Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiktoria Bieliaszyn: Dziennikarze kierowanego przez panią portalu Tut.by byli zatrzymywani i aresztowani kilkadziesiąt razy. Czy redaktor naczelny może przyzwyczaić się do tego, że jego dziennikarze trafiają z pracy za kratki?

Marina Zołotowa, redaktorka naczelna portalu Tut.by: Przez cały czas towarzyszy mi niepokój, bo wiem, że w każdej chwili coś złego może się wydarzyć. Kogoś mogą zatrzymać podczas relacjonowania akcji protestu, kogoś wyprowadzą prosto z mieszkania, ktoś inny zostanie zatrzymany już po pracy, w drodze do domu. Tak wygląda dzisiaj nasza rzeczywistość. Niestety, w jakiś sposób przyzwyczaiłam się, jak zresztą my wszyscy, do tego, że dowiaduję się o zatrzymaniach moich dziennikarzy pracujących podczas protestów. Nie jestem w stanie jednak przejść do porządku dziennego nad tym, co spotkało naszą reporterkę Katerinę Borisewicz.

Mówi pani o autorce tekstu, z którego jasno wynika, że zmarły na skutek pobicia przez siłowików Roman Bandarenka był trzeźwy, a nie, jak próbowały wmówić Białorusinom władze, pijany?

- Ta sytuacja nas przerasta, oburza najbardziej ze wszystkich strasznych, sprzecznych z prawem, uderzających w wolność słowa i pracę dziennikarzy rzeczy, z którymi mieliśmy do czynienia od samego początku kampanii wyborczej. Sprawa Katii, w odróżnieniu od wielu innych, nie jest związana z pracą podczas protestu, ale z tekstami na temat śmierci Romana Bandarenki, w których nie tylko rekonstruowała zdarzenia wieczoru, kiedy mężczyzna został zaatakowany i skatowany, ale też tego, co działo się z nim później: w komisariacie i szpitalu. Dziennikarka została zatrzymana za tekst, w którym, powołując się na słowa lekarza pracującego w szpitalu, gdzie zmarł chłopak, ujawniła, że był on trzeźwy. To podważyło oficjalną wersję władz. Lekarz też został zresztą zatrzymany i osadzony w areszcie. Oskarżono go o złamanie tajemnicy lekarskiej. Nie spodziewałam się, że może do tego dojść.

Same represje wobec dziennikarzy nie są chyba jednak zaskoczeniem?

- Zupełnie nie. Ich akurat się spodziewaliśmy, zresztą są niejako wpisane w pracę niezależnych dziennikarzy na Białorusi. Szok budzi ich skala i brutalność, ale też cynizm sędziów. Dziennikarze są oskarżani o uczestniczenie w akcjach protestu, mimo że istnieją dziesiątki, jeśli nie setki dowodów na to, że wykonywali jedynie swoją pracę. W białoruskim sądzie większą wartość mają słowa anonimowego „świadka” z utajnionym imieniem i nazwiskiem, zeznającego w kominiarce i niebędącego w stanie przypomnieć sobie nawet, gdzie i kiedy widział daną osobę, niż zdjęcia, nagrania, relacje nieanonimowych świadków.

To, z czym niezależne białoruskie media mają do czynienia dzisiaj, jest nazywane przez Reporterów bez Granic i inne niezależne organizacje wspierające dziennikarzy „polowaniem na korespondentów”. Jak te represje rozwijały się w ostatnich miesiącach?

- Na początku nasi reporterzy byli zatrzymywani w celu ustalenia tożsamości, odprowadzani do komisariatu, gdzie często musieli spędzić kilka godzin. Później ich jednak wypuszczano. Z czasem to, że dziennikarz wróci z pracy do domu, przestało być takie oczywiste. Rozpoczęły się masowe areszty, a ich długość systematycznie się zwiększała. Jesienią zatrzymywani podczas relacjonowania protestu korespondenci najczęściej byli skazywani na 15 dni aresztu. Dzisiaj mamy do czynienia z początkiem rozkręcania się prześladowań karnych, dziennikarzy zaczęto oskarżać, powołując się na paragrafy kodeksu karnego, za które grozi im kara nawet kilku lat pozbawienia wolności.

W rosyjskim żargonie dziennikarskim istnieje pojęcie „podwójnej linii ciągłej” oznaczające granicę między tematami dozwolonymi i zakazanymi, za które władza najprawdopodobniej będzie chciała ukarać dziennikarza. Jakie tematy są za podwójną ciągłą na Białorusi?

- Wszystkie dotyczące protestów i siłowików, a już zwłaszcza te, które pozwalają na ich identyfikację. Zdjęcia lub filmy, które ukazują ich twarze, budzą szczególną wściekłość władz, podobnie jak materiały ukazujące działania, przemoc funkcjonariuszy struktur siłowych. Niebezpiecznie też pisać o obecnej władzy rzecz jasna.

