Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Do niewoli nikogo brać nie będziemy. Cofać się nie mamy gdzie, jeżeli ktoś dotknął funkcjonariusza, mają mu być oderwane ręce – te słowa wypowiedziane przez Aleksandra Łukaszenkę 30 października stały się sygnałem do brutalizacji działań służb specjalnych. 

Dwa dni później na ulicach Mińska służby urządziły pierwszy krwawy pokaz swojej sprawności. Na dodatek 231 osób spośród zatrzymanych tego dnia usłyszało, że są podejrzane o popełnienie przestępstwa – udział w zamieszkach. Grozi za to do trzech lat pozbawienia wolności. Po raz pierwszy prawo karne zostało na taką skalę użyte wobec szeregowych uczestników protestu.

Służby specjalne zatrzymują jednego z demonstrantów, Mińsk, 15 listopada 2020 r.Służby specjalne zatrzymują jednego z demonstrantów, Mińsk, 15 listopada 2020 r. Fot. AP

Łukaszenka nie uczyni ani kroku w tył

I od  tego momentu represje tylko narastają: wróciły tortury i znęcanie się nad aresztowanymi. Coraz więcej ofiar milicyjnej przemocy trafia do szpitali dotkliwie pobitych, z połamanymi rękami i nogami. Taki rozwój sytuacji nieuchronnie prowadzi do śmierci kogoś z protestujących. W końcu to się stało...

W środę wieczorem na swoim podwórku wśród bloków w jednej z mińskich dzielnic został zatrzymany przez tajniaków 31-letni Roman Bandarenka, malarz z wykształcenia (pracował w sklepie, prywatnie uczył dzieci rysunków). Przewieziono go później na komisariat, a stamtąd - nieprzytomnego i bestialsko pobitego - zabrała do szpitala karetka pogotowia. Niecałą dobę później zmarł.

Śmierć Bandarenki wywołała szok wśród Białorusinów. Niedzielne akcje protestu znów zalały cały kraj.

Ale to, co zszokowało naród, wcale nie przeraziło władzy. Łukaszenka nie zamierza uczynić ani kroku w tył. Dlatego służby specjalne dały w niedzielę kolejny raz pokaz swojej sprawności. Były wybuchy granatów hukowych, gaz łzawiący, bicie i znęcanie się nad aresztowanymi. Z komisariatów do szpitali do późnej nocy wożono rannych demonstrantów. I znów zatrzymanym - niemal automatycznie - wytaczane są sprawy karne. 

Belarus ProtestsBelarus Protests Fot. AP

Siła przykrywa bezradność systemu

W wyniku niebywałej brutalizacji reżimu mamy na Białorusi nową polityczną rzeczywistość. To, co wiedzieliśmy o Białorusi i systemie sprawowania władzy przez Łukaszenkę przed 9 sierpnia [data sfałszowanych wyborów prezydenckich], jest dziś nieaktualne. Reżim nie ma już żadnych hamulców. Cel jest jeden – bezwzględnie zdławić protesty.

Ceną, jaką za to trzeba będzie zapłacić, Aleksander Łukaszenka się nie zamartwia. Zresztą sytuacja jest dla niego bardzo wygodna. W listopadzie - w przeciwieństwie do sierpnia - uwaga świata nie jest już skierowana na Białoruś. Zachód wyraźnie pogodził się z myślą, że białoruskie protesty zostaną zdławione siłą, i tylko zastanawia się, kiedy to w końcu nastąpi.

Konsekwentny polityczny sojusznik Aleksandra Łukaszenki - Rosja - ustami ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa wyraził swoje zadowolenie z faktu, że protesty słabną, milcząc natomiast o cenie, jaką musi zapłacić reżim, by osiągnąć ten sukces. 

Nic więc nie przeszkadza Łukaszence w konsekwentnej rozprawie ze swoimi przeciwnikami. To, czego nie udało się osiągnąć blitzkriegiem w sierpniu, usiłuje przeprowadzić w listopadzie, stopniowo nakręcając spiralę przemocy.

Czyniąc to, Łukaszenka nie chce przyznać, że Białoruś się zmieniła. Przemoc ma przykryć jego bezradność wobec nowej rzeczywistości, w której stał się najbardziej znienawidzonym politykiem w kraju. Ma też wymusić na społeczeństwie posłuszeństwo i umożliwić powrót do komfortowej sytuacji sprzed wyborów, kiedy to jego przywództwo i władza były niekwestionowane i nie było wobec nich żadnej alternatywy, zaś opór był dziełem jedynie niewielkiej grupy straceńców. Pozwalało to Łukaszence utrzymywać władzę przy względnie niskim poziomie represji.  

Przemoc - główny atrybut Łukaszenki

Teraz jednak powrót do owych realiów - nawet w dłuższej perspektywie - nie jest już możliwy. W ciągu trzech miesięcy nieustających protestów społeczeństwo bardzo się zmieniło. Przekonało się też, że zwolennicy Łukaszenki są mniejszością, że obywatele mający dosyć zamordyzmu i chamstwa stanowią większość. 

Reżim zdaje sobie sprawę, że w takich warunkach tradycyjny wachlarz represji już nie wystarczy. Dlatego morderstwa i tortury są dziś na porządku dziennym.

Owszem, stosując przemoc, można zmusić kolejnych uczestników protestów, by kajali się przed kamerą, jednak nie można wymusić miłości czy nawet lojalności narodu. 

Myli się ten, kto liczy, że po upadku protestów Białoruś powróci do sytuacji sprzed 9 sierpnia. To już nie jest możliwe. Jeżeli w więzieniu był bunt i ten bunt się nie powiódł, należy się spodziewać, że reżim tylko przykręci śrubę. A Białoruś w ostatnich trzech miesiącach kieruje się właśnie logiką więzienną. Utrzymanie stałego poziomu strachu w społeczeństwie jest teraz warunkiem przetrwania władzy Łukaszenki.

Ponad 900 spraw karnych wszczętych wobec uczestników protestów i setki więźniów politycznych to dopiero początek. Bezwzględna milicyjna przemoc to teraz obowiązkowy atrybut prezydentury Aleksandra Łukaszenki. I tak już pozostanie do samego końca jego rządów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.