Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W środę wieczorem bloger Nexta opublikował rozmowę telefoniczną pomiędzy dwoma mężczyznami, którzy zostali rozpoznani jako Dzmitryj Baskau, szef federacji hokejowej, i Dzmitryj Szakuta, mistrz świata w kickboxingu i mua thai.

Obaj zostali wskazani przez niezależne białoruskie media jako uczestnicy zatrzymania przez tajniaków 31-letniego Romana Bandarenki.

Przypomnijmy: 11 listopada na Placu Zmian w Mińsku tajniacy zatrzymali Bandarenkę, który dwie godziny później został przywieziony nieprzytomny do szpitala, gdzie wkrótce zmarł od odniesionych obrażeń.

Jego śmierć wywołała wielkie poruszenie na Białorusi i protesty uliczne wybuchły z nową siłą. Sprawa zabójstwa Bandarenki jest teraz jednym z najgorętszych tematów w kraju. Dlatego pojawienie się nagrania rozmowy o szczegółach incydentu wywołało poruszenie. Z jej kontekstu wynika, że odbywała się ona tego samego dnia kilka godzin po pobiciu Bandarenki. W trakcie kilkuminutowej rozmowy domniemani Baskau i Szakuta omawiają swój udział w incydencie, podkreślając, że przekazali Bandarenkę OMON-owi.

– Widziałem, jak w busie go odmładzano – mówi jeden z nich. „Odmładzanie” w żargonie białoruskich służb oznacza bicie.

Kim są Baskau i Szakuta

42-letni Dzmitry Baskau jest byłym bramkarzem hokejowym. Od niedawna jest też przewodniczącym Federacji Hokeja. Z Aleksandrem Łukaszenką grał w jednej drużynie, trenował jego synów. Jest też głównym trenerem „hokejowej drużyny prezydenta”, gdzie zawodnikiem z numerem 1 jest sam Łukaszenka.

40-letni Dzmitry Szakuta to wielokrotny mistrz świata w kickboxingu i mua thai. Od wielu lat jest instruktorem sztuk walk dla białoruskiego specnazu, m.in. trenując żołnierzy z jednostki 3214 MSW. Była dowódca tej jednostki, pułkownik Dzmitry Pauliczenka, jest oskarżany o dowodzenie „szwadronem śmierci”, który w latach 1999-2000 dokonał szeregu porwań i morderstw liderów białoruskiej opozycji.

Baskau i Szakuta nieraz pojawiali się w towarzystwie Łukaszenki i najważniejszych białoruskich siłowików. Wielokrotnie też brali udział w różnych akcjach poparcia dla  Łukaszenki.

Łukaszenka daje alibi

Do sprawy zabójstwa Ramana Bandarenki odniósł się sam Aleksander Łukaszenka, 13 listopada.

– Tę sprawę zaczęto skręcać w stronę, że go pobili. Już wyznaczyli winnych! Posłuchajcie, ci ludzie, o których mowa jako sprawcach... Ich wtedy w ogóle w Mińsku nie było! Ale skoro to są ludzie Łukaszenki, więc to niby ja wydałem rozkaz! – oburzał się w trakcie narady z udziałem kierownictwa resortów siłowych.

Cios w najbliższe otoczenie dyktatora

Wybudowany przez Aleksandra Łukaszenkę system był przez lata nadzwyczaj szczelny. Przecieki czy nawet kontakty osób z otoczenia Łukaszenki z niezależnymi mediami zawsze należały do rzadkości.

Taka niezwykła lojalność wynikała przede wszystkim z faktu, że głos opinii publicznej nie miał żadnego znaczenia na Białorusi. Zabieganie o społeczne poparcie bądź apelowanie do narodu były uważane przez Łukaszenkę za skrajną nielojalność. Dlatego nawet w wypadku ostrych konfliktów wewnątrz piramidy rządowej na zewnątrz wyciekało bardzo mało informacji.

To m.in. dlatego wyciek nagrania rozmowy telefonicznej, w której Baskau i Szakuta mają uzgadniać wspólną wersję razem z nagraną z nimi Nataszą (podejrzewa się, że chodzi o Natalię Ejsmont, rzeczniczkę Łukaszenki) – będą zaprzeczać swego udziału w incydencie, jest poważnym ciosem w Łukaszenkę.

Kto stoi za przeciekiem

Bije też w niezwykle wpływową ostatnio sekretarz prasową Ejsmont. Ostatnio w trakcie narad z udziałem kierownictwa Białorusi po raz pierwszy siedziała ona bliżej Łukaszenki niż kierownicy resortów siłowych, co zostało odczytane jako wzrost jej wpływów.

Odsłuchiwaniem i nagrywaniem rozmów telefonicznych na Białorusi zajmują się właśnie resorty siłowe. Dlatego można założyć, że to właśnie ktoś z nich przekazał Nexta nagranie, uznając, że w obecnej sytuacji upublicznienie informacji o roli Baskaua, Szakuty, ale także Ejsmont będzie miało skutki polityczne.

Jednak niezależnie od tego, kto stoi za przeciekiem i jakie cele sobie stawia, oznacza to przede wszystkim, że opinia publiczna na Białorusi po raz pierwszy zaczyna mieć znaczenie w walkach wewnątrz aparatu władzy. Jest to nowe zjawisko i jedna z oznak, że mimo brutalnych pacyfikacji protestów powrotu do sytuacji sprzed 9 sierpnia już nie będzie.

Zdają sobie z tego sprawę nawet osoby w otoczeniu Łukaszenki.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.