć na jednym z filmów nagranych przez uczestnika protestu, który pojawił się dziś w komunikatorze Telegram.

Dzieci za kratami

O chaotyczności działań białoruskich służb przekonali się dzisiaj m.in. gimnazjaliści ze Smolewicz. Kilkudziesięciu uczniów jedenastej klasy zatrzymał oddział funkcjonariuszy OMON-u, po czym przewiózł na komendę. „Na szczęście jedna z milicjantek z komendy zapytała: 'A po co przywieźliście tutaj dzieci?' - więc ich wypuścili”, napisała na Facebooku ich nauczycielka Anna Seweryniec.

Wśród zatrzymanych dziś jest też reporter redakcji Biełsat.

Reporterzy bez Granic 11 grudnia oświadczyli, że „Białoruś to obecnie najniebezpieczniejszy dla dziennikarzy kraj Europy".
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.