Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W poniedziałek późnym wieczorem bloger Nexta upublicznił fragment rozmowy telefonicznej pomiędzy osobami, których głosy były podobne do rzeczniczki Łukaszenki Natalji Ejsmont i doradcy prezydenta Mikałaja Łatyszonka.

Z trwającej około 9 minut rozmowy dowiedzieliśmy się m.in., że szef administracji prezydenta Ihar Siergiejenka już miesiąc nie przychodzi do pracy. Z początku bolało go gardło, a teraz jest chory na COVID-19, jest poddawany sztucznej wentylacji płuc. Już będąc chory, brał udział w naradzie z udziałem Łukaszenki. Nie włożył nawet maseczki, bo... bał się rozgniewać dyktatora. 

Sama pani rzecznik, która w trakcie owej narady siedziała tuż obok Siergiejenki, uważa, że to właśnie od niego zakaziła się koronawirusem. Z rozmowy wynika też, że atmosfera w sercu białoruskiego reżimu stała się ponura. 

– W administracji ludzie miesiącami chorują czy też nie chorują, ale odpoczywają. O tym na spotkaniu mówi Ejsmont, wyraźnie sugerując, że przynajmniej część urzędników może wykorzystywać chorobowe, by mieć pretekst do niepojawiania się w pracy. 

– Ja nie chcę jechać [na kolejną naradę]; to znaczy chcę, ale wiem, że nie mogę. Wiem, co szef na to powie – tłumaczy się Ejsmont. 

– Powie, żeście uciekli – ze śmiechem odpowiada Łatyszonak. 

– A mnie jest zupełnie nie do śmiechu. 

Aleksander Łukaszenka  'z gospodarską wizytą' w szpitalu w Mińsku, 27 listopada 2020 r.Aleksander Łukaszenka 'z gospodarską wizytą' w szpitalu w Mińsku, 27 listopada 2020 r. Fot. Andrei Stasevich/AP

Nietypowy przeciek z wnętrza systemu

To już kolejny przypadek upublicznienia rozmowy telefonicznej osób z otoczenia Łukaszenki. 

19 listopada na blogu Nexty pojawiły się nagrania rozmów szefa Federacji Hokeja Dzmitryja Baskaua z byłym mistrzem świata w kickboxingu i instruktorem specnazu Dzmitryjem Szakutą oraz dialog Ejsmont i Baskaua. Dotyczyły one śmierci 31-letniego opozycjonisty Romana Bandarenki. Został on porwany przez tajniaków, wśród których rozpoznano Baskaua i Szakutę, a później w wyniku pobicia w komisariacie zmarł. 

Podobne przecieki miały już miejsce. Oczywiście od dawna zakładano, że służby specjalne inwigilują nie tylko opozycję, ale również prominentnych przedstawicieli reżimu. Jednak te podsłuchy – w odróżnieniu od rozmów opozycjonistów – nigdy nie przedostawały się do mediów czy do internetu. Wszystkie wewnętrzne konflikty załatwiano wewnątrz systemu. Arbitrem zawsze był Aleksander Łukaszenka i opinia publiczna o konfliktach dowiadywała się dopiero po dymisjach.

Upublicznianie wewnętrznych informacji od samego początku rządów Łukaszenki zawsze pociągało za sobą dochodzenie i retorsje. Dlatego nikt z urzędników nie ośmielał się tego robić.    

Łukaszenka wskazuje na Morawieckiego 

Aleksander Łukaszenka był wyraźnie zszokowany ujawnieniem rozmów ze swojego otoczenia, gdyż zawsze uważał się za monopolistę w tej dziedzinie.  

Dwa dni po pojawieniu się przecieku w internecie skomentował to następująco: – Teraz nie czas o tym mówić. Pocierpcie trochę, w następnym tygodniu wszystko wam opowiem. Będzie wiele ciekawostek. 

Jednak po upływie tygodnia też nie wrócił do tematu. Za to podczas wizyty w jednym ze stołecznych szpitali niespodziewanie zaatakował Polskę i premiera Mateusza Morawieckiego. 

– Zwycięstwo rewolucji w Białorusi to narodowy interes Polski - powiedział Morawiecki (...). To są oryginały informacji od KGB – grzmiał Łukaszenka, pokazując jakieś dokumenty i twierdząc, że Polska chce rzucić na kolana białoruską gospodarkę, doprowadzić do głodu i załamania się przemysłu. Sugerował, że część tych informacji pochodzi z podsłuchów. 

