Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruskie protesty ciągle nie mają wyraźnego geopolitycznego wydźwięku. Ludzie, którzy już czwarty miesiąc wychodzą na ulice białoruskich miast, nie domagają się zerwania unii z Rosją czy zacieśnienia współpracy z Unią Europejską. Ich jedynym celem jest dymisja Aleksandra Łukaszenki, który przegrał wybory prezydenckie.

W szeregach protestujących są zarówno osoby sympatyzujące z Zachodem, jak i zwolennicy integracji z Rosją. W trakcie akcji, zwłaszcza w sierpniu, dochodziło nawet do spięć na tym tle między manifestantami, jednak te różnice straciły znaczenie w chwili, gdy OMON zaczął brutalnie atakować protestujących. Dziś na Białorusi liczy się tylko jedno: jesteś za Łukaszenką czy przeciwko niemu?

Rosja traci popularność

Trwający na Białorusi kryzys polityczny zmusił sąsiadów do reakcji. Zachód, który przed 9 sierpnia dyskretnie wspierał Łukaszenkę i uważał zachowanie status quo za najlepsze rozwiązanie, został postawiony pod ścianą przez bezprecedensową jak na warunki europejskie falę represji zastosowaną przez reżim. Przerażone falą przemocy europejskie stolice solidaryzowały się z Białorusinami.

Moskwa poparła dyktatora, co umożliwiło mu utrzymać się na razie przy władzy. Ale ta decyzja wpłynęła na postrzeganie Rosji przez Białorusinów. Zmianę tę widać w przeprowadzonych we wrześniu i w listopadzie sondażach Białoruskiej Majsterni Analitycznej prowadzonej przez znanego socjologa Andreja Wardamackiego

W listopadzie liczba zwolenników unii z Rosją spadła na Białorusi w porównaniu z wrześniem o ponad 11 pkt proc. - do 40 proc. Jednocześnie o 6 pkt proc. wzrosła liczba zwolenników sojuszu z Unią Europejską. W listopadzie stanowiła ona 33 proc.

Sondaże przeprowadzane w warunkach autorytaryzmu budzą wątpliwości, gdyż często respondenci unikają demonstrowania swoich rzeczywistych poglądów, dostosowując się do oczekiwań rozmówcy czy tego, co akurat jest uważane za poprawne politycznie. Jednak innych danych wskazujących „temperaturę społeczną” nie ma. Rozczarowanie polityką Rosji coraz częściej zaś słychać na białoruskich ulicach.

"Ostoja sprawiedliwości" zawiodła

Przekonanie o tym, że bez poparcia Władimira Putina Aleksander Łukaszenka by już upadł, jest bardzo popularne na Białorusi. Desant pracowników rosyjskiej telewizji RT (Russia Today), którzy zastąpili strajkujących Białorusinów z reżimowych telewizji i reanimowali propagandę, a także „rezerwa” rosyjskich siłowików zgromadzona na granicy z Białorusią i gotowa udzielić militarnego wsparcia swoim białoruskim kolegom - wszystko to skonsolidowało reżim i pozwoliło mu przetrwać najgorętszy okres między 15 a 20 sierpnia.

Władimir Putin pomógł więc Łukaszence utrzymać się przy władzy. Jednak takie działania mają swoją cenę. Białoruś była dotąd najbardziej prorosyjskim krajem Europy. Większość jej mieszkańców, podobnie zresztą jak Łukaszenka, uważa, że Białorusini i Rosjanie to jeden naród. Sprzyja temu dominacja rosyjskiego języka i rosyjskich mediów, a także polityka historyczna Łukaszenki, który zawsze podkreślał związki Białorusi z Rosją.

Opowiedzenie się przez Kreml za Łukaszenką było naturalne i zrozumiałe, gdy był on najbardziej popularnym politykiem Białorusi. Ale teraz sytuacja jest inna. Poparcie politycznego bankruta, który utrzymuje się przy władzy wyłącznie dzięki siłowikom i ma przeciwko sobie rzesze ludzi przyjaźnie nastawionych do Rosji – to już inna sprawa. Narasta więc rozczarowanie, także wśród osób przyzwyczajonych widzieć w Moskwie ostoję światowej sprawiedliwości. Sympatia dla sojuszu z Rosją musiała z tego powodu zmaleć.

Szansa dla Europy

Aleksander Łukaszenka zmierza ku coraz większemu przykręcaniu śruby. Tylko represje pozwalają mu utrzymywać się przy władzy. Efektem tej polityki są zabici uczestnicy protestów, ponad 30 tys. aresztowanych i stale rosnąca liczba więźniów politycznych.

Zamordyzm i brutalność białoruskich służb wywołują potępienie i niechęć nawet wśród zwolenników Łukaszenki. Rosyjskie poparcie dla takiego modelu władzy będzie jednoznacznie sprzyjało utracie białoruskich iluzji względem Moskwy. W wyniku wojny na Ukrainie Władimir Putin już stał się najbardziej znienawidzonym zagranicznym politykiem w tym państwie. Teraz, wspierając Łukaszenkę, jest na dobrej drodze, by powtórzyć ten „sukces” na Białorusi.

I chociaż w krótkiej perspektywie wsparcie Kremla pozwoli Łukaszence utrzymać się przy władzy, to strategicznie może stworzyć głębokie społeczne podstawy dla ostatecznego wyrwania się Białorusi z niedźwiedzich ramion wschodniego sąsiada.

Przed 9 sierpnia demokracja na Białorusi niosła też groźbę dobrowolnego zacieśnienia współpracy z Rosją. Po 9 sierpnia, w warunkach narastającej kompromitacji Rosji przez jednoznaczne zaangażowanie się po stronie Łukaszenki, to się zmienia. Zachód musi tylko nie robić jakichś spektakularnych wizerunkowych błędów na Białorusi i ujawniać skalę poparcia Rosji dla Łukaszenki. Resztę zrobią Moskwa i jej znienawidzony na Białorusi sojusznik.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.