Czy rozpędzająca się machina represji sprawia, że dziennikarze uciekają się do autocenzury?

- Pod tym względem władze się pomyliły. Jeśli liczyły, że strach sprawi, że dziennikarze zrezygnują z podejmowania niewygodnych dla reżimu Łukaszenki tematów, to grubo się przeliczyły. Widzę, że moi dziennikarze są jeszcze bardziej zdeterminowani, by rzetelnie działać, przekazywać światu, co się u nas dzieje, jakie metody stosuje władza, do czego się ucieka. Prześladowania tylko wzmacniają ich przekonanie, że to, co robią, jest potrzebne i właściwe.

Wspomniała pani o sprawach karnych przeciwko dziennikarzom. Jak i czy w ogóle można walczyć o prawa dziennikarzy na Białorusi?

- Białoruskie prawo działa tylko w jedną stronę, co odzwierciedlają statystyki toczących się spraw. Mimo tysięcy zgłoszeń o torturach i przemocy siłowików przeciwko nim nie wszczęto ani jednego postępowania. Jednocześnie przeciwko pokojowo protestującym obywatelom toczy się ich kilkaset. Jako redaktorka naczelna portalu również jestem z tego powodu rozdarta, bo wiem, że w dzisiejszej rzeczywistości z jednej strony jestem odpowiedzialna za moich dziennikarzy, ale z drugiej w takich sytuacjach nie jestem w stanie im pomóc. Nie mogę ich ochronić.

Co będzie z Katią Borisewicz, której za tekst o Bandarence grożą trzy lata więzienia?

- Dołożymy wszelkich starań, by została wypuszczona.

Ale co możecie zrobić?

- Nie wiem, będziemy zwracać się do organizacji międzynarodowych, nagłaśniać tę sprawę, apelować. Nie zostawimy jej bez walki. Została nielegalnie zatrzymana i uwięziona za swoją rzetelną dziennikarską pracę. To niedopuszczalne.

Niedopuszczalne, ale się zdarza. Pracując w sierpniu w Mińsku, miałam poczucie, że legitymacja dziennikarska tylko przeszkadza.

- Wtedy nasi dziennikarze chodzili jeszcze na akcje w dużych niebieskich kamizelkach z ogromnym napisem „prasa”. Szybko zdaliśmy sobie jednak sprawę, że to tylko przeszkadza, że to tak, jak gdyby przyczepić do siebie wielką tarczę z oznaczonym celem albo machnąć bykowi przed nosem czerwoną płachtą. Dziennikarze byli wyłapywani, mimo że to przeczy wszelkim standardom pracy dziennikarskiej, by uniemożliwić im działanie, dokumentowanie wydarzeń. Teraz dziennikarze już się nie oznaczają, musieli przystosować się do nowej rzeczywistości, w której należy być niewidocznym i nie przyciągać uwagi.

Ilu dziennikarzy redakcji Tut.by zostało zatrzymanych w ostatnich tygodniach?

- Z ostatnich wyliczeń wynika, że naszych dziennikarzy zatrzymywano 37 razy, niektórych kilkakrotnie. Białoruski Związek Dziennikarzy potwierdził, że od dnia wyborów dziennikarze byli zatrzymywani na Białorusi blisko 400 razy.

Portal Tut.by został przez władze pozbawiony licencji w październiku. Jak to wpłynęło na pracę redakcji?

- Status medium mieliśmy bardzo krótko, więc pozbawienie nas go nie zmieniło diametralnie naszej pracy. Nadal mamy prawo do publikowania informacji jako źródło internetowe. Dziennikarze i tak są zatrzymywani, niezależnie od tego, czy pracują dla zarejestrowanych, czy niezarejestrowanych mediów.

W przeszłości redakcja również spotykała się z naciskiem ze strony władz.

- Jesteśmy dyskredytowani przez media rządowe, wylewa się w nich na nas, także na konkretnych dziennikarzy, wiadra pomyj. Władze pozwalają na dręczenie reporterów, w komunikatorach udostępniane są ich prywatne numery telefonów, adresy, zdjęcia. Nie wiem, na ile to działa na społeczeństwo, bo socjologia w naszym kraju nie istnieje, ale myślę, że niewielu Białorusinów słucha dzisiaj przekazu płynącego z telewizji.

Co jest najważniejsze i najtrudniejsze dzisiaj dla pani?

- Moim - i wierzę, że nas wszystkich - zadaniem jest kontynuowanie pracy, walka o wolność słowa i niepoddawanie się. Chciałabym, żeby obyła się ona bez strat, żeby na wolności byli wszyscy nasi dziennikarze. To jest dla mnie bardzo ważne.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.