Ten atak na Polskę oczywiście nie był przypadkowy. Chociaż dyktator nie oskarżył Warszawy wprost o upublicznienie rozmów telefonicznych osób ze swojego otoczenia, to i tak wersja o złowrogiej roli Polski jest popularna wśród zwolenników reżimu. Również część niezależnych ekspertów nie wyklucza, że rozmowy mogły ujawnić polskie służby specjalne. 

– Możliwy jest także atak ze strony Polski, która jest zainteresowana tym, by Łukaszenka odszedł: przecież jest on wiernym sojusznikiem Rosji i wykonuje wszystkie wojskowe zobowiązania – mówił w wywiadzie dla portalu Biełaruskij Partyzant publicysta i ekspert ds. wojskowych Aleksander Alesin. 

Aleksander Łukaszenka  'z gospodarską wizytą' w szpitalu w Mińsku, 27 listopada 2020 r.Aleksander Łukaszenka 'z gospodarską wizytą' w szpitalu w Mińsku, 27 listopada 2020 r. Fot. Maxim Guchek/AP

Zachód? Rosja? Raczej białoruskie służby 

Nie podejrzewałbym polskich i generalnie zachodnich służb specjalnych (ani w ogóle Zachodu) o podobne zagrania. Polityka, którą Zachód prowadzi wobec reżimu Łukaszenki, jest wyraźnie reaktywna, czyli polegająca na reagowaniu na działania Mińska, a do tego bardzo nieśpieszna. Nic nie wskazuje na nagłą gotowość do pokerowych zagrywek i ostrych działań, zwłaszcza takich, które podsyciłyby konflikt. 

Technicznie i organizacyjnie za przeciekiem mogła oczywiście stać Rosja. Aktywnie wspiera ona Łukaszenkę, ale stawia warunek – reforma konstytucyjna.

Łukaszenka do reformowania wcale się nie śpieszy, dlatego na Kremlu rośnie zniecierpliwienie i niezadowolenie. Jednak dla Rosji uderzenie w sekretarz prasową Łukaszenki to zbyt drobna sprawa.  

Warto zaznaczyć, że co najmniej dwóch byłych szefów białoruskiego KGB i jeden były szef MSW pracują na intratnych stanowiskach w Rosji. Już sam ten fakt wystarczy, by wyobrazić sobie, jaką wiedzę na temat białoruskich elit i ich ciemnych sprawek mają Rosjanie. Gdyby Kreml zaczął odpalać kompromitujące materiały, mielibyśmy do czynienia z trzęsieniem ziemi. Na razie nie było nawet pojedynczego wstrząsu.

Cios jest wyraźnie wymierzony w rzeczniczkę prasową Łukaszenki, która – chociaż należy do otoczenia dyktatora – wcale nie jest politykiem najwyższej wagi. Nic nie wskazuje też na to, by była ona jakoś niebezpieczna dla Rosji czy dla

Zachodu. Dlatego najbardziej wiarygodna wydaje się wersja o walkach wewnętrznych i czynionych przez białoruskie służby specjalne próbach przetasowania otoczenie dyktatora. Oprócz KGB i MSW jest jeszcze sześć innych urzędów mogących prowadzić działania operacyjne. 

Który z nich dokonał nagrania? Kto podjął decyzję o jego upublicznieniu? Tego nie wiemy. Jednak zadany pani Ejsmont cios wyraźnie sięgnął celu. 

– Wobec tego wszystkiego szef [Łukaszenka] już trzy dni do mnie nie dzwonił. Martwię się – wyznaje rzeczniczka.  

Tabu zostało złamane

Jeżeli za tą akcją stoją białoruskie służby, to ich gotowość do wykorzystywania przecieków oznacza przełamanie istniejącego dotąd tabu.

Mimo dłuższego już czasu, który upłynął od momentu upublicznienia pierwszych nagrań, reżim nie tylko nikogo nie ujął, ale nawet nie przedstawił własnej wersji wydarzeń ani tego, kto może stać za przeciekiem. To pokazuje, że Łukaszenka, który – jak jeszcze wydawało się do niedawna – osobiście sterował lotem każdej białoruskiej muchy, teraz wyraźnie traci kontrolę nad swoimi służbami.  

Jeżeli zwalczające się frakcje zaczną aktywnie wykorzystywać przecieki jako broń w walce wewnętrznej, to pęknięcia w piramidzie władzy są już tylko kwestią czasu. Na tle głębokiego kryzysu politycznego skutek tego może być tylko jeden: całkowita utrata możliwości sterowania sytuacją w kraju. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.