Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ostatnie miesiące były dla Białorusi prawdziwym trzęsieniem ziemi. Po sfałszowanych na korzyść Aleksandra Łukaszenki sierpniowych wyborach prezydenckich mieszkańcy kraju wyszli na ulice, a władza odpowiedziała represjami. Od sierpnia już ponad 31 tys. Białorusinów zostało aresztowanych. W związku z protestami zginęło co najmniej osiem osób, setki zostało okaleczonych, tysiące torturowano... W stosunku do politycznych przeciwników Łukaszenki wszczętych zostało ponad 900 spraw karnych.

Te liczby nadal szybko rosną, pokazując bezwstydną determinację reżimu. Internet jest pełen nagrań dokumentujących bicie i znęcanie się nad zatrzymanymi, w mediach przytaczana jest olbrzymia liczba wstrząsających relacji ofiar bicia, poniżania, tortur, a nawet gwałtów. Włączając wieczorem reżimową telewizję, Białorusin może zobaczyć, jak w głównych wydaniach wiadomości kolejni pobici i upokorzeni przez siłowików uczestnicy protestów wyrażają skruchę i deklarują, że ich udział w protestach był błędem.

Skala represji oraz ich pokazowy, wręcz demonstracyjny charakter są dla współczesnej Europy bezprecedensowe. Mimo to pokojowe protesty trwają. I chociaż ich skala nie jest już taka jak w sierpniu czy wrześniu, to jednak nadal akcje odbywają się codziennie, nadal protestuje się nie tylko w Mińsku, akcje odbywają się też we wszystkich regionach.

Skąd determinacja Białorusinów?

Właśnie ta determinacja Białorusinów i ich gotowość do kontynuowania walki bez względu na cierpienia stała się największą niespodzianką zarówno dla samych obywateli Białorusi, jak i zagranicznych obserwatorów. Dlaczego, nie zważając na bardzo wysoką cenę, jaką można zapłacić za udział w protestach, nadal dziesiątki tysięcy ludzi wychodzią na ulice?

Coniedzielny marsz na ulicach białoruskiej stolicy, 22 listopada 2020Coniedzielny marsz na ulicach białoruskiej stolicy, 22 listopada 2020 AP

By odpowiedzieć na to pytanie, znany białoruski socjolog Andrej Wardamacki z Białoruskiej Majsterni Analitycznej przeprowadził we wrześniu badanie nastrojów wśród uczestników protestu. Pozwoliło mu to na sformułowanie kilku wniosków. Po pierwsze, to represje siłowików wyprowadziły ludzi na ulice, po drugie, od samego początku ludzie nastawieni byli na długotrwały protest i deklarowali gotowość do niego, po trzecie, strach ustąpił miejsca gniewowi i oburzeniu.

Badanie, przypomnę, przeprowadzono we wrześniu. Mamy już grudzień. Bez wątpienia w początkowej fazie protestów, kiedy w wieczór powyborczy i w ciągu następnych trzech dni na Białorusi po prostu przestały obowiązywać wszelkie prawa, a władze na niespotykaną skalę zaczęły stosować przemoc, społeczeństwo przeżyło szok. Zmobilizowało to Białorusinów do wyjścia na ulice.

Jednak władza wyciągnęła z tego wnioski. Łukaszenka zrobił krok do tyłu, choć z represji nie zrezygnował, w zamian rozpoczynając powolne przykręcanie śruby. Przemoc się rozpanoszyła, stała się coraz bardziej wyzywająca, ale społeczeństwo miało czas by się z nią oswoić. Teraz w aresztach znowu biją, znowu się znęcają, znowu torturują. I patrząc na spadek liczby protestujących, widać, że ta taktyka w odróżnieniu od „szokowej terapii” pierwszych dni protestu okazała się znacznie bardziej skuteczna.

Mimo to władzom wciąż nie udaje się spacyfikować protestów i część ludzi nadal wychodzi na ulice, narażając się i płacąc za to bardzo wysoką cenę. Dlaczego?

„Po raz pierwszy poczułam, że nie jestem sama”, „Nie mogę się pogodzić z tym, że traktują nas jak bydło, że się tak nad nami znęcają” „Gdybym nie wychodził, to też bym się bał, patrząc na to wszystko, co się dzieje, a tak przynajmniej jestem razem z innymi ludźmi” – takie tłumaczenia słyszałem od osób regularnie biorących udział w demonstracjach.

Udział w masowych akcjach protestu pozwala doładować wewnętrzny „power”. Jednak decydujące jest moim zdaniem przekonanie, że rezygnacja z protestów, zamiast zatrzymać represje, tylko je wzmocni. W ciągu 26 lat rządów Aleksandra Łukaszenki Białorusini dobrze się na nim poznali. Dlatego nie wierzą w jego deklaracje o szybkim przejściu na polityczną emeryturę, za to zdają sobie sprawę, że będzie się on mścił i polował na swoich przeciwników, że będzie dociskał śrubę, byle wydłużyć swoje rządy. Do tego dochodzi przekonanie o tym, że trwanie władzy Łukaszenki oznacza dalszą degradację gospodarczą, a co za tym idzie - pogarszanie się sytuacji materialnej każdej białoruskiej rodziny. To wszystko razem powoduje, że choć nadzieje na obalenie dyktatora słabną, demonstracje nie ustają.

Wystarczy płomyk nadziei

Jednak nawet nie trwałość i upór wydają się dziś w białoruskich protestach najważniejsze. Śmierć Romana Bandarenki, 31-letniego uczestnika protestów porwanego przez tajniaków, a wcześniej ultimatum Swiatłany Cichanouskiej, która w październiku po raz pierwszy wezwała do strajku i protestów, natychmiast spowodowały istotne wzmocnienie słabnących protestów. Akcje, które się wtedy odbywały, swoim rozmachem przypomniały gorące dni września. To pokazuje, że wystarczył płomyk nadziei czy gniew spowodowany morderstwem, by wszystkie osiągnięcia represyjnej polityki legły w gruzach, a ludzie ponownie wyszli na ulice, również w małych miasteczkach.

Oznacza to, że nawet jeżeli Łukaszenka zdoła teraz w całości zdławić uliczną aktywność, to przy pierwszej dogodnej okazji, przy pierwszym pretekście ona znowu wyleje się na ulice. Nie da się zdobyć serca czy akceptacji społeczeństwa, pokazowo je upokarzając i znęcając się nad nim, a jak pokazały ostatnie miesiące, żadnej innej recepty na kryzys Łukaszenka nie wynalazł. Właśnie to jest główną oznaką niezdolności reżimu do tego, by odzyskać wewnętrzną stabilność, i powodem, dla którego białoruska ulica ciągle wierzy, że zdoła obalić dyktatora.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.